Posty

Wyświetlam posty z etykietą samozatrudnienie

Dyscyplinowanie niewolników

Znajoma osoba z portalu społecznościowego, słusznie oburzona, opublikowała na swoim profilu zdjęcie strony z jakiegoś podręcznika do podstaw przedsiębiorczości. Tu zauważę, że w szkole średniej miałem taki przedmiot, lecz podobnych głupot jak te, które zaraz przytoczę, w podręcznikach nie było. A chodzi o to, że znajoma przytoczyła fragment o POZYTYWNYCH skutkach bezrobocia. Według autorów rzeczonej książki ma to być prowadzenie do: „ 1) umacniania dyscypliny pracy i podniesienia jej wydajności; 2) zwiększania poszanowania pracy; 3) podwyższania kwalifikacji zawodowych; 4) wzrostu samozatrudnienia wśród bezrobotnych (zakładanie przez nich małych firm)”. Mnie najbardziej rozbiły dwa ostatnie punkty. Skąd mianowicie osoba, która straciła zatrudnienie, a wraz z nim środki utrzymania, ma wziąć pieniądze na podwyższanie kwalifikacji zawodowych? Przecież odpowiednie kursy kosztują, niejednokrotnie sporo. Z kolei, kiedy się pracuje, nie zawsze jest czas na uczęszczanie na takie zajęcia....

W interesie pasożytów

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (czyli Ministerstwo Pracy po prostu), na czele którego stoi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Lewicy, przygotowało ze wszech miar słuszny projekt ustawy reformującej Państwową Inspekcję Pracy. Przewidywał on między innymi umożliwienie PIP likwidacji umów śmieciowych. Otóż, jeśli inspektor stwierdziłby, że dany pracownik zatrudniony na umowie cywilnoprawnej bądź (często fikcyjnym i/lub wymuszonym) samozatrudnieniu pracuje de facto tak, jak to przewiduje Kodeks Pracy, miałby z miejsca otrzymać umowę o pracę, ze wszystkimi świadczeniami, w tym ubezpieczeniem społecznym, czyli zostać zatrudnionym na etacie. Kapitalista miałby siedem dni na odwołanie od tej decyzji. Oczywiście, kiedy ogłoszono ten projekt – a Lewica prowadziła dość szeroko zakrojoną kampanię na jego temat – biznes (konkretnie, ten nieuczciwy, bo firmy uczciwie traktujące pracowników nie miały się czego bać) podniósł larum, a wraz z nim uczynili to piewcy dzikiego kapitalizmu...

Załóż firmę

Prowadzenie własnej działalności gospodarczej przedstawiane jest w kapitalistycznej propagandzie jako sposób na odniesienie gigantycznego sukcesu – finansowego i w ogóle życiowego. W szkołach uczy się wszak podstaw przedsiębiorczości (nie wiem, dlaczego przedmiot ów nie nazywa się: „podstawy ekonomii” i nie poświęca uwagi różnym rodzajom przedsiębiorstw, w tym spółdzielniom), co druga reklama dotyczy różnego rodzaju dóbr i usług skierowanych dla osób prowadzących firmy, partie polityczne prześcigają się w kreowaniu obietnic dla przedsiębiorców… Słowem, wygląda to tak, jakbyśmy wszyscy mieli być właścicielami przedsiębiorstw. Niekiedy zresztą wymuszają to przepisy; tak jest w przypadku części zawodów takich jak agent ubezpieczeniowy. W innych przypadkach ludzie faktycznie dobrowolnie decydują się na samozatrudnienie, uznając, że tak jest dla nich korzystniej (dla fachowców z branży, przykładowo, budowlanej czy remontowej to rzeczywiście dobra opcja) lub mając nadzieję na to, że z mał...

