Posty

Wyświetlam posty z etykietą zmęczenie

Dobra praca

Jutro 1 Maja, czyli oczywiście Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy. Z tej okazji warto zastanowić się, jakie cechy ma DOBRE zatrudnienie. Po pierwsze, odróżnić trzeba pracę od zapierdolu. Ta pierwsza służy pozyskiwaniu przez wykonującego ją człowieka środków na utrzymanie, powinna oferować możliwość rozwoju (różne rozumianego, w zależności od profesji) i dawać satysfakcję. W pewnych sytuacjach może być błogosławieństwem, na przykład wówczas, gdy pomaga wydobyć się z depresji (piszę z doświadczenia). Ten drugi to wyczerpująca harówka, która wyniszcza człowieka, niekoniecznie gwarantując dochody (znów piszę z doświadczenia); celem zapierdolu jest to i tylko to, aby kapitalista mógł się wzbogacić na maksymalnym wyeksploatowaniu zatrudnionych. W dzisiejszej notce skupimy się na pracy, czyli zjawisku pozytywnym oraz koniecznym. Aby jednak faktycznie czymś takim się ona stała, spełniać powinna kilka warunków. Po pierwsze, skoro jej głównym celem jest pozyskanie środków na za...

Dojazd do roboty

Niedawno młoda Amerykanka z płaczem opowiedziała w internecie o swoich pierwszych doświadczeniach w pracy. Dzienny czas tejże to niby standardowe osiem godzin – acz coraz więcej badań wskazuje, że i tej długości zmiany powinno się skrócić, celem poprawy efektywności wykonywanych zadań oraz zdrowia pracowników – ale dziewczyna musi jeszcze do roboty dojechać i z niej wrócić. A to zajmuje jej tyle czasu, że praktycznie nie ma wolnych chwil na życie pozazawodowe (przyjaciele, rodzina, rozwój zainteresować, itd.), i to właśnie wywołuje u niej rozpacz. Oczywiście niemal natychmiast zaczęto ją wyszydzać – celowali w tym albo ci, co nie znają życia, bo pasą się na pracy innych, albo wypierają własne traumy z początków kariery zawodowej, nie wspominając oczywiście o zwolennikach kapitalistycznego niewolnictwa, którzy nie dostrzegają, że sami są niewolnikami. Pisali, że „księżniczka”, „leniwa”, „rozpieszczona”, radzili: „Niech zmieni pracę i weźmie kredyt” (skojarzenia z pewnym Bronisławem o...

Przemęczony nastolatek

Ileż to się można nasłuchać narzekań na młodzież, konkretnie na nastolatków, zwłaszcza w wieku nakazującym uczęszczanie do szkół średnich. Że leniwi, że nic, tylko by siedzieli na telefonach albo grali – na komputerze/konsoli lub w najlepszym wypadku na boisku. Że niczym się nie interesują, nigdzie nie chodzą. I tak dalej. A ja zastanawiam się, czy ci, co tak narzekają, zdają sobie sprawę, iż osoby w wielu nastoletnim mogą zwyczajnie nie mieć siły ani czasu, żeby zachowywać się inaczej? Dosłownie wczoraj usłyszałem, jak wygląda typowy dzień uczennicy szkoły średniej. Lekcje zaczynają się o 6:30 (zgroza; kiedy ja chodziłem do liceum, pierwsza godzina lekcyjna rozpoczynała się o 7:45, czyli wcześnie, ale do zniesienia). Aby dotrzeć do placówki nader wątpliwej oświaty, dziecko wstać musi półtorej czy dwie godziny wcześniej. W szkole siedzi do późnego popołudnia/wieczora. Potem jakaś godzina na drzemkę czy inny reset mózgu, i korepetycje/zajęcia dodatkowe; nie przypuszczam, by wynikał...

