poniedziałek, 15 lipca 2019

Pomijane skutki deformy

Gołym okiem widać, że czarne przepowiednie ekspertów od systemu edukacji się spełniają. PiS-owska deforma spowodowała chaos w szkolnictwie, znacząco pogorszyła warunki nauki dla uczniów i pracy dla nauczycieli, dziwnym trafem wraz z jej wdrażaniem nastąpił lawinowy przyrost problemów psychicznych wśród dzieci i młodzieży, na skutek likwidacji szkół uczniowie i uczennice muszą dojeżdżać do nowych placówek po kilkanaście lub więcej kilometrów w jedną stronę… Przykłady można mnożyć. Obecnie media koncentrują się na procesie rekrutacji do szkół średnich i zawodowych podwójnego rocznika, czyli ostatniego gimnazjalnego i pierwszego, który ukończył przywróconą ośmioklasową podstawówkę.
Proces ów trwa, ale już wiadomo, że wielu młodych ludzi do wymarzonych szkół średnich się nie dostanie; zabraknie dla nich po prostu miejsca. Media, zwłaszcza liberalne, koncentrują się na sytuacji z wielkich miast – gdzie faktycznie jest ona najgorsza – oraz na młodzieży, której utrącono szansę na naukę w dobrych liceach, a często i liceach w ogóle. I słusznie, bo dla tych młodych ludzi jest to dramat; trafią do szkół, gdzie nie będą mogli rozwinąć swoich talentów, najpewniej stracą szansę na dobre studia, a pewnie i na karierę zawodową też. Innymi słowy, mówimy tu o zmarnowaniu przez rząd Bezprawia i Niesprawiedliwości, w tym zwłaszcza personalnie byłą ministrę, a obecną eurodeputowaną Zalewską Annę, życia wielu ludzi. W tym kontekście coraz więcej przypadków chorób psychicznych, z depresją na czele, oraz samobójstw zdecydowanie nie dziwi – stanowią one nader ponure, lecz w pełni logiczne następstwo deformy. Liberalne media pomijają jednak inne jej tragiczne aspekty.
Otóż, jak to zwykle w kapitalizmie bywa, najbardziej poszkodowani będą nie obywatele zamożni, lecz właśnie ci o średnich i mniejszych dochodach – w tym wypadku oczywiście nastoletni – na co zwraca uwagę Sojusz Lewicy Demokratycznej. Bo to młodzieży z biedniejszych rodzin i regionów (która z konieczności uczyła się w słabszych podstawówkach i gimnazjach) trudniej będzie dostać się do co lepszych szkół średnich. Właśnie dla tych ludzi zabraknąć może miejsc na skutek rekrutacji podwójnego rocznika. Bo nie oszukujmy się – bogaci rodzice już dawno zaklepali potomkom miejsca w prestiżowych szkołach prywatnych, w kraju i za granicą, i młodzież ta nie musi się o nie bać (tu mała dygresja: na skutek deformy Zalewskiej przybyło prywatnych placówek edukacyjnych; czyżby o to chodziło, żeby prywaciarze mogli skorzystać?). Najgorzej mają ci uczniowie, których rodzin nie było stać na dowożenie ich do bardziej oddalonej od miejsca zamieszkania szkoły, która przykładowo wysłała podopiecznych na konkursy i olimpiady z różnych przedmiotów (dzięki czemu uzyskiwali oni punkty tak potrzebne przy rekrutacji), musieli zatem uczęszczać do placówki, jaka tego nie oferowała, i teraz nie mają odpowiedniej ilości punktów, by trafić do szkoły średniej o odpowiednim dla nich poziomie. Jest to podważanie – i tak w kapitalistycznej Polsce stanowiącej fikcję – równości szans rozwojowych, a ponadto odbieranie tym młodym ludziom szansy na awans społeczny i wyrwanie się z biedy. Czyli mamy tu do czynienia z pogłębieniem patologii stanowiącej ponury skutek zniszczenia gospodarki przez Balcerowicza – dziedziczenia ubóstwa. Właśnie edukacja jest, a raczej byłaby sposobem, by owo błędne koło biedy przełamać, a deforma Zalewskiej radośnie tę możliwość zniweczyła.
Dalej, liberalne media koncentrują się na problemach z rekrutacją do liceów. Tymczasem może się okazać, że najbardziej poszkodowani będą ci młodzi ludzie, jacy nie załapią się do techników, a jeśli już, to do słabych. Technika bowiem – w tym te najlepsze – niekoniecznie polują na orłów, lecz na uczniów, którzy w podstawówkach i gimnazjach radzili sobie średnio, jadąc na trójkach i czwórkach z przedmiotów ogólnych, za to mających różnorakie uzdolnienia techniczne, manualne, itd. Właśnie oni mogą w dobrym technikum rozwinąć skrzydła, w trakcie nauki jeżdżą na światowe konkursy innowacji i wygrywają je, a po ukończeniu szkoły mają szansę na wspaniałą karierę zawodową (czyli awans społeczny, bo to też są często dzieci z domów mniej- oraz średniozamożnych). Dla wielu z nich zabraknąć może miejsca w dobrych technikach, raz z powodu podwójnego rocznika, a dwa – bo część z nich zostanie wyparta przez osoby, które nie dostały się do liceów, więc z konieczności pójdą do techników (choć niekoniecznie mają uzdolnienia do przedmiotów technicznych). Będzie to kolejna liczna grupa młodych ludzi, której PiS-owska deforma odbierze szanse rozwojowe. O nich liberalne media, niestety, rzadko wspominają, tymczasem te właśnie osoby mogą być największymi ofiarami tej zbrodni na systemie szkolnictwa. Na czym ucierpi, po raz kolejny, także rynek pracy, bo dalej będzie brakowało robotników wykwalifikowanych.
Ale może właśnie o to chodzi – żeby utrudnić osobom z biedniejszych rodzin czy regionów awans społeczny, czyli aby tysiące ludzi nie mogło zwiększyć swoich kwalifikacji, kompetencji i wiedzy; wówczas rynek pracy zaleje masa niedouczonych, niewykwalifikowanych młodych osób, które będą mogły podjąć tylko najgorsze, najsłabiej płatne prace – innymi słowy, staną się parobkami, zasuwającymi za miskę ryżu, wymarzoną przez Morawieckiego formę wypłaty.
Bo pracownik kompetentny, np. robotnik wykwalifikowany (po technikum, dajmy na to), zna swoją wartość i ceni własną pracę, a to nie w smak wielu kapitalistom, bazującym na wyzysku i poszukującym taniej, niekoniecznie dobrze wyedukowanej siły roboczej.
PS. Jutrzejszej notki może nie być (ważny wyjazd), za co w razie czego serdecznie z góry przepraszam.

