Posty

Wyświetlam posty z etykietą książka

Pushback, czyli książka o koszmarze

Obraz
Już wkrótce na rynku księgarskim ukaże się nader ważna pozycja pt. Pushback , autorstwa Jane A. Gee. Otrzymałem tę książkę do recenzji. A poniżej przedstawiam swoje wrażenia:       Kiedy mówimy: „książka o koszmarach”, najczęściej przychodzi nam na myśl horror, thriller czy literatura sensacyjna. Tymczasem najbardziej koszmarne historie to te, które zdarzyły się naprawdę. Mimo ich grozy, zdecydowanie warto je znać, jako że poruszają ludzkie sumienia. Świetnym przykładem jest książka Pushback Jane A. Gee. Od roku 2021 na granicy polsko-białoruskiej (a także na wschodnich rubieżach Litwy i Łotwy) trwa kryzys humanitarny, jedna z największych tragedii współczesnej Europy oraz świata. Osoby uchodźcze z Bliskiego Wschodu i Afryki, sprowadzone pod pozorem udzielania pomocy do Białorusi przez tamtejszego prezydenta, Alaksandra Łukaszenkę, usiłują przedostać się na terytorium Unii Europejskiej. Niestety, polskie władze radykalnie temu przeciwdziałają. Mężczyźni, kobiety i d...

Czynniki zniechęcenia

Jeden z najwybitniejszych żyjących polskich pisarzy – o ile nie najwybitniejszy – czyli Andrzej Sapkowski, zdiagnozował problem niskiego czytelnictwa w (k)raju nad Wisłą. Bo rzeczywiście, ponad połowa mieszkańców Polski w ciągu roku nie czyta ani jednej książki, co w niewielkim jeno stopniu nadrabiają ci, którzy czytają bardzo dużo (sporo z nich to ludzie młodzi, bywa, że określani cokolwiek pogardliwym mianem nerdów). Nic więc dziwnego, że funkcjonalny analfabetyzm się szerzy – pod tym zresztą względem nie jesteśmy tacy znowu wyjątkowi wśród państw kapitalistycznych, co jest oczywiście na rękę zarówno wyzyskiwaczom, jak i politycznej prawicy – jakość polszczyzny w mowie i piśmie marnieje, a durnie rządzą krajem. Wracając do Andrzeja Sapkowskiego, jego zdaniem winę za ponury ów stan rzeczy ponoszą ceny książek. Wybity autor twierdzi, iż nie powinny one być wyższe niż cena butelki wódki, bowiem „jest to kwestia wyboru” (taką zresztą opinię wygłasza nie tylko w wywiadach, ale też zami...

Krótka rzecz o bibliotece

Dziś 8 maja, czyli nie tylko (obok jutra) Dzień Zwycięstwa, ale też Dzień Bibliotekarza i Bibliotek. Z tej okazji wszystkim osobom wykonującym ten piękny i ogromnie pożyteczny dla społeczeństwa zawód składam serdecznie życzenia. Przede wszystkim tego, aby nigdy nie zabrakło osób czytelniczych ani wspaniałych pozycji literackich na bibliotecznych półkach. Ani też pieniędzy na funkcjonowanie owej jakże istotnej instytucji. Tak, jednym z najważniejszych obowiązków władz publicznych – państwowych i samorządowych – jest, a w zasadzie powinno być łożenie na szeroko pojętą kulturę, do czego zalicza się również utrzymywanie bibliotek publicznych (w tym szkolnych). Rzecz jasna, jakość ich funkcjonowania zależy nie tylko od tego, jakie środki otrzymają już to od gminy, już to od rządu (np. z programu Ministerstwa Kultury), już to z Unii Europejskiej, lecz także – czy wręcz PRZEDE WSZYSTKIM – od kadry. Mam to szczęście, że w mojej miejscowości w bibliotece publicznej, wchodzącej w skład ośrodk...

