Klnący Wokulski

Nie ustaje debata na temat Lalki, reż. Paweł Maślona – serialu na motywach arcydzieła Bolesława Prusa. Sześcioodcinkowa produkcja ukazała się w zeszłym tygodniu na Netflix, a w przyszłą środę w kinach premierę będzie miał film pełnometrażowy, będący odrębnym dziełem. Wracając do serialu, jak już pisałem, dyskusja na jego temat zaczęła się na długo przed wejściem na platformę streamingową; teraz, odnoszę wrażenie, biorą w niej udział ludzie, którzy zarówno powieść przeczytali, jak i serial obejrzeli (a przynajmniej próbowali zrobić jedno i drugie).

Mnie serialowa Lalka się podobała. Tak, jak to wynikało z zapowiedzi twórców i Netflixa, nie jest to wierna adaptacja literackiego arcydzieła, lecz bardzo luźna wariacja na jego temat. Na tej zasadzie, że współczesne filmy o Batmanie w zasadzie tylko personalia głównych bohaterów mają wspólne z komiksami, jakie ukazywały się w 1939 roku (wtedy Bob Kane i Bill Finger pokazali światu Człowieka-Nietoperza). Innymi słowy, raczej inspiracja, nie adaptacja.

Co w tym złego? Absolutnie nic. Dzieła kultury i sztuki po to między innymi są, żeby stale je na nowo reinterpretować. No i nie zapominajmy, że Netflix jest koncernem globalnym, przeto jego produkcje muszą być zrozumiałe dla osób widzowskich we wszystkich krajach, gdzie dociera. Gdyby zatem Lalka Pawła Maślony była wierną adaptacją powieści Prusa, stanowiłaby zapewne fajny bryk dla licealistów i dzieło dla polskich koneserów, ale niekoniecznie przekonałaby do siebie odbiorców spoza Polski. Reżyser jednak pokazał XIX-wieczną Warszawę i powieściowe postacie ze współczesnej perspektywy, historii zaś nadał walor uniwersalny (walka o wyzwolenie się ze sztywnych ram społecznych), dzięki czemu jego Lalka stała się przebojem nie tylko w (k)raju nad Wisłą, ale też w wielu innych państwach. Chciałbym, żeby polska kinematografia stale osiągała posobne sukcesy.

Mnie, jako się rzekło, serial przypadł do gustu. Jeśli zaś chodzi o recenzje i komentarze, to okazuje się, że dzieło to wzbudza skrajne emocje. I bardzo dobrze, to znaczy, że Lalka jest JAKAŚ, ma swój styl, może się podobać lub nie. Sama zaś debata (chodzi tu oczywiście o jej wątki merytoryczne, a nie o durne głosy typu, że Sandra Drzymalska jest „zbyt brzydka”, aby grać Izabelę Łęcką”) jak najbardziej stanowi zjawisko pozytywne, świadczy bowiem, iż polska kultura jest ważna ze społecznego punktu widzenia.

Istotnym jej elementem jest to, że w serialu pojawiają się wulgaryzmy. Jest ich bardzo dużo; można wręcz odnieść wrażenie, iż niektóre linie dialogowe zwulgaryzowano na siłę, przez co miejscami brzmią cokolwiek sztucznie. Oczywiście, taki zabieg stylistyczny może zostać odebrany pozytywnie lub negatywnie; nie dziwię się osobom widzowskim, które owo słownictwo od serialowej Lalki odrzuciło. Niemniej głosy, że „wtedy tak nie mówiono”, są chybione.

Wulgaryzmy, słowa uznawane za obelżywe pojawiły się zapewne krótko po tym, jak człowiek nauczył się posługiwać artykułowanym słownictwem, czyli mówić po prostu. Miały – i nadal mają – nader sprecyzowaną funkcję: służą kanalizowaniu negatywnych emocji. Czyli, kiedy przydarza nam się coś złego, lepiej zakląć, niż rozwalić głowę bliźniemu swemu. Pełnią więc rolę pozytywną. Oczywiście, nie należy ich nadużywać, a już zdecydowanie nie powinno się stosować ich w charakterze przecinków. Jeśli ktoś nie potrafi wysłowić się w sposób inny niż wulgarny, nader źle to świadczy o jego kompetencjach językowych, a zapewne i walorach intelektualnych (czy raczej ich braku).

W słowie pisanym… Ano, tu było różnie. Niemniej raczej starano się unikać wulgaryzmów, gównie dlatego, że odkąd wynaleziono pismo (a z czasem druk) uznano najpierw, że zapisywać należy tylko rzeczy ważne – wyrycie czegoś w kamieniu lub glinie nie było przecież łatwe – a później, gdy druk sprawił, iż pismo stało się szybkie i tanie, że pewnych rzeczy pisać nie wypada. Choć były wyjątki. W Polsce słowa wulgarne pojawiły się już w tekstach Mikołaja Reja, Aleksander Fredro używał ich w licznych swoich arcydziełach. Co do Bolesława Prusa, w jego Lalce wulgaryzmów nie ma. Nie dlatego jednak, że w drugiej połowie XIX wieku, kiedy rozgrywa się akcja powieści, ich nie używano. Przeciwnie, podobnie jak dziś sypano nimi jak z rękawa, i robiły to wszystkie klasy społeczne, arystokrację wliczając. Niemniej, gdyby Prus napisał, jak rzeczywiście mówiono, nie przepuściłaby mu tego cenzura – ani państwowa (carska, która tak czy owak wycinała z jego arcydzieła fragmenty niekorzystne z rosyjskiego punktu widzenia), ani wydawnicza (prasowa; Lalkę autor publikował w odcinkach w gazecie). Taka cenzura obyczajowa, mówiąca, że pewnych wyrazów drukować nie wypada, utrzymywała się bardzo długo; w Polsce łagodnieć zaczęła dopiero w PRL-u, choć i wówczas w książkach wulgaryzmy albo wykropkowywano, albo stępiano, albo wycinano. Tak naprawdę, w literaturze, teatrze czy filmie realnie używane słownictwo pojawia się dopiero od kilku dekad zaledwie.

Poza tym, serial (każdy) to wizja artystyczna. Dialogi też. Wulgaryzmy pełnią więc swoją rolę w stylistyce dzieła. Co oczywiście może się podobać lub nie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odbieranie dobrego

Kapitalistyczni esesmani

Przejęcie