piątek, 12 lipca 2019

Dobrobyt i praca

Rozmawiałem niedawno ze zwolenniczką PiS-u – aczkolwiek raczej nie fanatyczną – która nie mogła uwierzyć, że w Polsce rośnie skala ubóstwa zarówno skrajnego, jak i relatywnego (na co jednoznacznie wskazują dane GUS-u; niedawno na ten temat pisałem), skoro jest 500 Plus. Przyjęła jednak do wiadomości, że wzrost ubóstwa w Polsce to skutek tego, że nasz rynek pracy jest pogrążony w pladze umów śmieciowych i krótkoterminowych (te drugie na dłuższą metę sprawiają, że wypłaty nie rosną, a jeśli już, to bardzo wolno), coraz więcej osób zarabia kwoty poniżej płacy minimalnej, a pozytywny efekt 500 Plus radośnie zżera rosnąca inflacja.
Do tego jeszcze należałoby doliczyć formalnie progresywny, a de facto regresywny (co jest wątpliwą zasługą poprzednich rządów Bezprawia i Niesprawiedliwości) system podatkowy (im polski obywatel biedniejszy, tym wyższe – procentowo, a nieraz i kwotowo – w stosunku do swoich dochodów płaci podatki), przyczyniający się do rozwarstwienia społeczno-ekonomicznego, orzynanie przez PiS-owski rząd emerytów na waloryzacjach, cięcia refundacji leków… A i samo 500 Plus nie dociera do osób, które najbardziej go potrzebują…
Prawda jest taka, że nawet najlepszy socjal (tzn. skierowane do obywateli świadczenia pieniężne: zasiłki, zapomogi, dodatki, becikowe czy programy w stylu 500 Plus) sam w sobie na dłuższą metę nie spowoduje poprawy sytuacji bytowej społeczeństwa. Daje, owszem, pozytywne efekty, ale raczej krótkoterminowe. Inaczej, niż finansowane z wysokich podatków, płaconych przez najbogatszych obywateli i największe korporacje, dobrze działające darmowe usługi publiczne, do których dostęp ma każdy, dzięki czemu może przyoszczędzić. Socjal to co najwyżej dodatek do polityki społecznej, i powinien być kierowany – jako część rozwiązać systemowych – do obywateli i grup najbardziej potrzebujących.
Jedynym skutecznym i trwałym sposobem na wzrost ogólnospołecznego dobrobytu jest praca. Nie może ona jednak służyć – jak to się dzieje w kapitalizmie, zwłaszcza jego modelu opartym na barbarzyńskich, neoliberalnych wzorcach – bogaceniu się nielicznych prywatnych właścicieli środków produkcji, czyli kapitalistów, lecz dochód z niej trafiać musi PRZEDE WSZYSTKIM do wykonujących ją osób – pracowników/robotników, twórców i artystów, rzemieślników, itd. Innymi słowy, musi ona być stabilna i jak najlepiej płatna, co oznacza, że bez wdrożenia prawa, jakie doprowadzi do likwidacji umów śmieciowych, wymuszonego i często fikcyjnego samozatrudnienia, bezpłatnych staży oraz innych form wyzysku, bogactwa i dobrobytu w skali całego społeczeństwa nie będzie. I żaden, choćby najlepiej dopracowany, szczodry system świadczeń socjalnych tu nie pomoże.
Ale sama walka o wyższe wynagrodzenia i stabilne zatrudnienie to nie wszystko; już Karol Marks zauważył, że jeśli robotnicy wywalczą TYLKO lepsze zarobki, ich sytuacja na dłuższą metę się nie zmieni, bo to nadal będzie lepiej opłacone niewolnictwo (w starożytnym Rzymie gladiator czy woźnica rydwanów zarabiali znacznie lepiej niż większość wolnych rzemieślników, ale co z tego?). Aby przeobrażenia na rynku pracy były trwałe, dobrobyt całego społeczeństwa zaś wzrastał, potrzebne są gruntowne zmiany systemu społeczno-ekonomicznego, polegające na tym, aby robotnicy mieli udział w zyskach (w kapitalizmie z reguły nie mają; wypłata za ich pracę to tak naprawdę cena, i to zaniżona, za jaką kapitalista jest skłonny kupić ich siłę roboczą), co umożliwiają formy wspólnej własności środków produkcji, np. spółdzielnie (prawdziwe, nie znacjonalizowane, jak to było w Polsce Ludowej!) czy akcjonariat pracowniczy.
System społeczno-ekonomiczny, w którym taka właśnie wspólna (nie mylić z państwową!) własność środków produkcji dominuje – jakkolwiek istnieją też własność prywatna oraz państwowa – to oczywiście socjalizm.
W socjalizmie zysk pochodzący z pracy jest sprawiedliwie dzielony między wykonujących ją robotników, i właśnie to jest warunkiem ogólnego dobrobytu. Oczywiście, w systemie tym również będą nierówności dochodowe, czyli ludzie biedniejsi i bogatsi, niemniej jednak różnice płacowe między tymi warstwami społecznymi nie będą aż tak rażące jak w kapitalizmie, wszyscy zaś obywatele będą mogli dzięki swojej pracy uzyskać środki pozwalające na życie w dobrobycie, zwłaszcza, że zatrudnienie będzie powszechne. Ci zaś, którzy z różnych przyczyn, np. zdrowotnych, nie będą mogli podjąć pracy, otrzymają pomoc pieniężną od państwa, zabezpieczającą ich byt. No, chyba, że postęp robotyzacji wymusi wprowadzenie podstawowego dochodu gwarantowanego, ale to inna nieco para kaloszy.
Tak zatem, bez przeobrażenia kapitalizmu w socjalizm większość ludzkości o dobrobycie może sobie jedynie pomarzyć, i żaden socjal typu 500 Plus tego nie zmieni.