Protest księgarzy

Majówkowo będzie w przyszłym tygodniu, a dziś o proteście, którym polskie media, jak sądzę, średnio się zainteresują (jeżeli w ogóle), bo i po co? Rzecz dotyczy wszak nie gigantycznych korporacji, lecz małych i średnich przedsiębiorstw, do tego działających w dziedzinie – o zgrozo! (nie kpię!) – coraz bardziej niszowej. Ani nie grup zawodowych, na które prokapitalistyczne ośrodki propagandowe mogłyby pomstować, nastawiając przeciwko nim resztę proletariatu, takie jak: górnicy, stoczniowcy, lekarze, nauczyciele, itd. Kto zatem rozpoczął działa protestacyjne? Stowarzyszenie Księgarzy Polskich. Przeciwko czemu? Ano, przeciwko pogarszającej się sytuacji niezależnych, autorskich księgarń w (k)raju nad Wisłą. Bo faktycznie jest z nimi niewesoło, i to nie od wczoraj, lecz od lat. Księgarze sygnalizują (nie po raz pierwszy zresztą, bo w poprzednich latach też podnosili byli tę kwestię), że brak w naszym prawodawstwie – czyli zbiorze w większości badziewnych ustaw napisanych i uchwalonych pr...

Wspólne korzystanie

Czas wreszcie napisać o czymś pozytywnym. Jak choćby o idei dzielenia się dobrami, która zyskuje coraz większą popularność również w (k)raju nad Wisłą. Nie jest to żadna nowość, od lat bowiem prowadzone są zbiórki żywności w sieciach handlowych, odzież, w której nie chodzimy, wrzucić możemy do pojemników PCK, różnego rodzaju akcje zbierania niepotrzebnych rzeczy i pomagania w ten sposób bliźnim prowadzą już to organizacje charytatywne, już to związki wyznaniowe. I bardzo dobrze. Są też świeższe przykłady podobnych inicjatyw, z których korzystać mogą nie tylko obywatele niezamożni, ale w ogóle wszyscy. Dwóm z nim poświęcę dzisiejszą notkę. Coraz popularniejsze stają się chociażby jadłodzielnie. Można w nich zostawić produkty żywnościowe – oczywiście nie zepsute ani przeterminowane – których z różnych przyczyn nie możemy lub nie chcemy przejeść… lub je sobie zabrać, jeśli akurat jesteśmy głodni (nasz status majątkowy nie ma w tym wypadku znaczenia, jadłodzielnie są dla wszystkich). Ja...

Dlaczego czytam

Wczoraj pisałem, że pseudo-liberalne, a w istocie głęboko konserwatywne środowiska medialne i polityczne (np. niektóre osoby z Koalicji Obywatelskiej) opluwają aktywistkę i dziennikarkę Maję Staśko za to, że na antenie TVN24 stwierdziła, iż snobizmem czytelniczym nikogo do sięgania po książki się nie zachęci. Miała oczywiście rację, ponieważ jeżeli z samego faktu regularnego kontaktu z literaturą czerpali będziemy poczucie (fałszywe), że jesteśmy nie wiadomo kim, to automatycznie zaczniemy pogardzać ludźmi, którzy książek nie czytają lub czytają mało (powody ku temu mogą być różne). A gardząc kimś, nie zachęcimy go do robienia tego, co uważamy za słuszne; przeciwnie, jeszcze go do tego zniechęcimy. Podkreślam – chodzi o zachęcanie, nie przymuszanie. No, ale snoby nie lubią, kiedy wytyka im się snobizm, nadto konserwatystów udających liberałów (np. polityków KO lub dziennikarzy Gazety Wyborczej , TVN i im podobnych mediów) cechuje wysoki stopień pogardy wobec osób, jakie uważają za „gor...

Snobizm na czytanie

Koalicja Obywatelska i pokrewni jej ideologicznie (czyli konserwatywni, acz udający liberalnych) dziennikarze na czele z Hanną Lis (to ona zaczęła całą nagonkę, jeśli się nie mylę) mają nowego wroga. Jest nim Maja Staśko, dziennikarka i aktywistka, obrończyni praw kobiet, autorka książki Gwałt polski . Dlaczego konserwatyści udający liberałów wzięli ją na celownik? Otóż niedawno na antenie TVN24 udzielała ona (wraz z Zygmuntem Miłoszewskim, pisarzem) wywiadu na temat stanu czytelnictwa w Polsce (ten od lat jest fatalny, niejednokrotnie o tym pisałem), potępiając snobizm na czytanie, który zdaniem pani Staśko, wyklucza osoby nieczytające z powodów finansowych, braku edukacji czy zaburzeń psychicznych; ludzie ci uznawani są często za leniwym i roszczeniowych, podczas gdy – i tu pani Maja ma w stu procentach rację – zasługują na pomoc oraz lepszą edukację. No i się wylało, bo polski prawicowiec, zwłaszcza ten, co stroi się na liberała, nienawidzi, kiedy ktoś wytyka jego wady, na czele...

