Grzeszny biznes
W katolicyzmie – i w ogóle chrześcijaństwie – w ślad za judaizmem istnieje pojęcie grzechu, czyli aktu nieposłuszeństwa wobec Boga. Za które to nieposłuszeństwo ma oczywiście grozić boża kara, z reguły przedstawiana jako wieczny pobyt w ognistym piekle (czasami nazywanym Gehenną, podczas gdy prawdziwa Gehenna była po prostu… śmietniskiem pod starożytną Jerozolimą, gdzie palono odpady oraz zwłoki, i z tejże przyczyny Jezus użył tej nazwy jako metafory). W chrześcijaństwie ratunkiem od tegoż wiecznego potępienia ma być ukorzenie się przed Bogiem/Chrystusem. Ale ma ono jak najbardziej materialny wymiar. Otóż, w katolicyzmie (w wyznaniach protestanckich, z tego, co się orientuję, jest trochę inaczej; wszak wyrosły one między innymi ze sprzeciwu wobec tego, o czym tu piszę) grzechy, a konkretnie ich odpuszczenie, to biznes oraz narzędzie władzy. W średniowieczu Kościół katolicki wymyślił coś takiego, jak spowiedź uszna. Znają to wszyscy katolicy i ci, co z katolicyzmem mieli styczność....