piątek, 18 stycznia 2019

Kult nienawiści

Tak sobie patrzę na to, co stało się w minioną niedzielę w Gdańsku i na to, co działo się później. Coraz więcej się mówi, że do tragedii, czyli mordu na prezydencie Adamowiczu, doszło na skutek szerzenia mowy nienawiści; sam zamordowany za życia, przez wiele lat był ofiarą zmasowanego hate’u oraz licznych, niepotwierdzonych oskarżeń. Nie ustało to nawet po jego śmierci; są osobniki, niestety liczne, co cieszą się z zamordowania pana Adamowicza.
Oskarżenia wysunięte przeciwko mowie nienawiści – a także używającym jej politykierom, publicystom (w tym takiemu jednemu w kolorowej koszuli) czy duchownym – są jak najbardziej słuszne; nie ulega wątpliwości, iż do niedzielnej tragedii doszło na skutek rozplenienia się epidemii nienawiści, wrogości i agresji.
Ale przyczyn tego stanu rzeczy szukać należy nie tylko w aktualnej polityce czy mediach. Tak naprawdę bowiem nienawiść plus spowodowane nią zbrodnie są w Polsce czczone, a ich winowajcy – uznawani za bohaterów. Nienawiść stała się wręcz elementem polskiego patriotyzmu.
Państwowy bowiem kult tzw. „żołnierzy wyklętych”, rozkręcony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, a wymyślony jeszcze przez Lecha Kaczyńskiego (co dowodzi, że obaj byli pod względem ideologicznym jednakowo prawicowi) z roku na rok przybiera na intensywności. Oficjalnie jest to święto polskiego podziemia, nazywanego mylnie niepodległościowym, jakie działało w Polsce przez kilka lat po zakończeniu II wojny światowej i spotkało się z represjami ówczesnych władz. W praktyce jednak rzecz jest o wiele bardziej skomplikowana i o wiele bardziej ponura.
Sam kult jest po pierwsze zakłamany. Do jednego wora wrzuca się bowiem ewidentnych bohaterów (gen. Nil, rotmistrz Pilecki), ludzi, którzy po kilka razy zmieniali strony konfliktu i dokonywali czynów zarówno chwalebnych, jak i zbrodniczych (Ogień, Żubryd), partyzantów AK, którzy po wojnie kryli się po lasach z obawy przed represjami (nie zawsze uzasadnionymi), a także zwykłych morderców, bandytów i gwałcicieli, do tego zdrajców, którzy podczas II wojny światowej kolaborowali z hitlerowskimi okupantami (NSZ, zwłaszcza Brygada Świętokrzyska).
Większość z tychże „wyklętych” po wojnie mordowała urzędników – w tym urzędniczki – mieszkańców wiosek (wliczając dzieci), rolników przejmujących ziemię z Reformy Rolnej, rzadziej milicjantów i żołnierzy. Bandyci ci szerzyli terror i śmierć. Niektórzy, np. Łupaszka czy Bury, zamieszani byli w przeprowadzanie czystek etnicznych. Motywy ich działań były różne. Niekiedy była to chęć zwykłego rabunku, często jednak – nienawiść. Nienawiść przeciwko komunizmowi i lewicy w ogóle, przeciwko ludziom o innych niż „wyklęci” poglądach, przeciwko chłopom – beneficjentom Reformy Rolnej, przeciwko Rosjanom, przeciwko mniejszościom etnicznym (Żydom, Białorusinom, Litwinom, itd.). Właśnie nienawiść spowodowała, że „wyklęci” przez kilka ładnych lat masowo przelewali polską krew – ich ofiarami padali przecież głównie Polacy, zazwyczaj bezbronni – oraz wszczęli ni mniej, ni więcej, a wojnę domową.
A skoro takie jednostki, popełniające motywowane nienawiścią masowe zbrodnie, dziś się oficjalnie czci – a zatem możemy mówić o państwowym kulcie nienawiści – stawiając je przy okazji jako wzorce postępowania dla młodych ludzi…
...no to nie dziwmy się, że popłynęła krew.

