Posty

Wyświetlam posty z etykietą konsumpcja

Bioroboty – ciąg dalszy

Wczoraj pisałem o tym, że kapitalizm, jako system totalitarny, tak manipuluje ludźmi (a konkretnie proletariatem), by społeczeństwo przekształciło się w zbiorowisko, wrogo wobec siebie nastawionych, biorobotów, czyli organizmów z umysłami zaprogramowanymi w kierunku harowania na bogactwo kapitalistów i kwestionowania własnej wolności. Jednakowoż biorobot ma za zadanie nie tylko zasuwać i poświęcać całe swoje życie na rzecz kapitalistycznego wyzyskiwacza. Systemowe programowanie zapisało mu w umyśle jeszcze jedną funkcję: konsumowanie, najlepiej bezwolne i bezmyślne. Otóż, jeżeli biorobot cokolwiek zarobi (ma wszak pracować za możliwie najniższe pieniądze, a nawet za darmo, choćby na bezpłatnym stażu), i jeśli jakiekolwiek kwoty zostaną mu po uiszczeniu poszczególnych opłat tudzież rachunków, musi kupować, kupować i jeszcze raz kupować. Nie tylko artykuły niezbędne do życia: żywność, napoje, odzież, leki (w razie choroby), itd. Zaspokajać winien nade wszystko potrzeby sztucznie wyk...

Racjonalny wybór cenowy

Kiedy jedenaście lat temu pracowałem jako agent ubezpieczeniowy, wmawiano mi, że „ludzie nie kupują tanich rzeczy” (dlatego polisa, która więcej kosztowała, miała jakoby być atrakcyjniejsza dla klientów niż tańsza opcja). Być może reguła ta działa w przypadku burżujów, którzy często faktycznie wydają forsę, żeby mieć coś kosztownego i się tym chwalić, ale większość społeczeństwa wcale tak nie myśli. Prawda jest taka, że ludzie, robiąc zakupy, owszem, kierują się ceną, ale najczęściej chcą zapłacić jak najmniej. Może nie zawsze chodzi o kupowanie taniochy i tandety, lecz o to, żeby stosunek jakości towaru do jego ceny był korzystny. To znaczy, aby nabyć coś, co będzie dobrze służyło, a nie spustoszy portfela czy konta. To najzupełniej normalne, logiczne i racjonalne. Nikt zdrowo myślący nie chce przepłacać. Mogąc coś kupić taniej, zrobi to. Sam tak postępuję. Zwłaszcza, że tańsze wcale nie musi być gorsze; w kapitalizmie wyższe ceny mają często charakter spekulacyjny, są sztucznie ...

Cmentarny przesąd

Wprawdzie Dziady/Halloween dopiero pojutrze, Wszystkich Świętych w sobotę, natomiast Zaduszki w niedzielę, niemniej sezon odwiedzin grobów już trwa w najlepsze. Coraz więcej osób przybywa na cmentarze, czy to celem zrobienia porządków, czy to, aby zapalić znicze przed świątecznym weekendem i uniknąć w ten sposób korków. W każdym razie, warto zatrzymać się na chwilę przy cmentarnej tematyce. Istnieje mianowicie przesąd, wedle którego nie należy niczego zabierać z cmentarza i wynosić poza jego bramę, a już na pewno nie wolno brać czegokolwiek do domu. Można bowiem w ten sposób rzekomo ściągnąć na siebie nieszczęście lub wręcz śmierć. Z tego samego powodu nie powinno się też robić zdjęć w miejscu pochówku. Cóż, fotografie na cmentarzu robić mi się zdarzało – przedstawiały grób rodziców i robiłem je na potrzeby krewnych. A co do zabierania przedmiotów, postępuję tak co roku. Konkretnie, zbieram znicze z nagrobka rodziców i biorę je do domu celem umycia. Podobnie czynię z tackami. Dzi...

