Posty

Wyświetlam posty z etykietą Joe Biden

Tak czy owak źle

Joe Biden, dotychczasowy prezydent USA, wycofał się z walki o drugą kadencję. Kończy kampanię wyborczą… o ile można było tym mianem określić niemrawe działania, graniczące z brakiem działań, i ciągłe obrywanie w debatach od faszysty Trumpa, który również walczy o reelekcję i nie waha się w tym celu zadrasnąć swojego ucha przy pomocy snajpera. No i powiedzmy sobie szczerze, że dobiegający dziewięćdziesiątki staruszek, który z coraz większym trudem orientuje się, co dzieje się wokół niego, nie za bardzo nadaje się do stania na czele imperium. Nie wyjeżdżam tu z ageizmem; potępiam tę formę dyskryminacji, tak jak każdą inną. Po Bidenie widać jednak, że wiek po prostu go pokonał. Poza tym jego kadencja to rozczarowanie (podobnie rzecz ma się chyba z całą Partią Demokratyczną), zarówno dla co bardziej progresywnego elektoratu, który wcześniej popierał Berniego Sandersa (ten cztery lata temu odstąpił swą kandydaturę Bidenowi ze względu na wiek, co dla USA i świata było nieszczęściem), jak ...

Marionetki na dywaniku

Już wkrótce, bo w marcu w Białym Domu odbyć się ma spotkanie prezydenta imperium zła, czyli Krwawego Joego, z – jednocześnie – premierem Donaldem Tuskiem i niejakim Dudą Andrzejem, imitacją Prezydenta RP. Nasze media, tradycyjnie proamerykańskie, pieją z zachwytu, podobnie jak znaczna część tzw. „klasy politycznej”, która też jest tradycyjnie proamerykańska, jeszcze nawet bardziej infantylnie niż środki masowego przekazu. A prawda jest taka, że Biden po prostu wezwał na dywanik swoją polską marionetkę (Tuska) i marionetkę marionetki (Dudę, pacynkę Kaczyńskiego). Najwyraźniej komuś z jego kadry administracyjnej – bo wątpię, by sam imperialistyczny prezydent orientował się w sytuacji, zwłaszcza, że już zdrowie i pamięć nie te – nie spodobało się, że dwaj faceci, zasiadający w najważniejszych fotelach w Polsce, prowadzą między sobą konflikt. Ten, owszem, jest udawany i służy sterowaniu elektoratami (wyznawcami) zarówno PiS-u, jak też PO… niemniej, w każdej chwili wymknąć się może spod k...

Przegrany Joe?

Bodaj największym zwycięzcą wojny rosyjsko-ukraińskiej, toczącej się w interesie amerykańskim, jest Joe Biden. Którego syn, swoją drogą, ma firmę w Ukrainie. Krwawy ów konflikt pozwoli mu umocnić – szybko wcześniej słabnące – amerykańskie wpływy polityczne i militarne w Europie, która niemal z dnia na dzień pożegnała się z coraz śmielszymi marzeniami o rozwiązaniu lub przynajmniej przeorganizowaniu NATO, będącego wszak pasem transmisyjnym imperializmu Stanów Zjednoczonych. Jankeskie koncerny zbrojne też zaczęły zarabiać, nie tylko sprzedając broń Ukrainie (za darmo jej przecież nie oddają), ale również nowym klientom, jacy szybko się pojawili, przestraszeni agresją Putina. Mówiąc krótko, pełen sukces. Wojna zakończy się oczywiście w chwili, gdy jej trwanie przestanie być opłacalne dla USA. Jednakże Biden może okazać się zarazem największym przegranym tego, co dzieje się w Palestynie, czyli Izraelskiego ludobójstwa, popieranego m. in. przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, które ...

Xi i świat

Popłoch (w Polsce i nie tylko) zapanował wśród politycznych oraz medialnych marionetek Waszyngtonu. Oto Xi Jinping, Przewodniczący (prezydent) Chińskiej Republiki Ludowej, spotkał się w Moskwie z Władimirem Putinem, prezydentem Federacji Rosyjskiej. A wcześniej widział się z Aleksandrem Łukaszenką, prezydentem Białorusi. Owe spotkania przywódcy Chin skłaniają rozlicznych komentatorów do snucia – przeważnie raczej idiotycznych – teorii spiskowych, wedle których Xi Jinping i Władimir Putin już za dzień czy dwa zasypią świat atomówkami. Mówiąc krótko, rozkręca się propagandowe straszenie Chinami oraz (trwającym przecież od dawna) sojuszem chińsko-rosyjskim. Zapominają przy tym głosiciele kasandrycznych przepowiedni, iż Xi Jinping niby to wspiera Rosję, ale zarazem daje liczne sygnały, że wojna rosyjsko-ukraińska powinna zostać jak najszybciej zakończona. Antychińscy propagandyści jakoś też nie wspominają, że w ostatnich miesiącach przewodniczący spotykał się również z przywódcami wielu ...