czwartek, 17 stycznia 2019

Dziedziczna nienawiść

Dziś znów pochylimy się nad tematem nienawiści, bo jest to coś, o czym warto pisać. Kwestia owa poruszana jest – ze zrozumiałych oczywiście względów – w ciągu ostatnich dni z podziwu godną intensywnością w mediach głównego nurtu – tych samych, które dla zysku zapraszają gości szerzących nienawiść, o czym pisałem wczoraj.
W tych wszystkich analizach brakuje wszelako informacji, że oparta na nienawiści postawa oraz bazujące na niej ideologie nie są bynajmniej żadną nowością. W Polsce patologia owa nie zaczęła się od objęcia przez PiS władzy w 2015 roku, ani nawet w 2005, kiedy to ta partia, a raczej mafia, po raz pierwszy dopchała się do steru rządów. Nie, pełne nienawiści, wrogości i agresji postawy, również polityczne, są równie stare jak ludzkość.
W Polsce instytucjonalizacji zaczęły one ulegać w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to Roman Dmowski zabrał się za tworzenie podstaw ideologii Narodowej Demokracji (czyli endecji, która z demokracją jako żywo nie miała nic wspólnego, jej twórca bowiem ustrój ten potępiał), czyli polskiego nacjonalizmu. Głównymi składnikami tych wypocin były: chorobliwy antysemityzm (Dmowski popadł nawet w paranoję związaną z Żydami) oraz skrajna nienawiść wobec wszystkich innych doktryn i ugrupowań politycznych na czele z szeroko pojętą lewicą. Do tego dochodziła głęboka niechęć wobec Zachodu (zwłaszcza Niemców), politycznego (nie mylić z gospodarczym!) liberalizmu oraz, jak wspomniałem, demokracji. I równie głęboka niechęć wobec ludzi w ogóle.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku endecja włączyła się w życie polityczne odrodzonego państwa, ale odgrywała rolę nader destruktywną, chociażby poprzez blokowanie prospołecznych, demokratycznych zmian, takich jak reforma rolna. Endeckie media, czyli wówczas przede wszystkim tytuły prasowe, uprawiały zaś szczucie i szerzenie agresji na szeroką skalę, kreując klimat politycznej nienawiści. Podobnie czyniły powiązane z tą partią organizacje, np. Młodzież Wszechpolska (reaktywowana w III RP przez Romana Giertycha, niegdyś koalicjanta PiS-u, dziś natomiast wielkiego przyjaciela PO, że tak przypomnę). Właśnie ów klimat nienawiści doprowadził do zamordowania w 1922 roku Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta Polski, wobec którego endecka propaganda prowadziła gigantyczną kampanię nienawiści i nawoływania do przemocy.
Mało tego, endeckie przesłanie nienawiści, wrogości wobec „obcych” i agresji w okresie międzywojennym skutkowało pogromami Żydów, a podczas II wojny światowej – masowymi mordami przedstawicieli tejże narodowości i religii, chociażby na Podlasiu, i współudziałem niektórych organizacja (Brygada Świętokrzyska NSZ dla przykładu) w Holocauście. Było to krwawe pokłosie szerzenia przez Dmowskiego i jego następców ideologii opartej na nienawiści, a także instytucjonalizacji tejże postawy.
I właśnie to powróciło po 1989 roku. A nawet wcześniej, bo już w latach 80. XX wieku, w ramach NSZZ „Solidarność”. W okresie, gdy „S” walczyła z ówczesną władzą, jej członkowie malowali krzyże na drzwiach Polaków przeznaczonych do zamordowania (na szczęście do tego nie doszło, za sprawą Wojciecha Jaruzelskiego, Lecha Wałęsy, Józefa Glempa i innych mądrych ludzi), a okrzyki „Wieszać Czerwonych!” były powszechne; niektóre odłamy tamtego ruchu były wprost antysemickie, nawołujące do wojny domowej i skrajnie prawicowe. Owszem, prawdopodobnie było to pewne ekstremum… ale właśnie ekstrema najbardziej rzucają się w oczy i zdobywają popularność.
Niestety, kontynuacja tejże negatywnej tendencji nastąpiła po 1989 roku, kiedy to (wówczas) umiarkowana prawica postsolidarnościowa (dzisiejsze PiS i PO) dopuściła do odrodzenia się skrajnej prawicy, np. wspomnianej Młodzieży Wszechpolskiej, Ruchu Narodowego, ONR-u i tym podobnych organizacji lansujących nienawiść oraz prowadzących działalność opartą o agresję słowną i fizyczną.
A na przedwojennej endecji coraz mocniej wzoruje się Bezprawie i Niesprawiedliwość, które również w ostatnich latach wykreowało atmosferę nienawiści oraz przyzwolenia na przemoc. Jest to po prostu dziedziczenie patologicznych postaw, jakie zapoczątkował, w formie instytucjonalnej, Dmowski ze swoimi zwolennikami, i które odradzać się zaczęły podczas solidarnościowego zrywu w przedostatniej dekadzie ubiegłego stulecia.
Skutki są tragiczne: napady na obcokrajowców, fala hate’u, śmierć prezydenta Adamowicza… Co będzie dalej?

