Posty

Rewia mody

Szczerze przyznam, że raczej nie będę szerzej pisał o tym, co wychodzi w procesie sądowym na temat Alfonsa (informacje sprowadzają się do tego, że faktycznie był alfonsem właśnie); zwyczajnie potwierdza się to, co liczne ośrodki informacyjne podawały podczas kampanii prezydenckiej. Szacunek dla Pani Nataszy, która zeznaje przed sądem, dostarczając dowodów. No, ale cóż… Mamy do czynienia z typowym solidaruchem i jeszcze do tego klerofaszystą; Alfons po prostu pokazuje, jaki jest „poziom” tego środowiska politycznego. I w zasadzie tyle w temacie, na razie przynajmniej. A dziś zajmiemy się czymś innym. Oto zbliża się okres, kiedy okazujemy pamięć naszym bliskim zmarłym, odwiedzamy cmentarze, palimy znicze (zwyczaj, dodajmy, stanowiący piękną pozostałość po religii słowiańskiej; nasi przodkowie wierzyli, że ognie wskazują drogę duszom i ogrzewają je), stawiamy na nagrobkach chryzantemy i wiązanki… Na drogach tworzą się korki, bo Wszystkich Świętych to bodaj najbardziej wyjazdowe święt...

Zabójczy czynsz

Władze oraz media od lat (zaczęło się to na długo przed atakiem Rosji na Ukrainę) straszą nas Putinem, którego wojska już-już mają przekraczać polską granicę, by siać zniszczenie i śmierć. Ciągle odbywają się szkolenia alarmowe, a specjaliści od edukacji (sic!) wpadli nawet na pomysł, by młodzież ze szkół średnich uczyć strzelać z broni długiej (!!!). Mam nadzieję, że nikt tego nie potraktuje poważnie. Tymczasem prawdopodobieństwo zbrojnej agresji Rosji na Polskę jest bardzo niewielkie, wręcz zerowe; nawet Putin nie jest na tyle głupi, żeby wywoływać wojnę z NATO, zwłaszcza, że wojska państw europejskich mają wypracowany plan szybkiego reagowania w razie wystąpienia takiej sytuacji. A Moskwie raczej nie jest pilno do utraty Królewca… Znacznie większe zagrożenie stanowią rosyjscy agenci (tak patrząc na politykierów obu Konfederacji, zastanawiam się, co robi nasz kontrwywiad?) i ich trolle internetowi. Straszą nas też migrantami i uchodźcami, którzy mają wedrzeć się do (k)raju nad Wi...

Obawy purpury

Po portalach społecznościowych krążą memy i posty informujące, jakoby polscy biskupi obawiali się, że kiedy państwo nasze przestanie finansować Kościół katolicki (czyli chociażby zlikwiduje Fundusz Kościelny, co, swoją drogą, już dawno powinno było nastąpić), wierni nie będą go utrzymywali. Cóż, mają powody do obaw. I nie chodzi o to, że polscy katolicy są zbyt mało zamożni, aby łożyć na (jakoby) swój związek wyznaniowy – przykład podłej działalności Rydzyka jasno wskazuje, że nawet z najuboższej osoby pazerny kler jest w stanie zedrzeć ostatni grosz, a co gorsza, osoba ta jeszcze sama go odda, i to z chęcią. Problem (z kościelnego oczywiście punktu widzenia) leży w tym, że wierni nie będą chcieli płacić. To bardzo możliwe. Społeczeństwo polskie wszak się laicyzuje, zwłaszcza młode pokolenie. Ubywa osób uczniowskich na szkolnej katechezie – w niektórych szkołach całe klasy rezygnują z uczęszczania w tych zajęciach – mało tego, ogromnie spada liczba powołań, do seminariów zapisuje...

Bańka może pęknąć

Co łączy ABSOLUTNIE WSZYSTKIE firmy (z całego świata poza Chinami, w tym, tak, z USA) produkujące i oferujące modele AI, czyli sztucznej pseudo-inteligencji? Ano to, że są deficytowe. Tak, żadna z nich nie przynosi zysku, każda jest na minusie. Może niektóre wyjdą na plus, ale nie stanie się to przed 2030 rokiem; znacznie bardziej prawdopodobny jest upadek całej branży, i to z wielkim hukiem. Innymi słowy, mamy tu bańkę spekulacyjną, podobnie, jak to było z dwoma amerykańskimi bankami, które radośnie padły w 2008 roku, co pociągnęło za sobą globalny kryzys kapitalizmu. Tak naprawdę, na produkcji i udostępnianiu AI zarabiają dostawcy sprzętu komputerowego, niezbędnego, aby te programy w ogóle funkcjonowały. Dokładnie na tej samej zasadzie podczas gorączki złota największe zyski osiągali producenci i sprzedawcy łopat, kilofów, sit oraz ogólne narzędzi używanych przez poszukiwaczy (w tym Jacka Londona, który złota na Alasce nie znalazł, za to dorobił się poważnych problemów zdrowotnych...