Festiwal nagrobny

Przyznam szczerze, że podoba mi się (ze względu na słowiańskie geny oraz przywiązanie do słowiańskiej kultury, jak przypuszczam) upamiętnianie zmarłych poprzez palenie im zniczy. Przeciwko ustawianiu na nagrobkach stroików czy chryzantem na przełomie października i listopada też nic nie mam. U naszych wschodnich sąsiadów przetrwały jeszcze starsze formy czci dla osób, które odeszły: zostawianie na ich grobach jedzenia, ulewanie wódki (i picie jej przy okazji), itd. Wietnamczycy mają w zwyczaju palić przedmioty, jakie w zaświatach mogą być potrzebne ich bliskim, np. pieniądze. Bardzo rozbudowane obrzędy związane ze Świętem Zmarłych są w Meksyku. I tak dalej. W sumie, każda kultura ma jakąś formę upamiętnienia przodków. Nic w tym złego, o ile oczywiście nie wiąże się to z fanatyzmem. Oczywiście, pamięć o zmarłych kultywować można niezależnie od wyznawania takiej czy innej religii, bądź niewyznawania żadnej. Jak to robimy, jest rzecz jasna kwestią indywidualną. Co oznacza i to, że nie ...

Prawica i katastrofa

Na ocenę działań rządu w sprawie powodzi przyjdzie jeszcze czas… aczkolwiek wygląda na to, że lepiej spisały się osoby obywatelskie i samorządy. Tymczasem premier Donald Tusk oskarżany jest (nie tak znowu bezpodstawnie) o zlekceważenie zagrożenia powodziowego. Szef rządu broni się w mediach, twierdząc, że początkowo prognozy pogody nie wyglądały niepokojąco. No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Dla Donalda Tuska może i faktycznie nie były one niepokojące (niekoniecznie zresztą musiał je śledzić, ma inne sprawy na głowie, z czego akurat nie kpię)… lecz dla jego doradców oraz poszczególnych ministrów (środowiska i klimatu, obrony… a nie, na Kosiniaka-Kamysza to nie ma co liczyć) powinny. Wszak nie bez kozery rozsyłano alerty ostrzegające nie tylko przed ulewami, ale też przed występowaniem zbiorników wodnych z brzegów; czyli zagrożenie było. Nie rozstrzygam tutaj, czy sam Donald Tusk sprawę olał, ale widać wyraźnie, iż obecny rząd i stojąca za nim, w większości prawicowa koalicja par...

Aby nie zmarnować

Z powodu inflacji (niedawno o tym pisałem) wiele osób zamierza zrobić mniejsze zakupy świąteczne niż w latach poprzednich. Są wśród nich i ludzie, z którymi bezpośrednio rozmawiam. Ja również postaram się ograniczyć wydatki na żarcie; zresztą, oszczędzać na jedzeniu nauczyłem się jeszcze w najlepszym okresie życia, czyli na studiach. Wszelako inflacja inflacją, ale odkąd rozwinęła się u mnie jaka taka świadomość, nabywanie więcej żywności, niż zdołam przejść, wydaje mi się bezsensowne, toteż ani w święta, ani w dni powszednie tego nie robię. Jednakowoż w polskiej (i zapewne nie tylko) kulturze jest tradycja wystawnych świąt. Nawet, jeśli ograniczamy (na ile to możliwe, rzecz jasna) wydatki, to i tak mamy wdrukowane w umysły, że trzeba nabyć więcej jedzenia, napojów i im podobnych produktów niż w pozostałe dni roku, a jeżeli nie więcej, to przynajmniej lepszej jakości. To w sumie logiczne; święta są wszak po to, by sobie odpocząć, ale też nacieszyć się życiem, chociażby lepszymi potra...