środa, 16 stycznia 2019

Kapitalizm, media i nienawiść

W ostatnich dniach z oczywistych przyczyn dużo w mediach mówi się o nienawiści i mowie nienawiści, określanej z angielska jako hate. Za winnych rozprzestrzenienia się tychże plag i będącej ich skutkiem gdańskiej tragedii analizatorzy winią polityków (czy raczej politykierów, bo właśnie takie miano jest tu bardziej ma miejscu). I słusznie, bo wszak wielu politykierów kieruje się nienawiścią i stosuje hate – że wymienię tylko: „mordy zdradzieckie”, „komunistów i złodziei”, „element animalny”, wieszanie portretów europosłów PO, akt zgonu prezydenta Adamowicza wystawiony przez Młodzież Wszechpolską (i podobno wysłany adresatowi przez pewnego obecnego wiceministra) za jego życia – a działacze ugrupowań skrajnie prawicowych niczego innego w swojej politycznej ofercie nie mają. Inni eksperci i opiniotwórcy wskazują na Kościół katolicki – i też w dużej mierze słusznie, ponieważ nie brakuje biskupów, księży tudzież przedstawicieli świeckich organizacji przykościelnych, którzy nienawiścią zieją niczym filmowy Godzilla swoim atomowym płomieniem, tacy zaś paulini na Jasnej Górze nienawistników błogosławią (z drugiej strony, gwoli sprawiedliwości, nie brak też księży, zakonników, zakonnic i świeckich katolików, którzy nienawiści oraz nietolerancji się sprzeciwiają). Wysuwane są też oskarżenia w stronę mediów, zwłaszcza (skrajnie) prawicowych. Bo do programów publicystycznych zapraszani są przecież ludzie – politycy tudzież tzw. eksperci – posługujący się mową nienawiści, a i nie brak publicystów, jacy sami od hate’u nie stronią i wykazują się sporą dozą nietolerancji.
No właśnie, nad tymi mediami warto by się pochylić. Pojawiły się bowiem, na antenie Superstacji chociażby, mądre i celowe apele, by do programów publicystycznych nie zapraszać osób posługujących się mową nienawiści czy po prostu agresywnych, i aby sami dziennikarze się od tego powstrzymali. Jestem jak najbardziej za, dostrzegam wszelako pewien problem. I to poważny.
Otóż fakt, że na antenach programów telewizyjnych czy radiowych, na stronach gazet i czasopism, na łamach portali internetowych pojawiają się tak licznie jednostki ziejące nienawiścią, wynika nie tylko z tego, że podobne „poglądy” żywią lub przynajmniej akceptują redaktorzy naczelni oraz dziennikarze prowadzący audycje, ale też – może nawet przede wszystkim – z reguł gry narzuconych przez kapitalizm.
W owym nieludzkim systemie ekonomicznym każda albo prawie każda działalność prowadzona jest, bo musi być, dla zysku. Mediów to też dotyczy, zarówno prywatnych, jak i publicznych (one też przecież czerpią zyski z reklam). A nienawiść, różne formy nietolerancji, wrogości i agresji najzwyczajniej w świecie dobrze się sprzedają. Publiczność chce nienawistników oglądać, słuchać tudzież czytać ich wypowiedzi. Toteż znacznie bardziej opłaca się zaprosić do radiowego czy telewizyjnego programu, poprosić o wywiad dla gazety bądź czasopisma, albo wpuścić do przestrzeni internetowej nie kogoś, kto ma coś sensownego do powiedzenia i posługuje się merytorycznymi argumentami, lecz osobnika gotującego się od wściekłości i wylewającego pomyje na wszystkich dookoła. Tacy bowiem przyciągają odbiorców, a w ślad za nimi – reklamodawców, pieniążki których stanowią wszak główny dochód ośrodków medialnych, zwłaszcza stacji telewizyjnych i radiowych.
Tak zatem narzucone przez barbarzyńskie reguły nieludzkiego systemu kapitalistycznego dążenie do zwiększania zysków przez media (a raczej ich właścicieli, rzecz jasna) sprawiło, iż zamiast rzeczowej, opartej na zdrowych argumentach debaty mamy bluzgi, wyzwiska, najpodlejsze ataki oraz wszechobecny hate. A ludziska oglądają to, słuchają tego, niektórzy nawet czytają… potem zaś stoją na chodnikach i rajcują się, jak to polityk z partii A dowalił politykowi z partii B; to, co obaj politycy mówili, i czy było w tym cokolwiek mądrego i sensownego, znaczenia już nie ma. Ważniejszym jest, w jaki sposób ktoś kogoś zniszczył i zmieszał z błotem. I tak plaga nienawiści się szerzy, aż do przelewu krwi…
To jednak nie koniec. Bo owszem, kapitalizm i jego obrzydliwe prawidła z maksymalizacją zysku na czele, doprowadziły do tego, że hate wyparł debatę i cywilizowaną wymianę poglądów, czego wszakże, nawet w kapitalistycznych realiach, by nie było, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie my i nasza natura. Skoro jest popyt, pojawia się i podaż. A ludzie najwyraźniej lubią patrzeć, jak jeden drugiego opluwa, obrzuca błotem oraz topi w pomyjach. Właśnie dlatego medialna nienawiść, infekująca świat polityki i społeczeństwo, zdobywa taką popularność i tak szybko się rozprzestrzenia.
A że kapitaliści, w tym właściciele ośrodków medialnych, chcą większych zysków, to kreują taki przekaz, by jeszcze bardziej rozbudzić w odbiorach barbarzyńską część ich natury, czyli ładują ów przekaz jeszcze większymi dawkami nienawiści, pogardy czy agresji. Tak tworzy się błędne koło.
Musimy je koniecznie przerwać, jeśli nie chcemy, aby polało się więcej krwi…

