Posty

Wyświetlam posty z etykietą tandeta

Wymień na nowe

Po osiedlu, na którym mieszkam, chodził wczoraj przedstawiciel firmy sprzedającej piecyki gazowe do łazienek, tzw. junkersy (od nazwy jednej z marek tychże urządzeń). Proponował wymianę tegoż piecyka, oferując przy tym różne formy płatności (gotówka, rady, itd.). Argument klasyczny: trzeba wymienić, bo ten, co jest w domu, to już staroć, który nie powinien działać. Wziąłem firmową ulotkę i uprzejmie się pożegnałem. Faktycznie, junkers w mojej łazience kilkanaście lat już ma, ale jak na razie wszystko z nim w porządku. Odpala, grzeje wodę (regulacja jej przepływu też nie szwankuje), gaz się nie ulatnia… Owszem, kiedyś trzeba będzie sprawić sobie nówkę sztukę, ale jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie do tego czasu. Generalnie, wszelkie sprzęty – junkersa, pralkę, lodówkę, elektronikę, samochód, itd. – używam, dokąd są sprawne. Wymieniam je na nowe, kiedy już się ostatecznie psują, naprawa jest nieopłacalna, lub też, gdy do wymiany zmusza mnie ich niekompatybilność z innymi urządzeniam...

Trefny towar

Wracając z zakupów, spotkałem dziś panią, która sprząta na klatce schodowej mojego punktowca. Lubię z nią rozmawiać, jest bowiem osobą inteligentną, o żywym umyśle i po prostu miłą, uprzejmą. Oboje mamy też psiaki, i to one one były tematem naszej dzisiejszej konwersacji. Moja rozmówczyni poskarżyła się mianowicie, że jej czworonożny przyjaciel cierpiał ostatnio na biegunkę po zjedzeniu udka z kurczaka, sprzedawanego w jednym z lokalnych dyskontów. Po nader konkurencyjnej cenie, która wszelako, jak słusznie zauważyła pani sprzątająca, wysokiej jakości oznaczać nie może. Wiem o tym dobrze, ponieważ owych udek z tegoż dyskontu od kilku lat nie kupuję, a przestałem to robić, kiedy mój piesek miał po ich zjedzeniu kłopoty żołądkowe. Ogólnie, jak kilkakrotnie zauważyłem na tych łamach, w polskich (tzn. usytuowanych na terenie naszego państwa, za to w wieku wypadkach stanowiących własność zagranicznego kapitału) sklepach jest coraz mniej mięsa, coraz za to więcej wyrobów mięsopodobnych. Ni...

Iluzja wyboru

Kapitalistyczna propaganda wmawia nam, że dzięki kapitalizmowi, nazywanemu „wolnym rynkiem” (tak naprawdę, „wolny rynek” to fikcja; istnieje jedynie dyktat wielkich koncernów i korporacji) mamy nieskrępowany wybór, w zakresie oczywiście czysto konsumpcyjnym. Chodzi o to, że – wedle tegoż propagandowego przekazu – możemy pójść, do jakiego sklepu chcemy i nabyć tam, co nam się żywnie podoba. Nie musimy ograniczać się do jednej oferty, mamy ich bowiem tysiące przed oczyma, tylko brać, wybierać. System kapitalistyczny ma nam, konsumentom, dawać praktycznie nieograniczoną możliwość selekcjonowania najlepszych dla siebie dóbr oraz usług i konsumowania ich (ale o tym, że za możliwość tejże konsumpcji płacimy półniewolniczą harówą na dobrobyt kapitalistów, to propaganda nas już nie informuje). No to przyjrzyjmy się, jak to jest z tym „wolnym wyborem”, niby to gwarantowanym przez mityczny „wolny rynek”. W praktyce okazuje się, iż już na starcie nasze możliwości nabywcze są ograni...

System tandety

W szafce stoi młynek do kawy. Nie wiem, w którym konkretnie roku został wyprodukowany, ale na pewno w okresie PRL-u, może w latach 80., może w 70. I działa! Z kolei w garażu mam jeszcze radziecki prostownik – też działa, żadnych awarii. Podobnie rzecz się ma z odkurzaczem „jamnikiem”, używanym głównie do odkurzania auta. Tymczasem czajnik elektryczny, wyprodukowany już za kapitalizmu (przez polską firmę, choć w Chinach) działał niecałe dwa lata i radośnie sobie padł tuż przed Świętami. Zastanawiam się, czy kupić nowy, czy gotować na gazie. Trwałość produktów elektrycznych i elektronicznych w ogóle jest bardzo niska, podobnie jak np. nadwozi samochodowych. Bardzo tandetne są elementy wykończenia wnętrza domowego, takie jak rolety do okien. W ogóle trwałość praktycznie wszystkiego z roku na rok się pogarsza – i chodzi mi tu o fabrycznie nowe rzeczy, wprowadzane na rynek. Kapitalizm jako system doprowadził do tego, że jesteśmy zalewani tandetnymi, nisko-trwałymi produktami, nad...

Serdecznie pana zapraszamy

No i po wyborach samorządowych. O sondażowych wynikach pisał dziś nie będę; swoimi refleksjami na temat elekcji podzielę się, gdy PKW poda wyniki oficjalne. Na razie wspomnę tylko, że kilka rzeczy mnie cieszy (wybory CHYBA nie zostały sfałszowane, dotychczasowy burmistrz mojej miejscowości wygrał już w pierwszej turze – i fajnie, bo sprawuje swoją funkcję nieźle, mimo iż jest z PO), kilka natomiast smuci. Ale o tym, jako się rzekło, napiszę za kilka dni. Dziś podzielę się refleksją na zupełnie inny temat. Co jakiś czas – niestety, nazbyt często jak na mój gust – dzwonią do mnie przedstawiciele firm o dziwnych nazwach, by zaprosić mnie na taką czy inną prezentację, podczas której wyciskany mi będzie towar, jakiego w żadnym razie ani nie chcę, ani nie potrzebuję (podobnie jak dołączanych do niego „prezentów”), a którego ceny osiągają astronomiczne pułapy. Kilka chwil temu też miałem podobny telefon. Zawsze uprzejmie odpowiadam, iż nie będę zainteresowany. Jeśli dzwoniący jest n...