Ustawy o prawach kobiet

Wczoraj w Sejmie coś drgnęło w dziedzinie praw kobiet, konkretnie reprodukcyjnych. Oto przegłosowano (PSL-owcy najwyraźniej uświadomili sobie, że po następnych wyborach parlamentarnych najprawdopodobniej odpadną, toteż, żeby tak się mimo wszystko nie stało, walczą o elektorat i zmiękła im rura) lekkie zliberalizowanie zalegalizowanego bezprawia (mylnie nazywanego prawem) antyaborcyjnego. Przywrócono mianowicie stan wprowadzony w 1993 roku, a zatem możliwość przerwania ciąży, jeśli jest ona wynikiem przestępstwa, stanowi zagrożenie dla życia kobiety oraz w wyniku ciężkiego, nieodwracalnego uszkodzenia płodu; tę ostatnią możliwość pod dyktando Kościoła katolickiego zniosło Bezprawie i Niesprawiedliwość. To oczywiście nadal mocno restrykcyjne rozwiązanie, niemniej i tak oznaczające, że ogień w piekle kobiet nieco słabiej by się palił. Jeszcze lepiej, że przyjęto ustawę Lewicy depenalizującą udzielenie pomocy przy aborcji, np. dostarczenie kobiecie środków wywołujących poronienie. Ocz...

Szczujący premierzy

We Francji zamieszki przybrały na sile, doszło nawet do spalenia zabytkowego ratusza. Policja szerzy terror, trwają największe represje od zakończenia II wojny światowej, a władze z prezydentem Macronem na czele, zamiast usiąść do rozmów z protestującymi i zastanowić się nad sposobami rozwiązania problemów społecznych, przeciwko którym odbywają się protesty, planują ograniczenie najważniejszych praw obywatelskich, w tym zwłaszcza wolności zgromadzeń; ot, „liberalna demokracja” przestaje być demokratyczna, kiedy osoby obywatelskie nie zachowują się po myśli polityków i, co ważniejsze, kapitalistów. Niedawno wielkie demonstracje miały też miejsce w Hiszpanii, na tle problemów mieszkaniowych. Na ulice wyszli Albańczycy i również walczą ostro, domagając się dymisji premiera, za to, że sprzedał jedną z albańskich wysp Jaredowi Kushnerowi. I tak dalej; ogólnie świat zaczyna wrzeć. Ani we Francji, ani w Hiszpanii, ani w Albanii, ani w Belgii (gdzie też doszło do protestów) za rzeczonymi wy...

System działa prawidłowo

Fajnie się żyje w (k)raju nad Wisłą, dwudziestej gospodarce świata? No, chyba nie bardzo… Jak bowiem ujawnia La Monde Diplomatique , aż czterdzieści procent mieszkańców Polski (dwie na pięć osób) żyje poniżej progu minimum socjalnego; realnie pewnie będzie więcej, bo te progi nijak się mają do rzeczywistych kosztów utrzymania. Co oznacza, że ludzie ci nie mają wystarczających dochodów, by utrzymać gospodarstwo domowe – opłacić rachunki i zaspokoić PODSTAWOWE potrzeby konsumpcyjne. W najtrudniejszej sytuacji finansowej są oczywiście emeryci i renciści, osoby z niepełnosprawnościami i przewlekle chore, bezrobotni (ale ich akurat obecnie nie ma zbyt wielu; wskaźnik bezrobocia w Polsce jest, na szczęście, dość niski), ale i pracujący. Niestety, w naszym „kochanym” państwie sam fakt bycia zatrudnionym wcale nie oznacza, że ma się zarobki, a już zdecydowanie niekoniecznie, że pozwalają one się utrzymać. Wszak płace pozostają wciąż niskie na tle rosnących kosztów życia… Trochę na lepsze ...