wtorek, 15 stycznia 2019

Kiepski sojusz

Miałem o tym napisać wczoraj, ale ze względu na tragedię, jaka wydarzyła się w niedzielę, i która swój ponury finał znalazła w poniedziałek w gdańskim szpitalu, przełożyłem tę notkę na dzisiaj.
Jak wiemy, Amerykanie zamierzają zorganizować w Polsce spotkanie ministerialne (konferencję) poświęcone pokojowi na Bliskim Wschodzie. W związku z czym i „prezydent” Duda (znany jako Adrian), i jego doradcy, i rząd, i w ogóle politykierzy Bezprawia i Niesprawiedliwości cieszą się, jakby ich ktoś piórkiem po genitaliach połaskotał. Podkreślają, jaki to prestiż dla Polski (którą oczywiście utożsamiają ze swoimi niezbyt skromnymi osobami), i jak na tym Polska zyska. Otóż, wcale NIE zyska, może za to bardzo dużo stracić. A cała sprawa, zwłaszcza umieszczona w szerszym tle, świadczy, iż po 1989 roku nasze państwo stało się nieformalną kolonią USA.
Cel owej konferencji niby jest szczytny… w praktyce jednak nie o pokój tu chodzi, ale o polityczne uderzenie w Iran; przypomnę, że prezydent Trump zerwał porozumienie nuklearne z tym krajem (państwa członkowskie Unii Europejskiej wciąż je podtrzymują). Władze Iranu połapały się zresztą w sytuacji i wezwały polskiego dyplomatę (nie ambasadora jednak, bo takowego w Teheranie od iluś tam miesięcy… nie ma) na dywanik; grożą też Polsce retorsjami. Przedstawiciele owej islamskiej republiki na wzmiankowane spotkanie najprawdopodobniej zresztą nie zostaną zaproszeni; nie wiadomo, czy pojawią się na nim goście z Rosji (ważny, choć zakulisowy gracz na Bliskim Wschodzie), Syrii oraz Turcji. Konferencja zatem nie osiągnie nic, poza podkreślaniem potęgi USA i pochwaleniem ich konfliktowej polityki.
Dlaczego jednak rzecz cała ma się odbyć akurat w (k)raju nad Wisłą? Ano, z tej przyczyny, iż jego władze, szczególnie te obecne, czyli PiS-owskie, są ślepo posłuszne amerykańskim mocodawcom, zaś sam Waszyngton traktuje Polskę jako swoją kolonię, o czym zresztą przypomina nieustannie pani Mosbacher, wysuwając takie czy inne żądania wobec polskiego rządu (poprzedni ambasadorzy USA też to pewnie robili, ale cicho i zakulisowo, co wynikało z tego, że byli zawodowymi dyplomatami). Toteż na posłuszeństwo mogą nad Wisłą liczyć, nawet jeśli oznaczało to będzie pogorszenie naszych stosunków z Iranem. Poza tym, dla Jankesów państwo nasze jest koniem trojańskim w Europie; Trump traktuje UE jako… no, może nie wroga, ale konkurenta z pewnością, toteż z pomocą Polski chce ją osłabić i wewnętrznie skonfliktować. Jest to kolejny cel owej konferencji, ponieważ większość naszych europejskich partnerów prowadzi znacznie bardziej przychylną wobec Iranu politykę niż USA.
