Posty

Wyświetlam posty z etykietą handel

Bez zdrowej żywności

Organizacja Narodów Zjednoczonych – A ge ncj a ds. W yżywienia i R olnictwa, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), UNICEF, Światowy Program Żywnościowy i Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rolnictwa przygotowały raport Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie 2026. Dobra (relatywnie) wiadomość, jaka z niego płynie , jest taka, że w roku 2025 skala głodu w skali świata lekko się zmniejszyła – dotknął on 7,8 proc. światowej populacji, podczas gdy w roku 2024 było to 8,1 proc. Czyli tak czy owak bardzo dużo. Doprecyzować jednak należy, że nie wszędzie głodujących ubywa – w Afryce dzieje się odwrotnie; spadek nie następuje więc równomiernie, no i trzeba pamiętać, iż są miejsca, gdzie głód wykorzystywany jest jako broń masowego rażenia, np. Strefa Gazy. Jest też zła wiadomość. Otóż, aż 2,69 mld ludzi, czyli blisko jedna trzecia ludzkości, nie może sobie pozwolić na zdrową, zróżnicowaną dietę. Toteż skala niedożywienia wciąż pozostaje ogromna. Zwłaszcza w Afryce, gdzie na prawid...

Racjonalny wybór cenowy

Kiedy jedenaście lat temu pracowałem jako agent ubezpieczeniowy, wmawiano mi, że „ludzie nie kupują tanich rzeczy” (dlatego polisa, która więcej kosztowała, miała jakoby być atrakcyjniejsza dla klientów niż tańsza opcja). Być może reguła ta działa w przypadku burżujów, którzy często faktycznie wydają forsę, żeby mieć coś kosztownego i się tym chwalić, ale większość społeczeństwa wcale tak nie myśli. Prawda jest taka, że ludzie, robiąc zakupy, owszem, kierują się ceną, ale najczęściej chcą zapłacić jak najmniej. Może nie zawsze chodzi o kupowanie taniochy i tandety, lecz o to, żeby stosunek jakości towaru do jego ceny był korzystny. To znaczy, aby nabyć coś, co będzie dobrze służyło, a nie spustoszy portfela czy konta. To najzupełniej normalne, logiczne i racjonalne. Nikt zdrowo myślący nie chce przepłacać. Mogąc coś kupić taniej, zrobi to. Sam tak postępuję. Zwłaszcza, że tańsze wcale nie musi być gorsze; w kapitalizmie wyższe ceny mają często charakter spekulacyjny, są sztucznie ...

Grzeszny biznes

W katolicyzmie – i w ogóle chrześcijaństwie – w ślad za judaizmem istnieje pojęcie grzechu, czyli aktu nieposłuszeństwa wobec Boga. Za które to nieposłuszeństwo ma oczywiście grozić boża kara, z reguły przedstawiana jako wieczny pobyt w ognistym piekle (czasami nazywanym Gehenną, podczas gdy prawdziwa Gehenna była po prostu… śmietniskiem pod starożytną Jerozolimą, gdzie palono odpady oraz zwłoki, i z tejże przyczyny Jezus użył tej nazwy jako metafory). W chrześcijaństwie ratunkiem od tegoż wiecznego potępienia ma być ukorzenie się przed Bogiem/Chrystusem. Ale ma ono jak najbardziej materialny wymiar. Otóż, w katolicyzmie (w wyznaniach protestanckich, z tego, co się orientuję, jest trochę inaczej; wszak wyrosły one między innymi ze sprzeciwu wobec tego, o czym tu piszę) grzechy, a konkretnie ich odpuszczenie, to biznes oraz narzędzie władzy. W średniowieczu Kościół katolicki wymyślił coś takiego, jak spowiedź uszna. Znają to wszyscy katolicy i ci, co z katolicyzmem mieli styczność....

