Religia pomarańczowego szaleńca
Religie, jak wszystko inne, kształtują się, istnieję (ewoluując), aż w końcu zanikają. Wydaje się jednak, że mamy teraz taką, która powstała bardzo szybko, a jak długo pociągnie, czas pokaże. Jest wszelako nader niebezpieczna. Chodzi o trumpizm, czyli ubóstwianie Donalda Trumpa, obecnego prezydenta USA. I nie, wcale nie kpię, zjawisko takie rzeczywiście zachodzi. Przybywa mianowicie ludzi – nie tylko w Stanach Zjednoczonych – którzy widzą w Trumpie wcielenie Boga, a przynajmniej Chrystusa, i podchodzą do tego zupełnie na serio. Lokator Białego Domu ma być nowym mesjaszem, z boską misją do wypełnienia; sposobem jej realizowania było chociażby bombardowanie Iranu, które jednak nie przyniosło spodziewanych efektów politycznych. Do takich wyznawców zaliczają się nie tylko wyborcy Partii Republikańskiej, ale też liczni dziennikarze, politycy (w tym polscy, z PiS-u i Konfederacji), a nawet pastorzy. Mało tego, sam Trump zaczął przypisywać sobie boskość, publikując w sieci materiały pr...