Tak zatem, działające z amerykańskiej smyczy, i jeszcze wielce z tego zadowolone, PiS-owskie władze doprowadzą do poważnego pogorszenia, i tak nadwątlonego, wizerunku Polski na arenie międzynarodowej, skonfliktowania jej z Iranem oraz osłabienia Unii Europejskiej – a właśnie siła UE stanowi o bezpieczeństwie (k)raju nad Wisłą w stopniu jeszcze większym niż NATO.
To jednak nie wszystko. Właśnie bowiem ślepe posłuszeństwo wobec Waszyngtonu doprowadziło do aresztowania chińskiego obywatela, ważnego przedstawiciela wielkiego i ważnego koncernu Huawei, pod zarzutem szpiegostwa (razem z jego polskim współpracownikiem). Aresztowanie osób podejrzanych o szpiegostwo jest praktyką normalną, ale przeprowadza się to po cichu, nie robi się wokół takich spraw rozgłosu… tymczasem w (k)raju nad Wisłą zrobiono, na polecenie z USA, rzecz jasna.
O co chodzi? Ano o to, że Trump wydumał sobie wojnę handlową z Chinami i radośnie ją prowadzi, ze szkodą dla jankeskiej gospodarki zresztą. Na jego celowniku znalazły się chińskie koncerny, w tym także Huawei, który jest zaangażowany w wiele projektów telekomunikacyjnych w licznych państwach, również w Polsce. Trump, wysługując się (k)rajem nad Wisłą, chce zatem osłabić konkurencyjny kapitał z Państwa Środka, na czym straci w tym wypadku oczywiście Polska, ponieważ władze w Pekinie już zapowiedziały, że mogą wycofać się ze współpracy gospodarczej z naszym krajem. Oczywiście dojdzie też do politycznego konfliktu polsko-chińskiego, co jeszcze bardziej osłabi nas na arenie międzynarodowej…
A teraz tak. Amerykanie są świetni w wysługiwaniu się swoimi „sojusznikami”, jak nazywają polityczne marionetki. Kiedy jednak przyjdzie co do czego, radośnie ich porzucają. Tak było chociażby z Wietnamem Południowym. Polska już raz się przejechała na „sojuszu” z USA; chodzi mi tu naturalnie o haniebną inwazję na Irak, z której mieliśmy jedynie trupy żołnierzy, upadek naszych inwestycji w Iraku oraz pogorszenie relacji z Europą Zachodnią. Teraz też się przejedzie, bo to na niej – czyli na NAS – skrupią się skutki konfliktów z Iranem i Chinami; USA natomiast spiją śmietankę.
No i pamiętajmy – poza krótkim epizodem z czasów prezydenta Wilsona, Stany Zjednoczone NIGDY nie były sojusznikiem Polski; obecnie też są nim tylko formalnie, jako że oba państwa należą do NATO. Podczas II wojny światowej Roosevelt sprzedał Polskę, wraz zresztą Europy Środkowej, Stalinowi, natomiast w latach 80. Jankesi wykorzystywali nas do osłabienia Układu Warszawskiego od środka (stąd ich poparcie, także finansowe, dla „Solidarności”, którą CIA traktowała jako swoje narzędzie), a z czasem – do skolonizowania jej przez międzynarodowy kapitał, co udało się po 1989 roku. I to się nie zmieniło. Amerykanie chętnie się nami wysługują, przy pełnym i radosnym poparciu naszych politykierów, ale my nie dość, że nic z tego nie mamy, to jeszcze tracimy…
Sojuszników mamy w Europie, nie za Atlantykiem.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Skutek szczucia i nienawiści