Lewica dla książki

Obchodzimy dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, czyli święto wszystkich ludzi związanych z książką i czytelnictwem: pisarzy, wydawców, redaktorów, korektorów, ilustratorów, drukarzy (kiedyś byli też introligatorzy, ale to chyba zanikający zawód), księgarzy, bibliotekarzy, a przede wszystkim czytelników. Z tej okazji przypominam, że książka zalicza się do tych przyjaciół, którzy nigdy nie łamią zasad przyjaźni, nie zdradzają, ani też nie ranią. Czytanie jest korzystne dla zdrowia (zwłaszcza psychicznego; odgrywać może ważną rolę w leczeniu depresji) i rozwija intelektualnie, generując zwiększenie zasobu słownictwa oraz ewolucję wyobraźni i zdolności samodzielnego, krytycznego tudzież kreatywnego myślenia. To ostatnie w skali społecznej przekłada się na rozwój gospodarczy; im społeczeństwo bardziej oczytane, tym bogatsze, czego przykładem państwa skandynawskie chociażby. O tym, że książki dają wspaniała rozrywkę, nie wspominam, bo to oczywiste. Niestety, ponad 60 proc. społ...

Literatura dla...

Strasznie mnie wkurza – jako pisarza, czytelnika, socjalistę i obywatela – deprecjonowanie niektórych gatunków literackich, a także poszczególnych utworów i ich autorów naładowanym pogardę stwierdzeniem: „to literatura dla…” – i tu się wymienia: kobiety (niby dlaczego miałyby one być gorszym rodzajem czytelników?), kucharki (zawód zasługujący na ogromny szacunek), metali (chodzi o fanów pewnego rodzaju muzyki; a przecież bardzo dobrze o nich świadczy, jeśli czytają książki), literatura wagonowa, itd. Jak łatwo zauważyć, zestawiania takie obraźliwe są zarówno dla utworów literackich i ich autorów, jak też dla osób, które po nie sięgają. Oczywiście, padają one z ust osób uważających się za „elitę intelektualną”, czyli burżujów w drogich garniturkach, co to myślą (o ile można tak to nazwać), że są nie wiadomo kim, i że wszystkie rozumy pojedli. I stanowią jeden z licznych występujących w (k)raju nad Wisłą czynników, jakie zniechęcają ludzi do czytania. Jeśli bowiem deprecjonuje się dan...

Zamknięta księgarnia

Wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Książki. Z tej okazji TVN24 puściła reportaż o ciężkim losie polskich księgarzy w czasie pandemii i kwarantanny, czyli de facto rządowych obostrzeń tudzież zakazów. Księgarnie należą do sklepów, które rząd Bezprawia i Niesprawiedliwości nakazał zamknąć… jakkolwiek nie wszystkie, bo tylko te stacjonarne. Te bowiem, co (podobnie jak wydawnictwa) prowadzą sprzedaż wysyłkową, nadal funkcjonują (to akurat dobrze). Taka regulacja dowaliła w mniejszym stopniu wielkim sieciom księgarskim i dużym koncernom wydawniczym, które dzięki temu, że przesyłają zamówione książki (filmy, płyty z muzyką, gry, itd.) swoim klientom, przetrwają trudny ów okres. Ale małe księgarnie stacjonarne, jakich wielcy sieciowi konkurenci cudownym zaiste zbiegiem okoliczności nie wyparli dotąd z rynku, znalazły się w naprawdę tragicznej sytuacji. Przez przedłużający się czas zamknięcia i brak klientów grozi im bankructwo; zarówno właściciele, jak też pracownicy stracą środ...