Wolna Wigilia

W tym roku po raz pierwszy Wigilia świąt mylnie zwanych Bożym Narodzeniem (w ich trakcie obchodzi się wszak przyjście na świt Jezusa Chrystusa, który był człowiekiem, no i raczej nie urodził się w grudniu, sama zaś data świąt zaczerpnięta została z rzymskich obchodów przesilenia zimowego i zwycięstwa Słońca) będzie dniem ustawowo wolnym od pracy. Jest to zasługa parlamentarnej Lewicy, która rozwiązanie takie wywalczyła, mimo sprzeciwu najbardziej pro-kapitalistycznie (czytaj: pro-niewolniczo) nastawionych prawicowych polityków, takich jak Ryszard Petru. Wrogom praw pracowniczych, jak łatwo się pomylić, niepracujący 24 grudnia do gustu nie przypadał. Biorąc pod uwagę ogólną niechęć, panującą w polskim parlamencie, do dni wolnych od pracy i praw pracowniczych jako takich, aż dziw, że reforma ta przeszła. No, ale jest, i już pojutrze będziemy się nią cieszyli. Czy to dobre rozwiązanie? Cóż, jak sprawdzi się w praktyce, dopiero oczywiście zobaczymy, niemniej wydaje się jak najbardziej...

Klient największych światowych zbrodniarzy

Na łamach swojego bloga wielokrotnie poruszałem temat ludobójstwa popełnianego w Palestynie, ze szczególnym uwzględnieniem Strefy Gazy, przez faszystowski Izrael. Polega ono nie tylko na bombardowaniu i rozstrzeliwaniu ludzi, ale też na ich głodzeniu, poprzez odcięcie tego obszaru od żywności czy wody; niedawno izraelscy okupanci dopuścili skromne racje pomocy humanitarnej. Do osób, które się po nie zgłaszają, terroryści z IDF strzelają jak do tarcz. Oprócz tego dochodzi do: palenia ludzi żywcem, karmienia nimi specjalnie w tym celu szkolonych psów, gwałcenia, miażdżenia buldożerami… Skalę bestialstwa trudno sobie wyobrazić. W każdym razie, jest to jedno z najokrutniejszych ludobójstw w ostatnich dekadach (a pamiętajmy, że poprzedziło je siedemdziesiąt lat okupacji, zniewolenia, apartheidu, czystek oraz terroru), zarazem też najlepiej udokumentowane w dziejach. Oprócz masowego mordowania ludzi w Strefie Gazy oraz obracania w perzynę tamtejszych budynków, nasila się też izraelski – w...

Szybka i zabójcza

Fast fashion (z angielskiego – szybka moda) to współczesny trend w przemyśle odzieżowym, uskuteczniany przez największe koncerny produkujące ubrania. Na czym on polega, mówi sama nazwa. Kolejne nowości wprowadzane są na rynek jedna po drugiej, nie co sezon, lecz wiele razy w ciągu… no właśnie, nie tyle nawet roku, ile miesiąca. Trafiają do sklepów (np. w galeriach handlowych) na całym świecie, gdzie dostępne są nieraz w naprawdę niskich cenach. Te oczywiście nie biorą się znikąd, o czym będzie za chwilę. Ubrania takie lansowane są z pomocą intensywnego marketingu, w czym udział mają reklamy we wszystkich mediach, jak i i internetowi influencerzy, którzy pokazują, jak to zamawiają nowe ciuchy, otwierają paczki z nimi, a potem je wkładają (ciuchy, nie paczki). Po to oczywiście, aby każda oglądająca osoba chciała mieć taką koszulkę, spodnie, bluzę, kurtkę czy co tam jeszcze i wydała na nie krwawicę. Oczywiście influencerzy mają modelowy ubiór z danej kolekcji, który kosztuje krocie, al...

Obsesja posła P.