Dzisiejsza notka miała być o tej wstrętnej konferencji, jaką na terenie Polski zorganizować zamierzają USA, i przez którą (k)raj nad Wisłą poniesie ogromne straty. Ale temat ten poruszę najpewniej jutro, dziś skupię się na innej tragedii.
Chyba wszyscy wiemy, do czego wczoraj doszło. Zatem krótko – podczas gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świąteczne Pomocy, konkretnie Światełka do nieba, na scenę wdarł się zamachowiec, który poranił nożem prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Ciężko ranny samorządowiec trafił do szpitala, gdzie operowany był przez pięć godzin; żyje, ale wedle komunikatu lekarzy, nie odzyskał dotąd przytomności. Oczywiście, mam szczerą nadzieję, że pan Adamowicz jak najszybciej w pełni odzyska zdrowie. Niniejszym składam również wyrazy współczucia jemu samemu i jego rodzinie.
Jak na razie w całej sprawie jest wiele niewiadomych, które trzeba wyjaśnić (choć na zerową prokuraturę i jojową policję za bardzo w tym względzie nie liczę): dlaczego ochrona zareagowała tak późno, dlaczego policja nie strzegła terenu imprezy, skąd nożownik wziął plakietkę przedstawiciela mediów? Nie chcę tu ferować żadnych wyroków, czekam na dalszy bieg wypadków.
Oczywiście nie wiemy jeszcze, czym dokładnie kierował się sprawca, z dużą dozą prawdopodobieństwa można wszelako założyć, że wczorajsza tragedia jest skutkiem klimatu wzajemnej nienawiści i szczucia na siebie Polaków, wywołanego przez wielu politykierów ideologicznie sytuujących się na prawo od centrum, wielu hierarchów kościelnych oraz duchownych podobnie ideologicznie usytuowanych, jak również takichże mediów. Słowem, tych wszystkich, co normalny, cywilizowany dialog, wymianę poglądów (a przypomnę, że na świecie najprawdopodobniej NIE MA dwóch osób o identycznym światopoglądzie, każdy bowiem człowiek ma swój indywidualny obraz rzeczywistości, zmieniający się wraz z biegiem czasu zresztą) i merytoryczną debatę zastąpili wymianą wyzwisk, konfliktem i szczuciem. Tych, którzy wykopali przepełnione nienawiścią rowy między Polakami, rowy, jakie często wydają się nie do zasypania.
Nie ma, moim zdaniem, przypadku w tym, że do zamachu doszło akurat na pana Adamowicza (proszę poczytać: https://strajk.eu/mlodziez-wszechpolska-chciala-smierci-adamowicza-wystawila-nawet-akt-zgonu/) i akurat podczas finału WOŚP. Przeciwko wspaniałemu dziełu Jurka Owsiaka – serdecznie pozdrawiam! – określone środowiska polityczne oraz religijne (aczkolwiek są też księża, którzy Orkiestrę popierają i wspierają także finansowo, za co należy im się pochwała) od wielu lat prowadzą z roku na rok coraz obrzydliwszą, coraz to bardziej załganą nagonkę, jaka od 2015 roku, czyli objęcia władzy w Polsce przez wiadomą formację, przyjęła formę zinstytucjonalizowaną (vide odrażający, godny porównania do hitlerowskiej propagandy, filmik w „publicznej” telewizji).
Ale nienawiść wymierzona jest nie tylko przeciwko Jurkowi Owsiakowi i WOŚP. Rządzący, a i pewnie część tzw. opozycji, chcą, abyśmy się WSZYSCY wzajemnie nienawidzili i zamiast rozmawiać, walczyli ze sobą. Powód ku temu jest prosty – skonfliktowanymi, sterowanymi nienawiścią ludźmi najzwyczajniej w świecie łatwiej się rządzi.
Jednakże ci, co szerzą nienawiść, być może nie zdają sobie sprawy z tego, jak potężną oraz destrukcyjną siłą ona pozostaje. Ogarnięty nią człowiek jest zdolny do popełnienia każdej zbrodni, zwłaszcza, jeśli działa w zbiorowości podobnych sobie. Przykładami tego były, a często nadal są, chociażby czystki etniczne, Holocaust, pogromy, terroryzm, itd. Nie zawsze da się kontrolować tę siłę, dżin wypuszczony z lampy niekoniecznie będzie chętny, by do niej wrócić. A wszystko wskazuje, że taki właśnie dżin został przez polską prawicę, i to nie tylko skrajną, uwolniony, teraz zaś coraz trudniej będzie go opanować i powstrzymać. Nie po raz pierwszy tak się dzieje – w 1922 roku klimat nienawiści wytworzony przez ówczesną Endecję doprowadził do zamordowania przez szalonego zwolennika tej partii pierwszego polskiego prezydenta, Gabriela Narutowicza.
I nie oszukujmy się, zamach na Pawła Adamowicza również jest najprawdopdobniej efektem atmosfery nienawiści i szczucia, jaką przez ostatnie lata kreują politykierzy, część duchownych oraz media. Mam nadzieję, że nie jest to początek wielkiej, masowej rzezi, bo i do niej mogą doprowadzić masy, którym nienawiść zatruła mózgi.