czwartek, 11 lipca 2019

Kongo

Na przełomie lat 1884-1885 w Berlinie odbyła się konferencja europejskich mocarstw kolonialnych, na której obradowano o wytyczeniu granic pomiędzy ich koloniami w Afryce (czego ponurym pokłosiem są chociażby dzisiejsze krwawe wojny, domowe i międzypaństwowe, tudzież akty ludobójstwa na Czarnym Kontynencie). Jednym z jej głównych postanowień było przyznanie NA WŁASNOŚĆ królowi Belgii, Leopoldowi II, dorzecza rzeki Kongo.
Monarcha założył tam Wolne Państwo Kongijskie, którego był władcą i – jako się rzekło – właścicielem na identycznej zasadzie, jak dzisiejsze koncerny są prywatną własnością posiadaczy największego pakietu akcji; w roku 1908 odsprzedał ów polityczny twór… Belgii (tak, SWOJEMU PAŃSTWU!) za kwotę 50 mln franków, i tak powstała już formalna kolonia pod nazwą Kongo Belgijskie, która wywalczyła sobie niepodległość w XX wieku.
Co ciekawe, król Leopold zobowiązał się w Berlinie do zagwarantowania handlu wolnego od protekcjonizmu, zwalczania niewolnictwa i przeciwdziałania handlowi ludźmi. Brzmi to fajnie, ale praktyka była zupełnie inna. Otóż, Wolne Państwo Kongijskie funkcjonowało jako gigantyczne, działające rzecz jasna dla zysku właściciela (czyli króla Leopolda II i jego administracji) przedsiębiorstwo, eksportujące głównie kauczuk (na potrzeby dynamicznie rozwijającego się wówczas przemysłu oponiarskiego) oraz kość słoniową. Kongijczycy formalnie niewolnikami nie byli… lecz Belgowie odebrali im ziemię i uczynili ich darmową, przymusową siłę roboczą – czyli niewolnictwo tam istniało, tyle że nieformalne. „Wolny” Kongijczyk musiał dostarczyć białym „pracodawcom” odgórnie narzuconą ilość kauczuku; jeśli w okolicach wioski, gdzie mieszkał, brakowało pnączy, musiał się udać do dżungli na ich poszukiwania. W tym czasie jego rodzina – kobiety, w tym także karmiące czy brzemienne, oraz dzieci – przebywała w specjalnym obozie jako zakładnicy. Ludzie ci byli tam skuwani, belgijscy zaś żołnierze dopuszczali się gwałtów na kobietach oraz innych aktów okrucieństwa. Jeśli „wolny” Kongijczyk nie dostarczył wyznaczonej mu ilości kauczuku lub uciekł, członków jego rodziny mordowano, albo obcinano im kończyny. Istniały też inne metody wymuszania przez białasów posłuszeństwa na formalnie „wolnych” kongijskich Murzynach, a zarazem atrybuty władzy Europejczyków – zwłaszcza chicotte, czyli spiralny bicz z wysuszonej skóry hipopotama, tnący ludzkie ciało do kości. Instrukcje, jakimi dysponowali belgijscy administratorzy, pozwalały na wymierzenie Kongijczykowi maksymalnie pięćdziesiąt razów tymże batogiem w pośladki, w dwóch seriach po dwadzieścia pięć (dla porównania, polski szlachcic czy magnat zwyczajowo karał chłopa pańszczyźnianego, czyli niewolnika, swoją własność, stu pięćdziesięcioma razami bicza za byle przewinienie). Kara to zatem była okrutna, ale nijak miała się do przerażającej praktyki zadawania nawet kilkuset uderzeń chicotte – jednej osobie! – po