Nawałnica reklam
Od początku listopada (a może zaczęło się jeszcze w październiku; niewykluczone, że coś przegapiłem) trwa sezon bożonarodzeniowych reklam. W poszczególnych mediach co dnia ich więcej, w sklepach – ze szczególnym uwzględnieniem dyskontów, super- i hipermarketów, innych wielkopowierzchniowych, galerii handlowych, itd. – stopniowo przybywa świątecznych dekoracji, dziwnie wszelako mało mających wspólnego z galilejskim rewolucjonistą, który przyszedł na świat w Betlejem około 7 roku p. n. e. Jak niedawno pisałem, mają nas one zachęcić/przymusić do zakupu ubrań i obuwia, choinek, szopek, żarcia (którego wielu kupujących nie będzie w stanie przejeść, toteż wyląduje na śmietniku) oraz innych utensyliów, bez których grudniowe święta obejść się rzekomo nie mogą. Niektóre nabywać mamy na prezenty, inne dla siebie i swoich rodzin. Mamy dopiero połowę listopada, a owa reklamowa nawałnica zdążyła się już porządnie rozkręcić. Co dopiero będzie w grudniu… Ogólnie, to reklamy wzbudzają we mnie oboję...