Nieoszczędni

Co i rusz natknąć się można na analizy, bardziej wszelako przypominające utyskiwania, że znaczny odsetek (ponad połowa, jeśli się nie mylę) osób w Polsce nie ma żadnych oszczędności. Rzekomo, wedle autorów tychże wypowiedzi, „nie potrafimy” i/lub „nie chcemy” oszczędzać. Po stwierdzeniu tegoż „faktu”, autorzy analiz – sami legitymujący się zarobkami idącymi w dziesiątki, o ile nie setki tysięcy złotych (euro tudzież innych walut też bym nie wykluczał) miesięcznie – mniej lub bardziej wymownie dają do zrozumienia, że większość społeczeństwa jest „głupia”, bo, dajmy na to, nie odkłada sobie na emeryturę, a ta z ZUS-u zapowiada się bardzo niska (dziękujemy, panie Buzek, dziękujemy, panie Balcerowicz!). W tych wszelkich niby-analizach prawdą jest jedynie to, że u Polek i Polaków z oszczędnościami faktycznie jest krucho, a często wręcz fatalnie. Inaczej jednak, niż twierdzą neoliberalni/neokonserwatywni pseudo-mędrcy, nie wynika to z niefrasobliwości czy rozrzutności; jeśli nawet, to, jak...

Kto pracuje, ten nie je

Kto nie chce pracować, niech też nie je – napisał w I wieku n. e. niejaki Paweł z Tarsu, święty Kościoła katolickiego, jeden z twórców doktryny chrześcijaństwa (aczkolwiek osobą, która tę religię zapoczątkowała, była Maria Magdalena), a zarazem facet, który mocno, oj, mocno odszedł od idei Jezusa Chrystusa, zwłaszcza w kwestii kobiecej i społecznej. Tak czy owak, jego zdanie o niepracowaniu i niejedzeniu podchwycił i powtarzał nie kto inny, a Włodzimierz Ilicz Lenin. Sama ta zasada – z wyłączeniem dzieci, seniorów i osób, które nie mogą podjąć pracy z przyczyn zdrowotnych – jest oczywiście słuszna… a raczej długo była i być powinna. Człowiek pracuje po to, by zdobyć środki utrzymania (trafiają się też szczęśliwcy, którzy oprócz tychże środków czerpią z pracy również satysfakcję i przyjemność, choć są i zawody, uprawiania których lubić nie należy, np. pisarz), bez powszechnego (z zachowaniem powyższych wyjątków), a przy tym stabilnego i płatnego na tyle wysoko, by zagwarantować z...

Kto daje pracę

Obecnie wielu słów z języka polskiego używanych jest (również w mediach!) niezgodnie z ich znaczeniem. I tak na przykład, słowo „niesamowite” oznacza „budzące strach, grozę, zdumienie”, a nie „wspaniałe” czy „świetne”. „Ekskluzywny” znaczy „trudno dostępny”, a nie „luksusowy” (utrudnienia dostępu nie muszą wszak wiązać się z luksusem). „Onegdaj” oznacza TYLKO I WYŁĄCZNIE „przedwczoraj”. I tak dalej. Są to po prostu błędy językowe, wynikające z niskiego poziomu oczytania społeczeństwa, w tym dziennikarzy i publicystów, a pewnie też z kiepskiej edukacji szkolnej w zakresie języka ojczystego. Jest wszelako pewne słowo, które używane jest nie tyle błędnie z czysto językowego punktu widzenia, ile niezgodnie z faktami. Określa się nim nie tę grupę ludzi, którą potrzeba. Słowem tym jest „pracodawca”. Mianem tym obdarza się przedsiębiorców (tzn. konkretnie tych, którzy nie tylko sami pracują, prowadząc własną działalność gospodarczą, ale też zatrudniają innych ludzi) oraz kapitalist...

Bizneswoman z mopem

Hol w siedzibie wielkiej korporacji, instytucji publicznej, uczelni, szpitala – wszystko jedno. Ważne, że podłoga lśni, gdyż nad tymże lśnieniem pracują panie konserwatorki powierzchni płaskich, zwane też (bez pogardy) sprzątaczkami. Każda z nich musi się nieźle naharować, a zarobki są niewielkie, po zapłaceniu comiesięcznej składki na ZUS niewiele zostaje. Składkę wszelako muszą zapłacić, ponieważ taki obowiązek spoczywa na osobach prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Czyli również na naszych przykładowych sprzątaczkach, które wynajęta w ramach outsourcingu firma zajmująca się czyszczeniem, owszem, zatrudniła, ale pod warunkiem założenia przez nie własnej działalności – a w zasadzie, nie tyle zatrudniła, ile zawarła z nimi kontrakt lub umowę-zlecenie. Tak zwane samozatrudnienie jest w kapitalistycznej Polsce coraz powszechniejszą patologią, zarazą degenerującą nasz rynek pracy, powodującą rozrost biedy i służącą nieuczciwym kapitalistom, pasożytującym na cudzym wy...