całym ciele, wliczając genitalia. Mało tego, chłostanego Kongijczyka przywiązywano najczęściej do słupa i wystawiano na palące słońce, co kończyło się śmiercią. Była to oczywiście kara wymierzana „wolnym” ludziom za niedostarczenie narzuconej ilości kauczuku albo kości słoniowej. Do bicia Kongijczyków służyła też – dla odmiany, bez żadnych formalnych ograniczeń – trzcinowa rózga, która powodowała płytkie wprawdzie, lecz bolesne i trudno gojące się rany.
Nie dziwi, że Wolne Państwo Belgijskie, którego eksploatacja przez Belgów w latach 1885-1908 pochłonęła 8-10 mln ofiar śmiertelnych, stało się w Europie symbolem krwawego terroru kolonialnego, a króla Leopolda II w karykaturach przedstawiano jako zbrodniczego ludobójcę. W praktyce wszelako podobne zbrodnie na równie masową skalę popełniały w swoich koloniach WSZYSTKIE europejskie mocarstwa; Brytyjczycy trzymali w obozach koncentracyjnych i mordowali Kenijczyków jeszcze w latach 50. XX wieku. Ogólna liczba ofiar śmiertelnych trwającego przez kilka stuleci kolonializmu oraz handlu niewolnikami jest chyba niemożliwa do oszacowania, ale z pewnością idzie w setki milionów… czyli była to jeszcze większa masakra (nadto, podkreślam, rozciągnięta na kilkaset lat!), niż II wojna światowa i Holocaust. Kolonializm stanowił prawdopodobnie najstraszliwszą zbrodnię przeciwko ludzkości, jaką w swoich dziejach popełnił nasz barbarzyński gatunek. I nie chodzi tylko o zniewalanie i mordowanie; Afrykańczyków traktowano dosłownie jak zwierzęta, zamykano ich w zoo i równego rodzaju „parkach etnograficznych”, gdzie musieli bawić białą publiczność.
Kolonializm i handel niewolnikami stanowiły też, obok Rewolucji Przemysłowej, główny filar kapitalizmu jako systemu społeczno-ekonomicznego, który zaczął rozwijać się pod koniec XVII wieku (najpierw w Holandii i Anglii), a najpaskudniejszą, najbardziej zbrodniczą postać osiągnął w stuleciu XIX i XX. Warto zaznaczyć, że dzisiejsze państwa afrykańskie, czyli dawne kolonie, formalnie są niepodległe, ale większość z nich wciąż niemiłosiernie eksploatują koncerny z Europy, co często pociąga za sobą podporządkowanie polityczne. Nadto państwa te mają sztucznie wytyczone granice (spadek po konferencji berlińskiej właśnie), skutkiem czego w ich obrębie żyją nienawidzące się ludy i religie (nienawiść ta nie tylko efekt odwiecznych plemiennych waśni, ale również stosowania przez kolonialistów polityki „dziel i rządź”), co prowadzi do wojen i masakr. Pokłosiem kolonializmu jest też skrajna afrykańska nędza, korupcja, przestępczość i niewydolne systemy polityczne.
Mówiąc krótko, tak gloryfikowany przez prawicowców i neoliberałów kapitalizm wyrósł na bodaj największej w dziejach ludzkości, masowej zbrodni, której krwawe praktyki w Kongu stanowiły zaledwie jeden z epizodów. Właśnie w koloniach wypracowano metody wyzysku, dziś stosowane – w złagodzonej, co prawda, formie – przez wielkie korporacje wobec ich pracowników.