Żywy prezent

Jak zwykle przed Bożym Narodzeniem/Solstycjami/Jule pojawiają się w internecie, a pewnie i innych mediach, liczne memy, posty tudzież odmienne formy kampanii społecznej informującej, że zwierzę to nie prezent. Pies, kot bądź jakiekolwiek żywe stworzenie nie jest zabawką, a jego przygarnięcie zawsze wiąże się z odpowiedzialnością. Niestety, wciąż zbyt wielu ludzi tego nie rozumie, skutkiem czego, kiedy tylko pupil znudzi się dorosłym lub – częściej – dzieciom, ląduje w schronisku, lesie, na ulicy, a bywa, że i na śmietniku. Jest to, ni mniej, ni więcej, prawdziwa tragedia. Wynika ona w znacznej mierze z rozkręcanego przez kapitalistyczną propagandę konsumpcjonizmu. System ów nieludzki wszystko sprowadza do kwestii ekonomicznych, czyli podporządkowuje zyskowi. Oznacza to utowarowienie praktycznie każdego aspektu egzystencji na naszej nieszczęsnej planecie, w tym i życia. Życia ludzkiego – wszak siła robocza pracownika w kapitalizmie jest towarem – jak też zwierzęcego. W tym drugim wy...

Chcieć mniej

Chętnie oglądam w internecie testy samochodów oraz czytam poświęcone im artykuły (kiedyś w tym celu kupowałem czasopisma, dziś wchodzę na portale motoryzacyjne). Nie tylko dlatego, że lubię te pojazdy, interesuję się nimi i chcę poszerzyć swoją wiedzę o poszczególnych modelach, ale też z tej jakże prostej przyczyny, iż ta forma rozrywki po prostu mnie odstresowuje i relaksuje. Nie wszystkie jednak informacje zawarte w takich filmikach tudzież tekstach łagodzą stres; niektóre działają wręcz przeciwnie. Motoryzacja jest branżą szczególnie dotkniętą inflacją. Nowe samochody drożeją, nieraz o kilka do kilkunastu tysięcy złotych, praktycznie z miesiąca na miesiąc, co pociąga za sobą również wzrost cen aut używanych (tych zresztą jest w komisach i ogłoszeniach niewiele; te w dobrym stanie i z prawidłową dokumentacją schodzą na pniu, z egzemplarzami zaś, które sprzedać się nie mogą, coś jest bardzo, ale to bardzo nie w porządku i należy omijać je szerokim łukiem). Za pieniądze, które w ze...

Za wszy

Katolicki Wielki Tydzień – czyli ten bezpośrednio przed Wielkanocą – radośnie sobie trwa. Zaczął się od Niedzieli Palmowej, upamiętniającej uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy (obecna arabska nazwa miasta to Al-Kuds), być może mityczny, być może fakt historyczny – nie rozstrzygam. W tym roku tak się złożyło, że Niedzielna Palmowa była zarazem niedzielą handlową. Czyli jedną z tych nielicznych w roku, kiedy duże centra handlowe mogą być otwarte, wedle przepisów wprowadzonych przed kilku laty przez Bezprawie i Niesprawiedliwość z inspiracji kościelnych hierarchów. Z tej okazji rozgłośnia RMF FM (inne media prawdopodobnie postąpiły tak samo) skierowała swoich reporterów do hipermarketów i galerii handlowych, by sprawdzili, jakie zakupy przedświąteczne ludziska robią. Okazało się, że tłumów nie było, a indagowani klienci twierdzili, iż w tym roku raczej będą próbowali oszczędzić na wielkanocnej konsumpcji, mimo iż wydatki tak czy owak będą duże, ze względu na inflację chociażby. Cóż, ...