Pan na włościach

Przybył do Polski Joe Biden, prezydent USA, najbogatszego państwa Trzeciego Świata, a zarazem wyjątkowo agresywnego, zagrażającego globalnemu pokojowi imperium i supermocarstwa. Przybył po raz drugi w swej kadencji, w związku oczywiście ze zbliżającą się rocznicą (pojutrze będzie) jednej z największych tragedii współczesnej Europy, czyli rozpoczęcia obecnej fazy trwającej od 2014 r. wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wcześniej Biden odwiedził Ukrainę właśnie, gdzie przespacerował się po Kijowie, zdaniem naszych dziennikarzy (tzn. tych, co pracują w stacji telewizyjnej należącej do kapitału amerykańskiego; tak, o TVN24 chodzi), wykazując się „wielką odwagą”. Oczywista bzdura; Rosjanie dobrze wiedzieli o jego wizycie (od czegoś mają w końcu wywiad), nie podejmowali zatem żadnych kroków militarnych, które mogłyby doprowadzić do śmierci Bidena. Oznaczałaby ona wszak początek wojny amerykańsko-rosyjskiej – już jawnej, bez ukraińskiego pośrednictwa, jak to się teraz dzieje – którą Rosja prawdopodob...

Kres zimnej wojny?

Dwóch najpotężniejszych obecnie polityków świata spotkało się i rozmawiało przez kilka godzin. Mowa, rzecz jasna, o krwawym Joem Bidenie, prezydencie USA, i o Xi Jinpingu, przewodniczącym (odpowiednik prezydenta) Chińskiej Republiki Ludowej. Ich konwersacja, jak to zwykle bywa, żadnymi konkretnymi postanowieniami nie zaowocowała, panowie jedynie rzucali pokojowymi tekstami o woli porozumienia. Normalna sprawa przy tego typu okazjach. Niemniej, liczni komentatorzy cieszą się, iż owo spotkanie może oznaczać, że nie będzie zimnej wojny między imperium zła a Chinami. Jeśli mają rację, to mowa o nie o jej zapobieżeniu, lecz o zakończeniu lub przynajmniej czasowym wstrzymaniu, gdyż amerykańsko-chińska zimna wojna – głównie na niwie handlowej i gospodarczej – trwa od lat. I w każdej chwili przerodzić się może w gorącą. Kilka ładnych razy wspominałem, że Amerykanie szykowali się do zbrojnego ataku na Chiny: montowali militarną koalicję przeciwko nim na Pacyfiku, testują uzbrojenie w Ukrainie...

Joe i Jan Paweł II

Pozostaniemy jeszcze dziś przy weekendowym przemówieniu, jakie Joe Biden wygłosił podczas swojej wizyty w Polsce. Wzbudziło ono wielką radość wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej oraz wielu innych przeciwników PiS-u, ponieważ wspomniał, pochwalnie rzecz jasna, amerykański prezydent o Lechu Wałęsie, czym rzekomo miał mafii/sekcie Kaczyńskiego Jarosława „utrzeć nosa”. Niestety, sprawa nie wygląda tak wesoło, a szerzenie takiej właśnie interpretacji słów Bidena świadczy o naiwności. Bo fakt, Kaczyński Jarosław Lecha Wałęsy nienawidzi i gardzi nim. Chciałby bowiem przeprowadzić rewizję mitu dawnej „Solidarności”, w miejsce gdańskiego elektryka umieszczając swojego nieżyjącego bliźniaka, Lecha, jako jej przywódcę (swoją drogą, czy nie szkoda walczyć o status lidera ruchu, jaki doprowadził do setek tysięcy, a może i kilku milionów zgonów oraz zrujnowania polskiego przemysłu po 1989 roku?). Bracia Kaczyńscy politycznie wyrośli przy Lechu Wałęsie, gdyby nie on, zupełnie by się nie liczy...

Przegląd pachołków

W miniony weekend przybył do Polski z oficjalną wizytą prezydent USA, Joe Biden. Spełnił tym samym marzenie PiS-owców, a także reszty prawicy postsolidarnościowej oraz licznych komentatorów wielbiących amerykańskich imperialistów. Wizyta jak wizyta – w sumie standard. Joe Biden spotkał się z przedstawicielami PiS-owskiego nie-rządu (ale nie widział się w cztery oczy z Kaczyńskim Jarosławem, co oznaczało, że albo nie zna REALNEJ struktury władzy w Polsce, albo sam WC Jaro bał się skompromitować w oczach swego pana i władcy) oraz rzekomo opozycyjnej PO, obejrzał co ważniejsze z puntu widzenia USA miejsca (np. bazy, w których stacjonują żołnierze imperialistyczni) i wygłosił przemówienie, na jakie zaproszono m. in. byłych prezydentów RP. Było ono – jak to zwykle w przypadku podobnych tekstów – mdłe niczym wypowiedź bohatera trzeciorzędnego amerykańskiego filmu, zawierało odwołania do Lecha Wałęsy i Jana Pawła II (czyżby analitycy z Białego Domu nie wiedzieli, że papież ów ma coraz gorsz...