środa, 10 lipca 2019

Jak PiS niepełnosprawnym dosypie

No i jest! Długo wyczekiwana, któraś już tam z rzędu kolejna obietnica wyborcza Bezprawia i Niesprawiedliwości, mająca zagwarantować tej mafii/sekcie jeszcze więcej głosów, a w konsekwencji zdobycie większości konstytucyjnej (do czego nie dopuść, Boże!). Jak łatwo się domyślić, będzie to nowy Plus, i to 500 Plus, dla niepełnosprawnych oraz ich opiekunów, dodajmy.
Zaraz, zaraz, po kolei. Nie 500, ale MAKSYMALNIE 500, i tylko dla tych osób z niepełnosprawnością, których dochód nie przekracza 1100 zł miesięcznie (tzn. na członka rodziny). Innymi słowy, na pieniądze owe będzie mógł liczyć ten jedynie niepełnosprawny, który sam nie pracuje, podobnie jak jego opiekunowie, np. rodzice (co najwyżej jedno spośród nich, i to na marnej śmieciówce, z mizerną wypłatą), a zdecydowana większość pieniędzy, jakimi dysponuje rodzina, to – nader skromne i trudno dostępne, dodajmy – zasiłki łaskawie przyznane przez pomoc społeczną. Innymi słowy, ów próg dochodowy warunkuje, że pieniążki od rządu, jeśli w ogóle do kogokolwiek, popłyną do przedstawicieli omawianej grupy żyjących, a raczej wegetujących w całkowitej nędzy.
Podjęcie jakiejkolwiek aktywności zawodowej, czy to przez samego niepełnosprawnego (np. jeśli wybrany zostanie radnym i zacznie otrzymywać dietę), czy to przez jego opiekunów, oznaczało będzie utratę przyznanego przez rząd świadczenia… no, chyba, że ludzie ci pracowali będą za darmo. Rodzi się zatem podejrzenie, czy rządowi nie chodzi przypadkiem o to, aby ludzi tych – chcących przecież cieszyć się życiem – zamknąć w czterech ścianach.
PiS-owska propozycja wygląda zresztą dość mizernie. Owszem, dodatkowe 500 zł miesięcznie przyczyni się do – oczywiście tylko częściowej – poprawy sytuacji ekonomicznej rodzin, w której co najmniej jedna osoba dotknięta jest niepełnosprawnością… ale ze względu na absurdalny próg dochodowy, jedynie tych naprawdę najbiedniejszych. Znaczna część potrzebujących zostanie po prostu wykluczona z tego rządowego programu. Poza tym, pomoc pieniężna to nie wszystko. Rozwiązań systemowych, jak choćby sfinansowania usług asystenta czy rehabilitanta, PiS jakoś nie proponuje. Owszem, po zeszłorocznym sejmowym proteście niby to wdrożono jakieś tam ułatwienia w dostępie do służby zdrowia bez kolejki, ale to podobno fikcja.
Już wielokrotnie pisałem o tym, jak politykierzy Bezprawia i Niesprawiedliwości traktują niepełnosprawnych i ich opiekunów; widać to zresztą było jak na dłoni w zeszłym roku w Sejmie. Ludzie ci dla Kaczyńskiego i jego formacji są niczym; nie stanowią bowiem na tyle dużej grupy wyborców (zwłaszcza, że nie wszyscy są w stanie głosować), by ich głosy mogły w jakiś szczególny sposób zaważyć na wyniku wyborczym, nadto zgłaszając swoje postulaty i upominając się o nie w drodze protestów lub demonstracji, dość jaskrawo podważają wizerunek PiS-u jako partii prospołecznej, troszczącej się o los „zwykłych Polaków”, z propagandowego punktu widzenia stanowią zatem kłopot, zwłaszcza przed wyborami.
I o to właśnie chodzi – o propagandę. Bezprawie i Niesprawiedliwość rozkręca kampanię, toteż wygłasza kolejne obietnice. A że media przez ostatnie kilkanaście miesięcy zainteresowały się sytuacją niepełnosprawnych i ich opiekunów, zaś temat ów przenikać zaczął (chyba) do społecznej świadomości, tym razem nie dało się owej grupy pominąć. Trzeba więc było i dla niepełnosprawnych przygotować jakąś badziewną propozycję i ogłosić ją z wielką pompą, nie po to wszak, by im rzeczywiście pomóc, ale celem propagandowego wciśnięcia obywatelom kitu, jak bardzo PiS dba o te osoby… wbrew temu, co formacja owa pokazywała w ostatnich latach i miesiącach.
Toteż zupełnie mnie nie dziwi niezadowolenie, stanowiące reakcję omawianej grupy społecznej na ów PiS-owski Plus…