piątek, 11 stycznia 2019

Niedziela, praca i płaca

Na początek krótka informacja. Rząd nie porozumiał się ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego w kwestii podwyżek. W związku z czym nauczyciele zapowiedzieli strajk; istnieje szansa, że odbędzie się on w okresie egzaminów gimnazjalnych i matur. „Chorobowy” protest nauczycieli, o którym pisałem wczoraj, nadal jest ignorowany przez Ministerstwo wątpliwej Edukacji; ministra Zalewska, Anna swoją drogą, bąknęła coś o „sezonie grypowym”.
A teraz do meritum, choć w temacie płac, już nie tylko pracowników systemu podobno oświaty, lecz polskiego proletariatu w ogóle, pozostaniemy.
Otóż, kiedy rząd Bezprawia i Niesprawiedliwości wprowadzał deformę dotyczącą zakazu (a w zasadzie ograniczenia) handlu w niedzielę, podnosił – nie bez racji zresztą – że osoby zatrudnione w sklepach i centrach handlowych mają prawo do odpoczynku. W praktyczne wszelako nie o odpoczynek sprzedawców i reszty personelu chodziło, ale o to, by poprzez zamykanie placówek handlowych, uniemożliwić Polakom robienie zakupów w niedzielę; zleceniodawcą był tu, za pośrednictwem NSZZ „Solidarność”, Episkopat, kościelnym hierarchom i sporej części duchowieństwa uroiło się bowiem, iż kiedy sklepy będą pozamykane, ludzie zaczną chodzić tłumniej na msze, co okazało się nieprawdą.
W każdym razie, nie tylko osoby zatrudnione w centrach handlowych muszą pracować w niedziele i święta. Są zakłady działające w systemie pracy ciągłej, są służy (policja, wojsko, straż pożarna, służba zdrowia, itd.), ośrodki kultury, kina, teatry, piekarnie oraz wiele innych firm działających w te dni, a wszystkie one zatrudniają przecież pracowników. Za pracę w niedzielę niby to przysługuje dzień wolny w tygodniu, niemniej w warunkach barbarzyńskiego kapitalizmu, jaki mamy od 1989 r. (i stale dziczejącego, dodajmy) różnie z tym bywa; osobom zatrudnionym na śmieciówkach często-gęsto dni wolne od pracy nie przysługują.
Toteż na sensowny pomysł w tym zakresie wpadło Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Wedle jego członków i działaczy, za pracę – niezależnie od jej charakteru – w niedziele i święta nie tylko przysługiwałyby dni wolne w tygodniu, ale też wyższe wynagrodzenie, konkretnie 250 proc. normalnej stawki. Moim zdaniem, jest to idea słuszna, ponieważ jeśli ktoś musi (lub chce, bo są i takie przypadki, bynajmniej nie nieliczne) pracować w dni, kiedy większość społeczeństwa ma wolne, to zasługuje na rekompensatę finansową. Oczywiście, czy powinno to być 250 proc. normalnej stawki dziennej, czy inna wielokrotność, pozostaje kwestią do dyskusji.
OPZZ Mazowsze skierowało odpowiedni wniosek do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Ministerstwo, reprezentowane przez wiceministra Stanisława Szweda, odpowiedziało negatywnie, argumentując: (…) ze względu na zróżnicowaną sytuację finansową pracodawców na polskim rynku pracy wprowadzenie proponowanej regulacji jako powszechnie obowiązującej mogłoby doprowadzić do pogorszenia sytuacji materialnej wielu pracodawców, których organizacja pracy wymaga wykonywania przez pracowników pracy w niedzielę i święta (źródło: http://lewica.pl/?id=32020&tytul=Rz%B1d-przeciwko-wy%Bfszym-stawkom-za-prac%EA-w-niedziele-i-%B6wi%Eata).
Czyli prawicowy rządu PiS-u zachował się dokładnie tak, jak na prawicę przystało – stanął wyłącznie po stronie kapitalistów i dostrzegł jedynie ICH punkt widzenia, interesu ani punktu widzenia pracowników nie zauważając lub, co bardziej prawdopodobne, ignorując. Co prawda, można zakładać, że wprowadzenie proponowanej przez OPZZ reformy mogłoby czasowo zagrozić płynności finansowej niektórych firm… Ale nikt nie mówi, że zmiany te nie mogłyby być wprowadzane stopniowo, tak, aby pracodawcy mogli się do nich spokojnie dostosować, ani że w niektórych sytuacjach przedsiębiorstwa nie mogłyby liczyć na pomoc ze strony państwa. Poza tym, nie oszukujmy się – firma czerpiąca zyski JEDYNIE bądź GŁÓWNIE z wyzyskiwania (np. ze zmuszania do pracy w niedziele i święta bez żadnych gratyfikacji) i orzynania robotników, POWINNA upaść, stosuje bowiem dumping socjalny, co jest formą nieuczciwej konkurencji, zmuszającej innych przedsiębiorców do tego samego, a to z kolei odbija się negatywnie na zamożności całego społeczeństwa. Są to działania stricte pasożytnicze, a przecież nikt nie może być zmuszony do utrzymywania tasiemca w swoim organizmie. Niestety, Bezprawie i Niesprawiedliwość, będąc partią prawicową, stoi po stronie takich właśnie kapitalistycznych „tasiemców” (nie mylić z uczciwymi przedsiębiorcami).
No i płace w (k)raju nad Wisłą są nadal tak niskie, że po prostu TRZEBA je podnosić, inaczej nadal będziemy społeczeństwem biednym, zaś nasza gospodarka będzie kulała.
Na prokapitalistyczne argumenty rządu w tym zakresie celnie odpowiedział Piotr Szumlewicz z OPZZ Mazowsze (to samo źródło cytatu, co wyżej): Stanowisko ministerstwa potwierdza, że władza nie prowadzi polityki sprzyjającej wzrostowi wynagrodzeń. Chociaż rząd deklaruje, że uważa niedzielę za wyjątkowy dzień tygodnia, to nie zamierza wprowadzać wyższych płac za pracę w tym dniu. Tymczasem w niedzielę i święta pracują pracownicy wielu branż, zazwyczaj nie otrzymując za swoją pracę dodatkowych wynagrodzeń. Wyższe wynagrodzenie za pracę w niedzielę i święta byłoby rekompensatą za utratę dnia wolnego, a zarazem bodźcem na rzecz podniesienia płac w całej gospodarce. 2,5 razy więcej to dobre rozwiązanie, które zarazem promowałoby firmy skłonne na podnoszenia wynagrodzeń i podnoszące płace miesięczne wielu pracownikom.
I niech jego słowa stanowią podsumowanie dzisiejszej notki.