Pozorna obfitość

Jednym z filarów kapitalistycznego totalitaryzmu jest konsumpcjonizm, czyli rozbudzana u ludzi, za pomocą już to reklam, już to mniej niż one jawnego przekazu propagandowego, żądza konsumowania, a ściślej rzecz ujmując, posiadania i kupowania. Jesteśmy tak sterowani (czy temu ulegamy, to inna sprawa), że dążymy do tego, by mieć jak najwięcej wszystkiego, bez względu na to, czy dany towar jest nam potrzebny czy nie. Jak doskonale wiemy, owa sztucznie wykreowana żądza służy maksymalizacji zysków przez kapitalistów; jest jednym z głównych filarów ich bogactwa, obok oczywiście wyzysku. Im więcej wszak sprzedadzą, tym więcej zarobią, a skoro produkują rzeczy, którym walor niezbędności do życia najczęściej nie może zostać przypisany, to aby je wcisnąć konsumentom, muszą u nich wytworzyć sztuczną potrzebę posiadania tychże przedmiotów. A jak się rzecz ma z naszej, czyli klientów/konsumentów, perspektywy? Wystarczy pójść do sklepu lub odwiedzić jakiś internetowy, by stwierdzić, że mamy w czym...

Pochwal się

Jednym z głównych elementów kapitalistycznego totalitaryzmu jest (z reguły sztucznie rozbudzany poprzez reklamę, propagandę i im podobne zabiegi) konsumpcjonizm, czyli dążenie do zwiększania stanu posiadania. Wiadomo – im więcej kupujemy, tym większe zyski trafiają do kapitalistów, czyli prywatnych właścicieli środków produkcji. Zależy im więc, by ten nasz konsumpcjonizm był możliwie bezrefleksyjny, czyli polegał na nabywaniu wszystkiego, co wpadnie nam w oczy, a nie tego (i w takich ilościach), czego rzeczywiście potrzebujemy, jak również na ciągłym wymienianiu dobrych jeszcze rzeczy na nowe (niedawno o tym pisałem). Kapitaliści cieszą się najbardziej, gdy kupujemy drogie rzeczy; jeżeli nie stać nas na nie, to zachęcani jesteśmy do brania kredytów i pożyczek, na czym z kolei zyskuje finansjera (też, rzecz jasna, kapitaliści). I stosują różnorodne techniki manipulacji, abyśmy takie właśnie produkty wybierali podczas zakupów. Potrafią, dla przykładu, łechtać naszą próżność. Wmawiają ...

Kiedy czegoś nie potrzebujemy

Na początek przepraszam za trzydniową nieobecność w tym tygodniu. Musiałem pozałatwiać ważne sprawy, związane ze sprzedażą nieruchomości odziedziczonej po rodzicach, a że znajdowała się ona dość daleko od mojego miejsca zamieszkania, to i jeden dzień był mi potrzebny na powrót do domu, odpoczynek po podróży, itd. A dlaczego w ogóle ją sprzedawałem? Powodów było kilka, począwszy od ekonomicznego, a na osobistych (których tu rzecz jasna nie mam zamiaru poruszać) skończywszy. Tak naprawdę sprowadzały się one do tego, że jej utrzymywanie – zwłaszcza, biorąc pod uwagę odległość, którą musiałem pokonać, by się do niej dostać, ceny benzyny, itd. – było dla mnie zbyt ciężkie oraz nieopłacalne. Wolałem więc sprzedać tę nieruchomość ludziom, którzy chcą z niej korzystać i się nią cieszą. Nie tylko z nią zresztą tak zrobiłem. Po zmarłych rodzicach zostało mi trochę przedmiotów, z których po prostu nie korzystam. Niektóre oddałem życzliwym osobom (na przykład palmę, jaka rozrosła się na tyle, ...

Pozytywne skutki miłości dla zwierząt

Jeśli szczerze kochasz zwierzęta – WSZYSTKIE zwierzęta, nie tylko kotki, pieski, rybki akwariowe, chomiczki tudzież świnki morskie, papużki, kanarki, ewentualnie patyczaki – w pewnym momencie uświadomisz sobie, że między zjedzeniem świni czy krowy, a przyrządzeniem na obiad psa różnicy nie ma; jedno i drugie jest jednakowo niemoralne, wiąże się bowiem z zadawaniem cierpienia, bólu i śmierci, nie wspominając już o szkodliwości dla naszego zdrowia (człowiek zwierzęciem jest wszak roślinożernym, białko zwierzęce może pełnić w jego diecie rolę co najwyżej uzupełniającą, i to głównie wówczas, gdy brakuje roślinnego). Logiczną konsekwencją takiego wniosku jest to, że przestajesz jeść mięso. Decyzja taka przynosi szereg pozytywnych skutków. Jednym z nich jest oczywiście poprawa stanu zdrowia, w tym zmniejszenie ryzyka zachorowania na nowotwór (tak, spożywanie produktów odzwierzęcych sprzyja rakowi). Innym – oszczędność; wiem po sobie, że dzięki takiej zmianie diety więcej kasy pozostaje w p...

