Bezbronni
Zabłąkana rakieta (najprawdopodobniej rosyjska, ale podczas wojny wszystko jest możliwe, toteż wariantu z ukraińską wykluczać nie można) wleciała kilka miesięcy temu na terytorium Polski. Przemierzała ponad czterysta kilometrów (sic!), a potem radośnie sobie zniknęła. Wojsko jej szczególnie długo tudzież wytrwale nie szukało, bo akurat była zima, toteż niskie temperatury przeszkadzały w lokalizowaniu militarnego obiektu… W końcu pocisk się znalazł, to znaczy, znalazła go przypadkowo miłośniczka jazdy konnej. Wedle niektórych medialnych doniesień, chodziło o model zdolny do przenoszenia ładunków nuklearnych. Od tamtych wydarzeń, jaki się rzekło, minęło już kilka miesięcy, lecz sprawa dopiero teraz się rozkręca. Druga taka, dodajmy, bo wcześniej na polskie terytorium wleciała ukraińska zabłąkana rakieta, co miało naprawdę paskudne konsekwencje. Dopiero teraz opozycja domaga się od nie-rządzących PiS-owców wyjaśnienia sprawy, podania informacji, co z tym fantem robiło wojsko, jakim cu...