wtorek, 9 lipca 2019

O koalicji słów kilka

Polskie Stronnictwo niezbyt Ludowe robi wszystko, aby nie powstała szeroka, anty-PiS-owska koalicja ugrupowań demokratycznych. PSL-owscy niby to deklarują, że chętnie weszliby do takowej, tyle że bez partii lewicowych – wówczas owa koalicja staje się bezsensowna. Oczywiście jest to krecia robota, mająca na celu zagwarantowanie Bezprawiu i Niesprawiedliwości zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych; PSL-owcy nie mogą się doczekać wejścia do rządu, choćby PiS-owskiego… Tyle, że mafia/sekta Kaczyńskiego dąży do rządzenia samodzielnego, jeśli zaś będzie musiała połączyć się z jakimś koalicjantem, to po prostu go wchłonie i zniszczy, jak to się ongiś stało z Samoobroną (której mi mimo wszystko szkoda) i Ligą Polskich Rodzin (której nie żałuję w żadnym razie). Cóż, z reguły podziwiam odwagę samobójców, niemniej jednak w wypadku PSL-u odważnego działania akurat nie widzę…
W każdym razie, zarówno politycy Polskiego Stronnictwa niezbyt Ludowego, jak też inni przeciwnicy możliwie najszerszej koalicji demokratycznej, podnoszą, iż będzie ona nieskuteczna, ponieważ, jeśli zgromadzi różne pod względem ideologicznym ugrupowania (centroprawicowe, centrowe i lewicowe), nie będzie w stanie napisać spójnego programu, a bez niego nie będzie czytelnej oferty dla wyborców. Generalnie, przykład Koalicji Europejskiej temu przeczy; jej program był całkiem spójny, zawierał też postulaty wszystkich wchodzących w jej skład formacji. No, ale to były wybory europejskie, z krajowymi będzie trudniej, ponieważ program koalicji musiałby być znacznie bardziej szczegółowy.
Tymczasem wcale nie jest powiedziane, iż taka koalicja demokratyczna musi mieć JEDEN program. Przeciwnie – dobrze by było, gdyby miała ich tyle, ile tworzących ją partii, które kierowałyby swoją ofertę do różnych grup społecznych, co dawałoby szansę na poszerzenie elektoratu. Opinie takie pojawiały się choćby w tekstach publikowanych na łamach Dziennika Trybuna, a ja w pełni je podzielam.
Owszem, koalicja demokratyczna musi mieć główny trzon programu, który podzielali będą i głosili wszyscy jej uczestnicy. Są to przede wszystkim kwestie ustrojowe: obudowa państwa prawa, przywrócenie prawidłowo funkcjonującego Trybunału Konstytucyjnego i niezawisłości sędziowskiej, rozdzielenie funkcji prokuratora generalnego (którą można by zlikwidować i zastąpić jakimś ciałem kolegialnym) i ministra sprawiedliwości, ochrona samorządu terytorialnego, itd. Do tego trzonu można też dopisać podstawowe postulaty związane z polityką społeczną, takie jak promocja stabilnego, dobrze płatnego zatrudnienia, reforma służby zdrowia czy działania z zakresu mieszkalnictwa.
Ale już bardziej szczegółowe kwestie związane z polityką społeczną, podobnie jak postulaty światopoglądowe, mogą się różnić, w zależności od tego, do jakich wyborców dane ugrupowanie koalicyjne będzie kierowało swój przekaz. I tak – przykładowo i upraszczając – Nowoczesna będzie miała ofertę dla bogatych młodych mieszkańców największych ośrodków miejskich, którym zaproponuje program liberalny gospodarczo i światopoglądowo; program PO będzie nieco (ale tylko nieco, bo działacze tej formacji pojawiają się np. na Paradach Równości, co bardzo im się chwali) bardziej konserwatywny światopoglądowo i liberalny gospodarczo, acz z pewnymi elementami socjaldemokratycznymi (vide, całkiem niezły, swoją drogą, program dla seniorów, jaki Platforma ma), skierowany do możliwie najszerszej grupy wyborców; Zieloni skupią się na kwestiach środowiska naturalnego, klimatu oraz praw zwierząt, w czym sekundował im będzie SLD, który zaprezentuje z kolei program dla pracowników (zwłaszcza wyzyskiwanych ofiar śmieciówek i bezpłatnych staży), poszkodowanych przez transformację ekonomiczną grup społecznych (emeryci, renciści, bezrobotni, bezdomni, trzydziestolatkowie, itd.), jak również dla przedstawicieli różnego rodzaju mniejszości; PSL (mam nadzieję, iż jego działacze się opamiętają i do koalicji demokratycznej jednak wejdą) przygotują ofertę dla rolników, itd. Oczywiście to tylko przykłady, nader zresztą ogólne. Chodzi po prostu o to, aby taka koalicja dotarła do możliwie największej liczby osób i grup społecznych, mając dla nich konkretne propozycje. W tym zakresie kilka programów bazujących na wspólnym trzonie sprawdzi się lepiej niż ujednolicona, z konieczności nader ogólna oferta programowa.
Ktoś powie, że z czegoś takiego nie będzie się dało poskładać koalicji rządowej, bo tu wspólnota programowa we wszystkich dziedzinach musi być większa. Fakt, niemniej jednak teraz chodzi o skonstruowanie koalicji wyborczej, zadaniem której będzie odsunięcie Bezprawia i Niesprawiedliwości od władzy i uratowanie nas przed tymi faszystami. O tworzeniu rządu mowa będzie po wyborach; kto wejdzie w jego skład, uzależnione będzie od wyników elekcji.
I jeszcze jedno. Niezależnie od tego, czy opozycja demokratyczna pójdzie do wyborów razem czy osobno, działacze WSZYSTKICH partii demokratycznych winni skupić się na próbie dotarcia do obywateli, którzy czują się wobec polityki i państwa zniechęceni, i im właśnie przedstawić jak najlepszą ofertę, która zachęci tych ludzi do głosowania. Zadanie to spoczywa przede wszystkim na szeroko pojętej lewicy z SLD na czele, której wręcz obowiązkiem jest reprezentować interesy osób poszkodowanych przez transformację gospodarczą i dziki kapitalizm – tych, na frustracji których bazuje teraz w oszukańczy sposób Bezprawie i Niesprawiedliwość, a zwłaszcza tych, którzy polityką ani ekonomią się nie interesują, mimo iż wpływają one na ich życie.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Bzdury i brednie