Ostatnimi czasy doszedłem do wniosku, że pan poseł Petru Ryszard (dawnej Nowoczesna, obecnie Polska 2050, co świadczy o tym, że ta druga partia jest zbieraniną przypadkowych ludzi na prawo od centrum, kierujących się dążeniem do dojenia publicznych pieniędzy) ma pewną obsesję. Żadna to nowość, przypuszczam wszelako, iż w minionych miesiącach zaczął nią silniej epatować. Z jednej strony dotyczy ona dorżnięcia systemu publicznej opieki zdrowotnej poprzez obcięcie składek dla najbogatszych burżujów; niestety, patologiczne owo rozwiązanie przeszło. W najbliższych zatem latach będzie jeszcze gorzej z leczeniem niż teraz. Co poskutkuje – ni mniej, ni więcej – zgonami, zwłaszcza wśród osób starszych, schorowanych, a na domiar złego niezamożnych. Inny element obsesji posła Petru dotyczy pracy i handlu. Otóż, politykier ów – znany ze swoich durnych wypowiedzi i równie niemądrych wpisów na portalach społecznościowych – absolutnie sprzeciwiał się ustanowieniu 24 grudnia dniem wolnym od pracy...

Bombki i choinki

Minęły Dziady/Halloween, Wszystkich Świętych, Zaduszki, rocznica Rewolucji Październikowej, rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę i Dzień Niepodległości. Listopad zbliża się do połowy, trwa polityczna dyskusja, czy 24 grudnia powinien być dniem wolnym od pracy… A tymczasem sezon na bożonarodzeniowe reklamy przybiera coraz bardziej rozbuchaną formę. Przy czym, pisząc: „bożonarodzeniowe”, mam na myśli nie tyle chrześcijańskie święto, wyrosłe na bazie mitraizmu, ile kapitalistyczną komercję z nim związaną. Wiecie, te wszystkie choinki, bombki, czekoladowe Mikołaje, a przede wszystkim prezenty, jakie „trzeba” kupić możliwie najwcześniej, po to, rzecz jasna, by sprawić radość kapitalistom, zwiększając ich dochody. Pierwszą tego typu reklamę przyuważyłem w telewizji już 1 listopada, acz nie dam głowy, czy nie emitowano ich jeszcze wcześniej. W każdym razie, teraz jest ich pełno, na wszystkich kanałach. Kolejne sieci handlowe coraz intensywniej chwalą się, co to mają, ewentualni...

Festiwal nagrobny

Przyznam szczerze, że podoba mi się (ze względu na słowiańskie geny oraz przywiązanie do słowiańskiej kultury, jak przypuszczam) upamiętnianie zmarłych poprzez palenie im zniczy. Przeciwko ustawianiu na nagrobkach stroików czy chryzantem na przełomie października i listopada też nic nie mam. U naszych wschodnich sąsiadów przetrwały jeszcze starsze formy czci dla osób, które odeszły: zostawianie na ich grobach jedzenia, ulewanie wódki (i picie jej przy okazji), itd. Wietnamczycy mają w zwyczaju palić przedmioty, jakie w zaświatach mogą być potrzebne ich bliskim, np. pieniądze. Bardzo rozbudowane obrzędy związane ze Świętem Zmarłych są w Meksyku. I tak dalej. W sumie, każda kultura ma jakąś formę upamiętnienia przodków. Nic w tym złego, o ile oczywiście nie wiąże się to z fanatyzmem. Oczywiście, pamięć o zmarłych kultywować można niezależnie od wyznawania takiej czy innej religii, bądź niewyznawania żadnej. Jak to robimy, jest rzecz jasna kwestią indywidualną. Co oznacza i to, że nie ...