Zrąbane ekranizacje

Dziś nie będzie o polityce, ekonomii, epidemiach, przyrodzie ani tym podobnych sprawach. Będzie taka notka dla rozrywki, mojej i Waszej. Otóż, nastał nam dziś Dzień Książki i Praw Autorskich. Z tej okazji przedstawię subiektywną listę najbardziej zrąbanych ekranizacji wybitnych powieści, i uzasadnię, dlaczego je za takowe uważam. Dla wielu spośród Was może ona być zaskoczeniem, ale podkreślam, iż wybór jest subiektywny, bazujący na moich gustach. 1) Lśnienie , reż. Stanley Kubrick, na podstawie powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. Podręcznikowy wręcz przykład, jak brutalnie wykastrować literacki oryginał ze wszystkiego, co w nim najciekawsze i najfajniejsze. Do tego film, w przeciwieństwie do książki, miał nielogiczną fabułę. Znudził mnie też i wydał mi się mało straszny. Kubrick był wybitnym reżyserem, ale horroru jako gatunku nie czuł. Jedyny plus – wspaniała obsada aktorska: Shelley Duvall i Jack Nicholson. 2) Solaris , reż. Andriej Tarkowski, na podstawie arcydz...

Książka dla dzieci

Oderwijmy się na chwilę od epidemii, dyktatorskich zapędów i łamania prawa przez Bezprawie i Niesprawiedliwość oraz innych nieszczęść. Dziś bowiem jest Międzynarodowy Dzień Książki Dla Dzieci, warto zatem poświęcić mu trochę uwagi. Doskonale wiemy, że im szybciej dziecko zacznie czytać, i co jeszcze ważniejsze, im szybciej zainteresuje się słowem pisanym, tym lepiej dla niego, a w skali masowej – dla społeczeństwa. Wiadomo wszak, że czytanie pomaga rozwijać wyobraźnię, umysł, zdolność kreatywnego, samodzielnego, krytycznego myślenia. Im ludzie bardziej oczytani, tym lepiej dla rozwoju społeczeństwa, gospodarki, państwa… Toteż po prostu trzeba dzieciaczki zainteresować książkami (komiksy też oczywiście wchodzą w grę), bez względu – papierowymi czy e-bookami, w możliwie najmłodszym wieku. Tu wielka jest rola rodziców; jeśli w domu nie będzie książek, a dziecko nie będzie widziało, że najbliższe mu osoby czytają, samo też kontaktu ze słowem pisanym mieć nie zechce. Na czym ucie...

Książka i PRL

Niedawno zrobiłem sobie większe porządki w domu, między innymi zabierając się za szafę, gdzie przez lata zgromadziły się stare książki. Część spośród nich to tytuły, które rodzice kupili kilkadziesiąt lat temu, przeczytali, a później leżały one zapomniane, inne z kolei to moje dawne lektury szkolne. W każdym razie, przejrzałem te zbiory i znalazłem pośród nich parę fajnych skarbów. A to Matkę Courage i jej dzieci Bertolda Brechta (niedawno zamieściłem notkę inspirowaną tym dramatem), a to Krzyżowców Zofii Kossak (naprawdę fajnie się czyta, jeśli przywykniemy do języka), a to Listy perskie Monteskiusza, a to dość liczne powieści napisane i wydane w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – taka beletrystyka dla rozrywki. Nie będę tutaj ich wszystkich omawiał, nie wszystkie zresztą odkryte przypadkowo dzieła dotąd przeczytałem, niemniej jednak, przeglądając je, zastanawiać się zacząłem (nie po raz pierwszy zresztą) nad pewną kwestią. Książki wydawane w czasach poprzed...

Podręcznik bicia dziecka

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze studiowałem politologię, jeden z moich kolegów wszedł w posiadanie Mein Kampf autorstwa Adolfa Hitlera i pożyczał tę książkę każdemu, kto chciał ją przeczytać. Spróbowałem i ja – z czystej ciekawości, czyli w stuprocentowo poznawczych celach; wielbicielem Hitlera i nazizmu nie byłem nigdy; przeciwnie, do tego malarza i jego chorej ideologii żywiłem i żywię jeno pogardę – lecz nie byłem w stanie dokończyć lektury. Z jednej strony ładunek nienawiści zawarty na stronach tejże pozycji okazał się dla mnie nazbyt duży, z drugiej natomiast jakość wydania była potwornie kieska; błędy edytorskie uznać należało za powszechne, co też skutecznie zniechęciło mnie do przyswojenia całości tekstu. Oddałem więc książkę koledze, nie doczytawszy jej. Tak czy owak, chyba każdy przytomny człowiek, nawet średnio oblatany w historii tudzież ideologiach i doktrynach politycznych, przyzna, że Mein Kampf , te wypociny Hitlera, to jedna z najbardziej przerażających książek...