Przecena

Kilka dni temu sąsiadka (bardzo fajna, inteligentna i pomocna osoba) zdziwiła się, kiedy podczas rozmowy o zakupach powiedziałem, że nie mam karty uprawniającej mnie do korzystania z „promocji” (skąd cudzysłów, wyjaśnię nieco dalej) w jednym z lokalnych dyskontów. Ta pani kartę ową posiada i korzysta z niej, kupując więcej i płacąc pozornie mniej. Mnie ona potrzebna nie jest; mimo iż do tegoż dyskontu chodzę niemal codziennie, to nabywam w nim tyle i tylko tyle towaru, ile jest mi potrzebne, toteż na obniżkach cen, jeśli w ogóle skorzystałbym, to niewiele. Widząc takową przecenę (mylnie nazywaną promocją, chociaż w języku polskim słowo to oznacza nie zmniejszanie ceny w sklepie, lecz awans), nie mam ciągot, by kupować więcej. Po co miałbym nabrać czegoś, czego później nie przejem? Czasem w tymże dyskoncie pojawiają się książki lub filmy po zaniżonych cenach, i wtedy lubię z takiej przeceny skorzystać, wówczas oczywiście, kiedy na półce leżą interesujące mnie tytuły. Jasne, nie mam ...

Wymień na nowe

Po osiedlu, na którym mieszkam, chodził wczoraj przedstawiciel firmy sprzedającej piecyki gazowe do łazienek, tzw. junkersy (od nazwy jednej z marek tychże urządzeń). Proponował wymianę tegoż piecyka, oferując przy tym różne formy płatności (gotówka, rady, itd.). Argument klasyczny: trzeba wymienić, bo ten, co jest w domu, to już staroć, który nie powinien działać. Wziąłem firmową ulotkę i uprzejmie się pożegnałem. Faktycznie, junkers w mojej łazience kilkanaście lat już ma, ale jak na razie wszystko z nim w porządku. Odpala, grzeje wodę (regulacja jej przepływu też nie szwankuje), gaz się nie ulatnia… Owszem, kiedyś trzeba będzie sprawić sobie nówkę sztukę, ale jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie do tego czasu. Generalnie, wszelkie sprzęty – junkersa, pralkę, lodówkę, elektronikę, samochód, itd. – używam, dokąd są sprawne. Wymieniam je na nowe, kiedy już się ostatecznie psują, naprawa jest nieopłacalna, lub też, gdy do wymiany zmusza mnie ich niekompatybilność z innymi urządzeniam...

Zakupy przedświąteczne

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami (jutro rozpoczyna się poprzedzające ją Triduum Paschalne), a że nawet w dobie przedłużającej się z powodu lockdownu pandemii COVID-19 ludziska będą świętowali (przy czym mam tu na myśli wymiar nie tyle religijny, ile konsumpcyjny tegoż świętowania), to można już zaobserwować w sklepach czy na placach targowych zakupowe wzmożenie. Kolejki stopniowo się wydłużają, koszyczki natomiast stają się coraz bardziej kopiato zapełnione towarem. Tak dzieje się przed każdymi świętami, zwłaszcza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Ta druga w mniejszym niż to pierwsze stopniu wiąże się z wręczaniem prezentów, toteż nie jest aż tak skomercjalizowana, niemniej jednak większość z nas w ciągu najbliższych dni zje więcej, wypije więcej, za p rosi gości, no to i konsumpcja wzr ośnie , a co za tym idzie, trzeba swoje odstać w sklepie. Niektórzy przy tej okazji nabywają nową odzież i obuwie, inni kupują nowe rzeczy do domu, jeszcze inni zaopatrują się w nowe książki, film...