Wódczana chciwość kapitalistów

Na początek mała informacja związana z tematem notki. Nie jestem przeciwnikiem napojów alkoholowych jako takich. Wiele z nich lubię, np. piwo, co nie zmienia faktu, że obecnie ich nie piję, ponieważ zażywam leki na depresję. I nie wiem, czy do picia alkoholu wrócę nawet w sytuacji, kiedy będę mógł medykamenty owe odstawić (o ile kiedykolwiek to nastąpi); po prostu za nim nie tęsknię, nie jest mi potrzebny do codziennej egzystencji. W określonych, niewielkich ilościach napoje alkoholowe są całkiem zdrowe, chociażby wspomniane piwo zawiera dużo witamin oraz pozytywnie działa na nerki. Nie zmienia to faktu, że nadużywany alkohol jest substancją uzależniającą (o wiele bardziej niż marihuana), a jego spożycie wpływa na reakcje psychomotoryczne, przez co w licznych sytuacjach jest niebezpieczne. Dlatego ograniczenia związane z reklamowaniem i sprzedażą wiadomych napojów uważam za słuszne. Przy czym pełna prohibicja, co swego czau udowodniono w USA, jest jeszcze gorsza. Alkoholizm, podob...

Nie kupują drogo

W mojej pierwszej płatnej (acz i tak musiałem do niej dokładać, benzyna wszak z nieba się nie lała ani nie leje, co w połączeniu ze stresem i zmęczeniem stanowiło jeden z czynników obecnej depresji) pracy wmawiano mi, że „ludzie nie kupują tanich rzeczy”; ci, którzy tak twierdzili, sami najprawdopodobniej w to wierzyli. Cóż, klienci burżuazyjni (acz pewnie nie wszyscy) może faktycznie stawiają na „markową” drożyznę, jednak… Wojna reklamowa między dwoma sieciami dyskontów trwa w najlepsze i przybiera coraz bardziej żenującą formę. Samych spotów, jakie lecą w telewizji z powalającą częstotliwością, komentować nie zamierzam, lecz na jedną ważą sprawę zdecydowanie należy zwrócić uwagę. Otóż, sieci te rywalizują między sobą o to, która zapewni NIŻSZE ceny (de facto różni się to w zależności od poszczególnych produktów, a przy obecnej inflacji i tak wszystkie kwoty gnają w górę); kupujących przyciągnąć zamierzają, mówiąc: „U nas jest TANIEJ!”. Oglądam mało reklam, niemniej przypuszczam...

Dzwoni telemarketer

Zadzwonił do mnie niedawno telemarketer reprezentujący operatora, u którego mam telefon i internet. Jestem zadowolony z usług tej firmy, więc telefony takie odbieram. Tak, jak przypuszczałem, usiłował mi (zbliżając się niebezpiecznie do granic natarczywości) sprzedać nowy model smartfona. Może i byłbym zainteresowany, ale kwota abonamentu wzrosłaby nieco za bardzo, obecny zaś telefon działa zupełnie dobrze i powinien bezproblemowo wytrzymać do końca trwania umowy, czyli jeszcze kilka miesięcy; wówczas osobiście wybiorę się (jak to czyniłem dotychczas) do salonu i ewentualnie kupie nowy apart. Nie lubię też kupować elektroniki na ślepo; zawsze wolę najpierw dane urządzenie zobaczyć i pobieżnie choćby sprawdzić, czy mi odpowiada. Długo musiałem panu tłumaczyć, że oferta jest atrakcyjna, ale z niej nie skorzystam. Telemarketer zdawał się przekonany, iż będę bardzo chętny do dokonania zakupu. Innym razem zadzwoniła do mnie przedstawicielka firmy dostarczającej telewizję kablową. Jak wyż...

Niepotrzebny handel?

Dawno, dawno temu, niestety jednak nie w odległej galaktyce, lecz w Polsce pod PiS-owskim nie-rządem hierarchowie Kościoła katolickiego, wystraszeni zachodzącym już wtedy procesem malejącej frekwencji na mszach i innych nabożeństwach, uroili sobie, że jeśli zakazać lub przynajmniej ograniczyć handel w niedziele (ze szczególnym uwzględnieniem sklepów wielkopowierzchniowych tudzież galerii), więcej osób przyjdzie do świątyń. Wedle bowiem ówczesnej katolickiej propagandy, niedzielne zakupy miały być głównym czynnikiem zniechęcającym do udziału we mszach. Głupie to, ale tak panowie w purpurze… hm… myśleli, a pewnie niejeden nadal myśli. W każdym razie, przekonali do tego rozwiązania związkowców z NSZZ „Solidarność”, ci zaś powiązani byli – i dalej są – z Bezprawiem i Niesprawiedliwością, mającym tematyk okresie swój nie-rząd. Na efekt nie trzeba było długo czekać, a była nim ustawa ograniczająca handel w niedziele z 1 marca 2018 roku. Akt ów – zauważyć trzeba – od samego początku nie m...