Radość imperialisty

W Waszyngtonie od kilku godzin najprawdopodobniej strzelają korki od szampana. Zbrodnicza polityka imperialistycznego prezydenta, Joego Bidena, odniosła zamierzony skutek – Rosja zbombardowała Ukrainę. Na razie cele głównie militarne (instalacje przeciwlotnicze, bazy wojskowe, itd.), ale nie oszukujmy się – cywile również giną, podobnie jak podczas amerykańskich bombardowań Bliskiego Wschodu. Każda wojna jest przecież tragedią, zwłaszcza dla zwykłych ludzi, którzy chcieliby normalnie, spokojnie żyć; rosyjsko-ukraińskiej też to dotyczy. Wybuchła ona, gdyż jest na rękę amerykańskim imperialistom; przecież nie prowokowali oni rosyjskiego niedźwiedzia dla jaj, lecz po to, by osiągnąć bardzo konkretne cele. I są temu coraz bliżsi. Głównym spośród ich założeń jest oczywiście zarobek. Instalacja na terytorium Ukrainy systemów rakietowych (co przecież stanowi najważniejszą przyczynę wybuchu konfliktu zbrojnego z Rosją) i dozbrajanie tamtejszej armii służy oczywiście temu, by amerykańskie – ...

Możliwość pokoju

Media głównego nurtu przeżywają tragedię – zarówno te PiS-owskie, jak i rzekomo „wolne”. Nie będzie bowiem wojny Rosji z Ukrainą, a przynajmniej wszelkie znaki na niebie i ziemi na to wskazują (aczkolwiek sytuacja cały czas pozostaje napięta, o czym więcej w dalszej części tekstu). A tak niewiele do tego brakowało; brytyjskie brukowce podawały nawet, powołując się na informacje JAKOBY wywiadowcze (tak, bo szpiedzy pierwsze, co robią, to zanoszą zdobyte dane do szmatławych redakcji – ha, ha, śmiechu warte, głupota ludzka jest porażająca), datę i godzinę wkroczenia armii wrednych Moskali do naddnieprzańskiego państwa. Tymczasem prawdopodobnie nic z tego. Oddziały rosyjskie, niektóre przynajmniej, wycofują się spod granicy z Ukrainą do miejsc stałego stacjonowania. Oficjalnie dlatego, że zakończyły się – stanowiące formalny powód ich przesunięcia na tereny przy owej rubieży – organizowane przez Rosję i Białoruś manewry Zamieć 2022… choć należy przypuszczać, że swoje zrobiła też rozmow...

Joe i Polska

No i stało się, Joe Biden zaprzysiężony został na czterdziestego szóstego prezydenta amerykańskiego imperium. Obyło się, na szczęście, bez perturbacji; Trump mimo wszystko pokojowo oddał władzę i w niesławie odleciał na Florydę. Wczoraj próbowałem zastanowić się, co prezydentura pana Bidena oznaczać może dla świata. Dziś pora określić, jak wyjść może na niej (k)raj nad Wisłą. Kaczyński, Morawiecki, Duda i ich akolici żywili bowiem wiernopoddańczy stosunek do USA (co jest w sumie typowe dla ekip postsolidarnościowych, które wszak wyrosły na pieniążkach, jakie w latach 80. płynęły od CIA poprzez Watykan i włoską mafię), a Donalda Trumpa traktowali nieomal jako bóstwo. I chyba byli szczerze przekonani, że ten inteligentny inaczej miliarder znów wygra wybory; jego zaś przegrana okazała się dla kaczej mafii/sekty szokiem. Duda Andrzej niby to złożył Bidenowi gratulacje… lecz były one nader obraźliwe w tonie. PiS-owskie i ogólnie prawackie media usiłowały grać na dwa fronty: lamenty nad ...

Co zmieni Joe

Jeżeli zwolennicy (wyznawcy) Donalda Trumpa nie wywołają wojny domowej, to odbędzie się dziś zaprzysiężenie Joe’ego Bidena na prezydenta amerykańskiego imperium, czyli USA. Spora część osób o poglądach liberalnych i postępowych/lewicowych spogląda na nadchodzącą kadencję Bidena z pewną nadzieją, przy czym dobre myśli wzbudza nie tyle sam prezydent-elekt, ile desygnowana na wiceprezydentkę Kamala Harris oraz przyszła administracja (odpowiednik Rady Ministrów) złożona z przedstawicieli wielu ras, nacji i religii. Co do mnie, to w zachwyt nie popadam… niemniej jednak warto się zastanowić, jaka może być prezydentura pana Bidena. Przy czym nie będę tu analizował, jak on i jego ludzie poradzą sobie z wewnętrznymi problemami USA, np.: kryzysem gospodarczym, gwałtownym przyrostem skali nędzy, koronawirusem, rozplenieniem się postaw skrajnie prawicowych w społeczeństwie, itd. Spróbuję określić, co jego wejście do Białego Domu oznacza dla świata, w tym dla Polski. Dobra wiadomość jest taka,...