Promujcie czytelnictwo

Wakacje się kończą, już za kilka dni dzieciaki pójdą do szkoły; wiele spośród nich, z powodu deformy Zalewskiej, nie do tej, gdzie iść marzyło. Ciekawy program w kwestii systemu oświaty ma Lewica, proponująca m. in. nowe technologie w szkołach, wycofanie katechezy, wprowadzenie lekcji wychowania seksualnego i zajęć na temat cyberbezpieczeństwa (o czym pisałem wczoraj). Ale widziałbym zadanie dla wszystkich ugrupowań i polityków demokratycznych. Jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania demokracji jako ustroju jest wszak istnienie dobrze rozwiniętego, aktywnego społeczeństwa obywatelskiego. A takowe nie powstanie bez ludzi z wyobraźnią, myślących i wiedzących, co się dookoła nich dzieje, co robią politycy, i co to oznacza dla nas wszystkich. Aby takich osób było jak najwięcej, ich umysły potrzebują słowa pisanego, zwłaszcza książek – nader różnych, od beletrystyki po pozycje naukowe tudzież filozoficzne. Ludzi zaś do kontaktu ze słowem pisanym należy zachęcać. Co jest ważną r...

Najpierw książki, potem ludzie

Cały internet huczy, podobnie zresztą jak inne media, za sprawą słynnych już również poza granicami Polski gdańskich rekolekcji, podczas których ksiądz, w obecności wiernych i ministrantów, urządził sobie ognisko. Gdyby smażył kiełbaski, wszystko byłoby okej; duchowny wszelako postanowił sfajczyć książki z serii Harry Potter i Zmierzch , akcesoria związane z serialem animowanym Hello Kitty oraz „przedmioty magiczne” (sic!), w tym hinduistyczne symbole szczęścia. Media, komentując ponure owo wydarzenie, skupiają się głównie na książkach, gdyż akt ich spalenia budzi oczywiste skojarzenia, o których za chwilę. Jak łatwo się domyślić, palenie wymienionych wyżej przedmiotów miało na celu zwalczenie ich „szatańskiego wpływu”; od lat różni fanatycy (bynajmniej nie tylko katoliccy!) utożsamiają Harry’ego Pottera czy Hello Kitty z diabłem (który oczywiście jest literacką/filozoficzną metaforą zła tkwiącego w nas, ludziach, jak też czyhających na nas pokus, co przyznał zresztą jakiś c...

Ból słowa pisanego

Ukazały się wyniki nowej edycji badań czytelnictwa w Polsce. Cóż, jest źle… bardzo delikatnie rzecz ujmując. W roku bowiem 2018 aż 63 proc. członków naszego społeczeństwa nie przeczytało ANI JEDNEJ książki; wskaźnik ten utrzymuje się na podobnym poziomie, z lekkimi tylko fluktuacjami, od 2008 r. Jedynie 9 proc. Polaków czyta rocznie siedem lub więcej książek. Niewesoło też wygląda sprawa z posiadaniem tychże wspaniałych przedmiotów – 28 proc. naszych rodaków nie ma w domu ani jednej książki (sam, niestety, znam takie osoby), a dalsze 7 proc., owszem, ma, ale tylko podręczniki. Na szczęście, są i tacy, u których półki się pod dziełami literatury uginają, a w mieszkaniach brakuje miejsce na nowe pozycje; mam zaszczyt zaliczać się do tego grona. Jasne, są też w Polsce obywatele (w tym, nie chwaląc się, autor tej notki), którzy czytają bardzo dużo, nie liczą książek, jakie nie tyle przeczytali, ile pochłonęli. Ci bibliofile i bibliomani do pewnego stopnia równoważą tych, co ni...