Strach przed chińskim autem

W Unii Europejskiej zapanował strach, władze z Brukseli nawet nad cłami zaporowymi myślą. A wszystko dlatego, że chińskie koncerny motoryzacyjne rozpoczynają szturm (gospodarczy, rzecz jasna) na rynki poszczególnych państw członkowskich, polski również. Nad Wisłą, przykładowo, można już kupić nowe auta marki MG – brytyjskiej, acz przed laty kupionej wraz z Roverem prze Chińczyków, i teraz przywracanej na rynek – oraz Beijing (co oznacza „Pekin”)… a to dopiero początek, bo kolejne stoją już w kolejce. Jasne, pojazdy te może nie są aż tak wypasione jak europejska, japońska czy (jeszcze do niedawna pogardzana) koreańska konkurencja, niemniej jakościowo i technologicznie specjalnie od niej nie odstają, normy spełniają, zaś cenowo są bardziej niż atrakcyjne (samochody zaliczają się do towarów, które straszliwie drożeją w ostatnich latach). I właśnie ten ostatni czynnik budzi postrach wśród rynkowych potentatów na Starym Kontynencie oraz w działającej na ich rzecz Brukseli. Poza tym, Ch...

Święto dojenia proletariatu

Dziś kapitalistyczne święto, dzień wielkiego konsumpcjonizmu, czyli tak naprawdę dojenia proletariatu. Ostatni piątek listopada, a zatem promowany wszem i wobec Black Friday, początek Black Weekend. Czas wielkich obniżek cen (niezgodnie z regułami polszczyzny nazywanych promocjami) w sieciach handlowych… bardzo często oszukanych. Z tej okazji niezliczone reklamy telewizyjne, internetowe, radiowe, prasowe i Cthulhu wie, jakie jeszcze, wzywają nas do sklepów, abyśmy kupowali, kupowali i jeszcze raz kupowali, gdyż równie „korzystne” okazje mają nam się nigdy nie trafić (aha...). Wciskają nam wielgachne telewizory z ekranami o niebotycznych rozdzielczościach, w ratach jakoby idealnie do nas dopasowanych; portfele i konta bankowe mają na ten temat zapewne zgoła inne zdanie. Konsola do gier w lekko obniżonej po znacznej podwyżce cenie dostarczy nam wielu chwil rozrywki. Nowy model odkurzacza, jakże „wspaniale” wyceniony, usunie nawet koronawirusa z naszego dywanu. Komplet nowych ciuchów u...

Sezon przedświąteczny w październiku

Wielkimi krokami nadchodzą Dziady/Halloween, Wszystkich Świętych oraz Zaduszki, czyli okres okazywania pamięci zmarłym antenatom, dbania o ich groby, palenia zniczy, itd. Nic zatem dziwnego, że już od kilku ładnych tygodni w sklepach – od dużych sieci handlowych po małe sklepiki ogrodnicze i wielobranżowe – na pacach targowych czy indywidualnych stoiskach prowadzonych przez amatorskich sprzedawców, przybywa zniczy, stroików, chryzantem… Jest to typowe wyjście klientowi naprzeciw – a zarazem równie typowe w kapitalizmie rozbudzanie potrzeb zawczasu – ponieważ wiele osób z wyprzedzeniem wybiera się nawiedzić groby bliskich, inne zaś nie chcą czekać z zakupami do ostatniego dnia. I okej. Z kolei dla osób, które przełom października i listopada traktują cokolwiek bardziej rozrywkowo, poszczególne sieci handlowe, wydawnictwa i im podobne firmy przygotowały promocje z okazji Halloween; szkoda, że nie zaznaczają, iż są to też nasze słowiańskie Dziady. Do kin wchodzą filmy grozy (jeden to n...