Żyjemy w epoce fake newsów, informacje prawdziwe trudno odróżnić od fałszywych, zmanipulowanych, toteż przybywa powodów, by przypuszczać, że wieści, jakie do nas docierają, niewiele zaiste mają wspólnego z prawdą, a nawet te prawdy bliskie tworzone są na czyjś użytek. Świat Orwellowski, normalnie, choć nie do końca wygląda to tak, jak w powieści Rok 1984… Ale mniejsza o to.
Są całe ośrodki produkujące fake newsy, zaburzające nam odbiór rzeczywistości; tę samą funkcję pełnią fermy trolli. Na rynku prasy królują tabloidy, bazujące na sensacyjnych, z reguły bzdurnych wiadomościach o niemowlętach gwałcących własne niańki. Jednakże nawet w tych mediach, co mają opinię opinię rzetelnych i opiniotwórczych, spotkać się możemy z kłamstwami i bredniami, robiącymi oczywiście za „prawdę”, świętą tudzież niepodważalną. Owe kłamstwa i brednie dotyczą zwłaszcza pewnej grupy państw, o których powiedzieć można wszystko, absolutnie każdą głupotę; byle by była ona odpowiednio brutalna i krwawa, to spokojnie przejdzie, zaś odbiorcy łykną ją niczym słowo Boża, po czym propagowali będą ją dalej, chociażby poprzez udostępniania i komentowanie na łamach portali społecznościowych i forów.
Można tu wymienić Koreę Północną (dziennikarze i publicyści z uporem maniaka określają tamtejszy ustrój mianem „komunistycznego”, mimo iż komunizm jest w KRLD zakazany, system natomiast tamtejszy zowie się dżucze i jest po prostu odmianą autarkii), Kubę, Wenezuelę, Syrię, Iran i Rosję. Czyli kraje, gdzie, wedle naszych (i nie tylko!) mediów, panują krwawe dyktatury, przeciwnicy polityczni władz są rozstrzeliwani, bądź tkwią w więzieniach lub łagrach, ludzie głodują (informację tę podaje się zwłaszcza w kontekście Wenezueli, nie dodając wszelako, iż tamtejszą gospodarkę rozwaliły USA, do spółki z Arabią Saudyjską manipulując cenami ropy naftowej), a ci, co jeszcze są wolni i nie umarli z głosu, myślą tylko o wyjeździe.
Czasami owe kłamstwa wychodzą na jaw, i to w sposób wręcz zabawny. Otóż, jedna z wysoko postawionych urzędniczek północnokoreańskich – o czym trąbiły światowe media, przypominam – miała wypaść z łask Kim Dzong Una, zostać o coś tam oskarżona (fałszywie, no bo jak inaczej?) i rozstrzelana. Tymczasem kobieta ta, cała, zdrowa i oczywiście żywa, stała na czele delegacji KRLD przy zimowych igrzyskach olimpijskich, organizowanych przez Koreę Południową. Została przez swoich południowych ziomków powitana z honorami, odgrywają przy tym ważną rolę w zapoczątkowaniu trwającego właśnie procesu pokojowego między oboma państwami koreańskimi. Oczywiście media nikogo nie przeprosiły za podawanie bzdur – ani tej Koreanki, ani jej kraju, ani też nas– odbiorców.
Podobne idiotyzmami na temat pozostałych wymienionych wyżej państw zatruwają nasze mózgi codziennie. A pewnie niedługo w gronie tym znajdą się jeszcze Chiny, może też Turcja. Oczywiście, są to te kraje, gdzie panują ustroje polityczne oraz, co ważniejsze, gospodarcze odmienne od amerykańskich i, szerzej, zachodnich. Czyli te, gdzie w mniejszym bądź większym stopniu zakwestionowano kapitalizm i spróbowano wprowadzić alternatywne wobec niego systemy społeczno-ekonomiczne, np. socjalizm (Kuba i częściowo Wenezuela) lub dżucze (Korea Północna), albo też te, które mimo zachowania kapitalizmu, nie zamierzają wyprzedać swojej gospodarki, a zwłaszcza złóż surowców naturalnych, światowemu kapitałowi (Rosja, Iran). Lub po prostu nie chcą być narzędziem jankeskiego imperializmu (Syria). A że największe ośrodki medialne są pod względem ideologicznym czysto kapitalistyczne, i to w barbarzyńskim wydaniu neoliberalnym, nadto część z nich stanowi kapitał amerykański, no to podają wersję „prawdy” korzystną dla kapitalizmu oraz USA.
Oczywiście, są też państwa, o których mówi się tylko dobrze. A nawet nie tyle państwa, ile jedno, wielkie państwo, czyli Stany Zjednoczone, rzecz jasna. Będące, według najbardziej opiniotwórczych mediów głównego nurtu, wzorcem demokracji (tymczasem europejskie państwa demokratyczne wypracowały własne wzorce ustrojowe), supermocarstwem dbającym o światowy pokój (czego przykładem zrujnowany Bliski Wschód, plaga islamistycznego terroryzmu czy też coraz agresywniejsza polityka wobec Iranu, Rosji i Chin), gdzie żyje się wspaniale (nie dowiemy się jednak, że w USA rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństwa jest ogromne oraz stale rosnące; ponadto właśnie w tym kraju istnieje największa na świecie populacja więzienna). I tak dalej.
Mówiąc krótko, nie trzeba fake newsów, by mącić ludziom w głowach. Media, które rzekomo ich nie produkują, za to są na pasku amerykańskiego kapitału i realizują interesy największych światowych korporacji, robią to wyjątkowo skutecznie.