czwartek, 10 stycznia 2019

Bojowy jak nauczyciel

Rozkręca się protest nauczycieli, polegający – śladem akcji protestacyjnych prowadzonych przez policjantów czy pracowników administracji sądowej – na masowym braniu zwolnień chorobowych. W całej Polsce przybywa szkół oraz przedszkoli, w jakich z tego powodu wstrzymano zajęcia.
Uczestnicy protestu domagają się oczywiście głównie wyższych płac; mimo bowiem rządowych zapowiedzi, te pozostają nader niskie (zwłaszcza w przypadku nauczycieli z długoletnim stażem), nadto ostatnia deforma systemu edukacji i będąca jej skutkiem likwidacja (nazywana przez ministrę Zalewską „wygaszaniem”) licznych szkół spowodowała, że część nauczycieli straciła pracę, inni zaś muszą dziennie obsłużyć po kilka placówek (w każdej przepracowując po dwie-trzy godziny), niekiedy znacznie oddalonych od siebie (co generuje koszta dojazdu), byle móc wyrobić na pensum.
Sytuacja przedstawicieli tej grupy zawodowej nie jest więc wesoła – harują ciężko, muszą się najeździć, żeby w ogóle robotę mieć, płace są marne, a prestiż zawodu… cóż, też nie zalicza się do najwyższych. Do tego w wielu sprywatyzowanych (dla niepoznaki „prowadzonych przez organizacje społecznej”) szkołach nauczyciele często-gęsto pracują na śmieciówkach i nie mają uprawnień swoich kolegów i koleżanek zatrudnionych na etacie.
Oczywiście, PiS-owska deforma dotknęła też uczniów, którzy muszą niekiedy po kilkadziesiąt kilometrów dojeżdżać do szkół, mają lekcje o Bóg wie, jakich godzinach, potem w domu odrabiają zadania do późnej nocy, są plany, by tydzień nauki wydłużyć im o sobotę, a jakby tego było mało, uczą ich przepracowani, źle opłacani nauczyciele, co odbija się, rzecz jasna negatywnie, na jakości edukacji… o ile można to coś w ogóle nazwać edukacją, bo program szkolny po deformie zdaje się zaczerpnięty wprost ze średniowiecza, i to bynajmniej nie z nauki islamskiej, która wówczas stała na nader wysokim poziomie.
Toteż nie ma się co dziwić, że uczniowie solidaryzują się ze swoimi pedagogami, wspierają ich protest i piszą listy w ich obronie.
Rząd Bezprawia i Niesprawiedliwości problem jak na razie ignoruje. Wkrótce jednak, coś mi się wydaje, Ministerstwo wątpliwej Edukacji, może do spółki z premierem Morawieckim, wyda komunikaty potępiające ów protest i jego uczestników. Ci ostatni określeni zostaną jako „nieodpowiedzialni”… albo jeszcze gorzej.
Tymczasem nauczyciele (plus wspierający ich uczniowie, o jakość edukacji których również przecież toczy się gra) jak najbardziej mają prawo, a nawet OBOWIĄZEK protestować. Bo nie oszukujmy się – problemy tej grupy zawodowej nie zaczęły się ani wczoraj, ani z chwilą wprowadzenia deformy Zalewskiej. Polska edukacja od 1989 roku jest niedofinansowana, mniej lub bardziej ignoranccy politykierzy traktują ją jako poletko dla eksperymentów (takim bowiem było zarówno wprowadzenie gimnazjów za rządów AWS-UW, jak i ich likwidacja przez PiS), natomiast publiczna oświata transformowana jest w publiczną indoktrynację, głównie prawacką (bo już nawet nie prawicową). Młodzież oduczana jest samodzielnego, kreatywnego myślenia (służą temu wszechobecne testy), ogłupiana wciskanymi jej sloganami oraz zniechęcana do czytania.
Nauczyciele powinni więc walczyć nie tylko o swoje wynagrodzenia i jakość swojej pracy – oczywiście chwali im się, że to robią – ale też o poprawę całokształtu systemu edukacji w Polsce. Stanowią bowiem jego część, a od jego jakości zależały będą losy przyszłych pokoleń i kraju. Przepraszam za truizm.
Toteż mam nadzieję, że ich działania tym razem okażą się na tyle skoordynowane i będą miały na tyle szeroką skalę, iż zmuszą rząd – ten lub następny, jaki wyłoni się po wyborach – do wprowadzenia korzystnych zmian. Korzystnych zarówno dla kadry pedagogicznej, jak też dla uczniów.
Nauczyciele, bądźcie zatem bojowi niczym Żółte Kamizelki!