Posty

Wyświetlam posty z etykietą monarchia

Wdrukowany monarchizm II

Wczoraj pisałem, że monarchizm – rozumiany nie tyle (choć i to się często zdarza) jako poparcie dla ustroju monarchicznego, ile uwielbienie dla osób koronowanych – został niejako wdrukowany w naszą świadomość (zarówno wielu poszczególnych jednostek, jak też licznych zbiorowości) za sprawą historii. Przez tysiące lat różne typy monarchii były dominującą formą ustrojową, republiki przeważyły liczenie dopiero w XX wieku, acz trzeba zaznaczyć, iż nie zawsze były one tudzież są demokratyczne – a dyktatury od monarchii absolutnej w praktyce politycznej prawie się nie różnią; głównie zewnętrzną ornamentyką, choć i od tego są wyjątki (np. rosyjski neo-carat Putina albo rządy Kimów w Korei Północnej). Owo wdrukowanie monarchizmu przejawiającego się w formie uwielbienia dla cesarzy, cesarzowych, królów, królowych czy innych książątek tudzież księżniczek, jeśli zaś nie uwielbienia, to darzenia ich szacunkiem wyższym niż ludzi spoza rodów monarszych, nie zawsze jest świadome. Często jest to swoi...

Wdrukowany monarchizm

Jak niedawno pisałem, cały ten medialny show wokół śmierci Elżbiety II (taka jedna brytyjska królowa, co przez siedem dekad tronu się oburącz trzymała, firmując kolonializm, neokolonializm, zbrodnie thatcheryzmu i skandale związane z rodziną królewską) miał na celu zwielokrotnienie zysków przez koncerny medialne i nie tylko, a także przysłonięcie innych, znacznie istotniejszych dla świata oraz społeczeństw tematów. Niezależnie jednak od tego, setki milionów ludzi na całym świecie – nie tylko ze Wspólnocie Narodów (czyli państwach złączonych unią personalną z Wielką Brytanią) – zupełnie szczerze rozpaczało po zgonie monarchini (choć podejrzewam, że cieszących się z jej zejścia było co najmniej równie wielu, a jeszcze więcej osób zareagowało obojętnością). Skąd ta rozpacz i ta szczerość? Ano stąd, że monarchia jako ustrój – a wraz z nią boskie niemal uwielbienie dla cesarzy/cesarzowych, królów/królowych, książąt/księżnych – jest wdrukowana w psychikę wielu spośród nas, i to, co ciekawe,...

Nie oglądałem Royal Wedding

Niniejszym zamierzam się pochwalić, że nie oglądałem transmisji z Royal Wedding, czyli ślubu brytyjskiego książątka Harry’ego z amerykańską aktorką Meghan Markle (dla której mam znacznie większy szacunek niż dla jej męża, jest bowiem kobietą z ludu, która swoją pozycję zdobyła autentycznym wysiłkiem; i w związku z tym zastanawiam się, jak długo Rodzina Królewska powoli jej pożyć, aczkolwiek nie przypuszczam, by był to jakiś ponadprzeciętny okres), ani w telewizji, ani w internecie. Powodów ku temu było kilka. Pośród nimi ten, że ożenek księcia i aktorki w mojej osobistej hierarchii ważności zajmował pozycję znacznie poniżej zeszłorocznego śniegu. Niby zresztą czemu miałoby być inaczej, skoro nie jestem Brytyjczykiem? Denerwowały (żeby użyć dyplomatycznego słownictwa) mnie też medialne informacje, podawane – o zgrozo! – dzień w dzień, na temat tegoż ślubu, kto się na nim stawi, gdzie się odbędzie, co zaproszeni goście będą żarli… No i w TEN (a raczej już TAMTEN) dzień miałem wiel...