Film i faszyści
Yuval Abraham i Rachel Szor to dwoje izraelskich (co ważne) filmowców, którzy nakręcili film dokumentalny NAZA, nagrodzony na obecnym Festiwalu w Wenecji.
Z tego, co o nim czytałem (obejrzę, kiedy będę miał taką możliwość), opiera się on na wywiadach z izraelskimi wojskowymi, którzy opisują, jakie procedury i systemy stosowane są przez IDF do namierzania i mordowania cywilów w Strefie Gazy. Tak – CYWILÓW. Nie uzbrojonych bojowników Hamasu czy innej palestyńskiej organizacji militarnej, lecz zwykłych mężczyzn, kobiet i dzieci. Tu przypomnę, że od października 2023 roku roku, wedle (prawdopodobnie zaniżonych) danych palestyńskiego Ministerstwa Zdrowia, izraelscy zbrodniarze w Strefie Gazy zamordowali ponad 73 tys. osób, z czego niemal wszyscy to cywile właśnie. Pisałem o tym wielokrotnie, nie będę się więc teraz wdawał w szczegóły. A z filmu Abrahama i Szor wynika niezbicie, że to właśnie oni są celem, a nie, jak głosi propaganda, przypadkowymi ofiarami wojny. Między innymi zresztą dlatego popełniane jest tam ludobójstwo w czystej postaci.
Rzecz jasna, dla osób zainteresowanych tematem i, co istotne, świadomych, nie stanowi to niespodzianki. Od trzech lat wyraźnie widać, iż władze faszystowskiego Izraela postanowiły wymordować Palestyńczyków ze Strefy Gazy (Zachodni Brzeg Jordanu, gdzie również nasila się izraelska agresja, czeka w kolejce), a niedobitki wygnać. Oczywiście, krwawy rząd Netanjahu temu zaprzecza… na arenie międzynarodowej, bowiem poszczególni ministrowie w swoich wypowiedziach nie kryją, że taka właśnie rzeź jest ich celem.
NAZA nie pokazuje więc na dobrą sprawę niczego nowego, ale bardzo dobrze, iż film ten powstał; potwierdza bowiem fakt CELOWEGO mordowania cywilów palestyńskich przez IDF, jest głosem w obronie niewinnych ludzi. Ważne też, że nakręcili go twórcy izraelscy, dowodzi to, że nie wszyscy są tam źli i zmanipulowani faszystowską ideologią syjonizmu.
No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż, powstanie filmu i fakt jego nagrodzenia w Wenecji wywołały reakcję izraelskiego ministra kultury, Mikiego Zohara. Jak łatwo się domyślić, jest ona wielce nieprzychylna i z kulturą niewiele ma wspólnego. Jednakże nie sprowadza się do krytyki samego dzieła, lecz idzie o krok dalej. Bardzo zły i niebezpieczny krok, dodajmy.
Otóż, Zohar nazwał NAZĘ „odrażającym dziełem”, zaś samo nakręcenie filmu uznał za… akt zdrady. Mało tego, zapowiedział, że podejmie procedury zmierzające do odebrania Abrahamowi i Szor obywatelstwa. Co z tego wyjdzie, zobaczymy, ale…
No właśnie. Politycy mają prawo wypowiadać się o dziełach kultury, w tym filmach dokumentalnych, nawet w ostrych słowach. Zwłaszcza, jeśli dane dzieło wyłamuje się z oficjalnego przekazy propagandowego, takie zachowanie przedstawicieli władz nie jest niczym niezwykłym, nawet w państwach uchodzących za demokratyczne (a Izrael, przypominam, sam siebie określa „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie”).
Kiedy jednak za krytyką idą represje natury prawnej, bądź choćby sama ich groźba (a wydaje się bardziej niż prawdopodobne, że Zohar ją spełni) wobec twórców, kończy się demokracja. Łamana jest bowiem jedna z jej naczelnych zasad, czyli wolność słowa.
Odbieranie obywatelstwa filmowcom za to, że nakręcili film (pisarzowi za napisanie książki, rzeźbiarzowi za rzeźbienie, malarzowi za obraz, itd.) to praktyka czysto faszystowska. Sprowadza się bowiem do uznania konkretnych ludzi – niepokornych wobec władzy, samodzielnie i krytycznie myślących – za jednostki niepożądane oraz usunięcia ich z kraju; jeśli Abraham i Szor stracą obywatelstwo, raczej nie będą mogli pozostać w Izraelu… na wolności. Następnym krokiem byłoby ich zamordowanie. Co w Izraelu wcale nie jest wykluczone, zwłaszcza, że krajem tym rządzi zbrodnicza skrajna prawica, lokalny odpowiednik NSDAP.
Krótko mówiąc, nie tylko cenzurowanie kultury, ale i represjonowanie twórców ma miejsce w Izraelu.
I to by było na tyle w kwestii „jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie”.
A dla Yuvala Abrahama i Rachel Szor – wyrazy wielkiego szacunku.
Komentarze
Prześlij komentarz