piątek, 5 lipca 2019

Sieć handlowa i wolność

Od pewnego czasu „katolicka” (czyli prawacka – nie mylić z dobrze pojętym katolicyzmem ani z prawicą nienacjonalistyczną i niefaszystowską) część polskiego społeczeństwa żyje sprawą szwedzkiej sieci handlowej, która ma swoje sklepy meblowe również w Polsce. Jedną z jej strategii marketingowych jest przyjazne nastawienie wobec osób LGBT. Toteż zwolniła ona pracownika (w internecie przedstawił się jako „Tomasz”), który zamieścił na swoim profilu skierowany przeciwko nim wpis, konkretnie cytat ze Starego Testamentu: Ktokolwiek obcuje z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią (...).
Sprawa nabrała rozgłosu, kiedy ów człowiek zaczął komentować swoje zwolnienie, twierdząc, iż jest wierzącym katolikiem, czego ów wpis miał dowodzić; nie ma jednak nic przeciwko osobom o odmiennej niż hetero orientacji seksualnej, jest tolerancyjny i w ogóle, niemniej jednak nie mógł znieść ciągłej indoktrynacji LGBT w pracy – toteż napisał to, co napisał.
Prawacy – i to bynajmniej nie tylko ci fanatyczni – zaczęli krzyczeć o prześladowaniach religijnych, a i część lewicowych publicystów zwróciła uwagę na możliwe złamanie praw pracowniczych; byli i tacy, którzy pisali o złamaniu wolności.
Cóż, gdybym był człowiekiem odpowiedzialnym za kadry w tejże sieci handlowej… nie wiem, czy zwolniłbym owego „Tomasza” za wpis cytujący biblijny nakaz mordowania gejów. Na pewno jednak wezwałbym go na dywanik, celem odbycia poważnej rozmowy.
W całej tej sprawie zazębia się bowiem kilka kwestii. Nie wiem, na ile głęboka jest wiara „Tomasza” (to sprawa czysto indywidualna, nie da się tego określić z zewnątrz), niemniej jednak, jeśli faktycznie traktuje on swoją religię i wiarę poważnie, to powinien wiedzieć, że Stary Testament i jego krwawe prawa… po prostu się zdezaktualizowały. Dla chrześcijan, w tym oczywiście katolików, najważniejszy winien być Nowy Testament, ze szczególnym uwzględnieniem zawartego w czterech Ewangeliach nauczania Jezusa Chrystusa, który głosił wzajemną miłość, przebaczenie i odcinał się od stosowania przemocy. Mordowanie gejów, czy kogokolwiek innego, ze stanowiącą intelektualną oraz moralną podstawę chrześcijaństwa filozofią Jezusa nie ma nic wspólnego.
Dalej, każdy tekst literacki stanowi produkt swoich czasów, a zatem warunków społecznych, politycznych, religijnych, geograficznych i przyrodniczych okresu, w jakim powstał; świętych ksiąg wszelkich religii też to dotyczy. I tak, nakazy z Księgi Kapłańskiej, np. ten przytoczony wyżej, zaczerpnięte najprawdopodobniej z norm prawa zwyczajowego wszystkich ówczesnych społeczności bliskowschodnich, adresowane były do nielicznych, koczowniczych plemion semickich, z których wyewoluowali późniejsi Izraelici. Ze względu na małą liczebność oraz stan ciągłego zagrożenia, w jakim żyli ci koczownicy, ich kodeksy były nader surowe (inaczej niż u ludów osiadłych; w murach miejskich panowało większe poczuci bezpieczeństwa, toteż prawo było bardziej – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – liberalne), a wszelkiego rodzaju swobodę seksualną traktowano jako zagrożenie dla populacji. Kara zaś śmierci była w starożytności powszechna, występowała u wszystkich ludów i we wszystkich religiach; odejście od niej w niektórych tylko państwach zaczęło następować dopiero w wieku XX, i to w drugiej jego połowie. Toteż dziś tegoż biblijnego nakazu (wielu innych zresztą też) absolutnie nie należy odczytywać dosłownie, z tego prostego powodu, że świat nasz zmienił się ogromnie, odkąd Księgę Kapłańską (bazującą prawdopodobnie na jeszcze starszych przekazach) spisano.
Gdyby tak uczynić, i jeszcze wyrwać cytat ów z kontekstu – a to właśnie na swoim profilu zrobił „Tomasz” - można byłoby się w takim działaniu dopatrzeć nawoływania do nienawiści, przemocy oraz mordowania (w tym przypadku) gejów. A nawoływanie do przemocy to już przestępstwo. Tu oto dopatrywałbym się przyczyn zwolnienia tego pracownika.
Jako się rzekło, nie wiem, czy gdybym za to odpowiadał, wywaliłbym go z roboty; zdecydowanie wolałby najpierw z nim poważnie porozmawiać. Mam jednak głębokie wątpliwości, czy można tu mówić o prześladowaniu ze względu na religię; powodem zwolnienia nie była wszak wiara ani światopogląd tego człowieka, lecz wpis, który potencjalnie jest nader niebezpieczny. Dalej, trudno też, moim zdaniem, mówić o naruszeniu wolności. Wolność każdego człowieka zawsze kończy się bowiem tam, gdzie zaczyna się wolność, jak również bezpieczeństwo, kogoś innego. I tak, zamieszczając teksty, w tym religijne, jakie mogą być odczytane jako nawoływanie do nienawiści, nie korzystamy z wolności słowa, sumienia i wyznania, itd., lecz jej nadużywamy. Szkalujemy bowiem kogoś, a jednocześnie potencjalnie zagrażamy jego zdrowiu i życiu. No i firmy, podobnie jak wiele innych organizacji, też mają swoje wewnętrzne kodeksy etyczne, w czym nie ma nic złego. Jeśli ktoś chce pracować w przedsiębiorstwie, które taki kodeks posiada, powinien się do niego dostosować.
PS. Poniedziałkowej notki może nie być (ważny wyjazd), za co z góry serdecznie przepraszam.