Połowa drogi do koszmaru

Zaczął się nam sierpień, połowa zatem wakacji – szkolnych przynajmniej – radośnie sobie minęła. Nowy rok szkolny zbliża się wielkimi krokami; biorąc pod uwagę, kto w (k)raju nad Wisłą odpowiada za wątpliwą edukację, i jak bardzo sfera ta została w ostatnich latach zniszczona, spodziewać się należy, że miesiące od września do końca czerwca dla jeszcze większej niż dotychczas liczby osób uczniowskich będą jeszcze gorszym koszmarem, przybędzie młodych ludzi zmagających się z różnorakimi problemami psychicznymi, a nadmiar lekcji tudzież zadań domowych zaszkodzi ich zdrowiu fizycznemu. Mówiąc krótko, drogie dzieci i młodzieży, szykujcie się na kolejną traumę! Która już się z wami wita, mimo iż w szkolne podwoje wstąpicie dopiero za kilka tygodni. Oto bowiem branża handlowa na zbliżającym się końcu wakacji JUŻ zaczęła trzepać kasiorę. Popularna sieć dyskontów – zapewne nie ona jedna (innych nie sprawdzałem), a jeśli nawet, to pozostałe na dniach do niej dołączą – już ogłasza wielką ak...

Więcej za mniej

Przed kilkoma dniami robiłem zakupy w pewnym dyskoncie. Akurat była przecena – mylnie (z językowego punktu widzenia) nazywana promocją (słowo to po polsku oznacza awans) – na jabłka. Wziąłem cztery, bo tyle akurat było mi potrzebne. Przecenę oczywiście zauważyłem, ale jako że obniżona kwota do zapłaty obowiązywać zaczynała od zakupienia kilograma smacznych owych owoców, wiedziałem, że się na nią nie załapię, co mnie nie obchodziło. O fakcie przypomniała mi jednak pani przy kasie, informując, że będę musiał zapłacić cenę regularną, bo nie uzbierał się kilogram. Podziękowałem i zgodnie z planem nabyłem cztery. Nie twierdzę, że przecena owa jest oszukana; przeciwnie, faktycznie działa. Ma jednakowoż również działanie podprogowe. Otóż, kryje się w niej, a także jej podobnych zabiegach marketingowych, dość ostra zachęta do zakupienia jak największej ilości towaru/liczby towarów. Kup dwa egzemplarze zamiast jednego, bo to się opłaca! – krzyczą do nas slogany reklamowe tudzież nalepki z cen...

Protest księgarzy

Majówkowo będzie w przyszłym tygodniu, a dziś o proteście, którym polskie media, jak sądzę, średnio się zainteresują (jeżeli w ogóle), bo i po co? Rzecz dotyczy wszak nie gigantycznych korporacji, lecz małych i średnich przedsiębiorstw, do tego działających w dziedzinie – o zgrozo! (nie kpię!) – coraz bardziej niszowej. Ani nie grup zawodowych, na które prokapitalistyczne ośrodki propagandowe mogłyby pomstować, nastawiając przeciwko nim resztę proletariatu, takie jak: górnicy, stoczniowcy, lekarze, nauczyciele, itd. Kto zatem rozpoczął działa protestacyjne? Stowarzyszenie Księgarzy Polskich. Przeciwko czemu? Ano, przeciwko pogarszającej się sytuacji niezależnych, autorskich księgarń w (k)raju nad Wisłą. Bo faktycznie jest z nimi niewesoło, i to nie od wczoraj, lecz od lat. Księgarze sygnalizują (nie po raz pierwszy zresztą, bo w poprzednich latach też podnosili byli tę kwestię), że brak w naszym prawodawstwie – czyli zbiorze w większości badziewnych ustaw napisanych i uchwalonych pr...