Iluzja wyboru

Kapitalistyczna propaganda wmawia nam, że dzięki kapitalizmowi, nazywanemu „wolnym rynkiem” (tak naprawdę, „wolny rynek” to fikcja; istnieje jedynie dyktat wielkich koncernów i korporacji) mamy nieskrępowany wybór, w zakresie oczywiście czysto konsumpcyjnym. Chodzi o to, że – wedle tegoż propagandowego przekazu – możemy pójść, do jakiego sklepu chcemy i nabyć tam, co nam się żywnie podoba. Nie musimy ograniczać się do jednej oferty, mamy ich bowiem tysiące przed oczyma, tylko brać, wybierać. System kapitalistyczny ma nam, konsumentom, dawać praktycznie nieograniczoną możliwość selekcjonowania najlepszych dla siebie dóbr oraz usług i konsumowania ich (ale o tym, że za możliwość tejże konsumpcji płacimy półniewolniczą harówą na dobrobyt kapitalistów, to propaganda nas już nie informuje). No to przyjrzyjmy się, jak to jest z tym „wolnym wyborem”, niby to gwarantowanym przez mityczny „wolny rynek”. W praktyce okazuje się, iż już na starcie nasze możliwości nabywcze są ograni...

Siła nacisku

O portalach społecznościowych można mieć zdanie dobre lub złe, niemniej mają one dwie gigantyczne zalety. Jedną jest to, że dzięki nim poznać się mogą ludzie, którzy w innym wypadku nigdy nie dowiedzieliby się o swoim istnieniu. Druga zaleta ma wymiar polityczny. Otóż, posłowie czy senatorowie, nie wspominając o ministrach, prowadzą swoje profile na portalach społecznościowych. Nawet, jeśli w celu administrowania nimi zatrudniają ludzi, to jednak zamieszczane są tam informacje o aktywności danego posła, senatora czy ministra. Można zapoznać się z tym, co ów polityk robi, jaką aktywność podejmuje, no i skomentować to (kilka razy otrzymałem nawet odpowiedź na swój komentarz). Śledzenie takich profili i komentowanie ich jest formą kontroli obywatelskiej, czyli rzeczą bardzo demokratyczna. Jasne, nie ma się co łudzić, że jedna opinia zmieni zachowanie danego człowieka, niemniej jednak, jeśli do posła w ogóle dociera treść zamieszczanych na jego profilu komentarzy, wie on, co lud...

Nieskuteczne opium

„ Religia to opium ludu” - stwierdził swego czasu Karol Marks. Chodziło mu nie o narkotykowy haj, lecz o znieczulenie, bo w jego czasach w tym właśnie celu stosowano ową substancję (dziś też wiele środków przeciwbólowych to opioidy). Filozof oczywiście się nie pomylił, bo zarówno religia (zinstytucjonalizowany zespół wierzeń, rytuałów i dewocjonaliów), jak też będąca czynnikiem osobistym wiara, sprzyjają – nawet, jeśli na zasadzie placebo – łagodzeniu bólu istnienia, dają nadzieję na lepsze jutro, dzięki czemu typowe dla życia w kapitalizmie poczucie braku perspektyw, sensu istnienia i strach wywołany niestabilnością bytową są mniej odczuwalne. Od czasów jednak Karola Marksa świat, a wraz z nim kapitalizm poszedł dalej, dostarczając nam nowe opia, służące dokładnie temu samemu, co religia, a wręcz zastępujące ją w tej roli. Przykładem są różnego rodzaju książeczki motywacyjne, pisane już to dla osób wykonujących konkretne zawody, już to ogólne. Cóż, generalnie rzecz biorąc, ...