O depresji słów kilka

A raczej kilka przypomnień. Bo wprawdzie społeczna świadomość na temat depresji wzrasta, to jednak wciąż zbyt wielu ludzi nie ma o niej większego pojęcia (chodzi o wiedzę; osobistego zapadnięcia na tę chorobę naprawdę nikomu nie życzę, nawet takim zbrodniarzom jak Kaczyński Jarosław, Ziobro Zbigniew czy Balcerowicz Leszek). Ale po kolei. Dziś Blue Monday, „niebieski poniedziałek”, ponoć najbardziej depresyjny dzień w roku. Dlatego też w internecie oraz bardziej klasycznych mediach pojawia się wiele informacji – niektóre podane na poważnie, inne w bardziej żartobliwej, przystępnej formie – na temat tejże choroby. I bardzo dobrze; właśnie takie kampanie pozytywnie wpływają na stan świadomości. Dorzucę więc i ja swoje trzy gorsze do tej puli. Skoro sam zmagam się z depresją – spowodowaną przez warunki życia w polskim neoliberalnym kapitalizmie (dziękuję, wszystkie solidaruchy, na czele z Balcerowiczem!) – oraz mam za sobą próbę samobójczą (dziękuję, PiS-owcy, za inflację i wzrost opłat,...

Męczcie się

Kiedyś już chyba przytaczałem na tych łamach mądrą historyjkę, jaką usłyszałem od wybitnego artysty, Piotra Lutyńskiego (ponoć zaczerpnięta została z jakiegoś reportażu). Brzmi ona tak: Na greckiej plaży Amerykanin spotkał młodego człowieka, leżącego i patrzącego na morze. - Kim jesteś? - zapytał przybysz z USA. - Rybakiem – padła odpowiedź. - Dlaczego zatem leżysz, zamiast łowić ryby? - Już łowiłem. Wypływam rankiem na godzinę czy dwie, złowię cztery-pięć ryb, sprzedaję je, a potem sobie leżę na plaży, piję wino i gram dziewczynom na gitarze. - O, nie! Nie możesz tak postępować! - zaprotestował Amerykanin. - Słuchaj, ja ci tu przygotuję biznesplan. Będziesz wypływał na cały dzień, od rana do wieczora, i łowił tyle ryb, ile zdołasz. Tak każdego dnia. Kiedy zarobisz więcej pieniędzy, zainwestujesz w nową łódź, dzięki której będziesz mógł przez cały dzień łowić jeszcze więcej ryb. Zarobki znowu zainwestujesz, aż będziesz miał kilka łodzi i zatrudnisz ludzi do połowu. - No dobrze....

Szanujmy kasjerki

...i kasjerów oczywiście. W ogóle wszystkich pracowników sklepów, centrów handlowych, kin, itd. Sezon przedświątecznych zakupów w pełni… jakkolwiek w tym roku część obywateli pewnie z nich zrezygnuje, wybierając się zamiast tego na demonstracje w obronie sądownictwa. Tak czy owak, tego typu zakupy bywają, i to często, nader stresujące. Robimy je nieraz zabiegani, w pośpiechu, wkurzeni długim poszukiwaniem wolnego miejsca na parkingu, a potem jeszcze dłuższym staniem w kolejce do kasy, nadto z reguły podenerwowani innymi przygotowaniami na święta. Niekiedy nerwy nam puszczają. Toteż nie ma się co dziwić, iż w tym właśnie okresie kasjerki apelują, aby nie wyżywać się akurat na nich. To (najczęściej) nie ich wina, że kolejki są bardzo długie; jeśli już, wynika to najczęściej ze złej organizacji pracy w danym sklepie (za co odpowiada kierownictwo), niedziel niehandlowych, a często i naszej pazerności, bo pchamy się do centrów handlowych, chcąc nabyć coś, co tak naprawdę potrz...

Zapić tę beznadzieję

Wielki alarm w liberalnych – i nie tylko – ośrodkach medialnych. Polacy, jak się okazuje, piją coraz więcej, spożycie alkoholu per capita jest obecnie wyższe nawet niż w późnym PRL-u, kiedy podobno pito z beznadziei. Stacje telewizyjne zapraszają takich i owakich specjalistów, którzy niewesoły ów fenomen usiłują tłumaczyć. Jedni mówią, że napoje alkoholowe są w Polsce… tanie (guzik prawda, są bardzo drogie, podobnie jak wszystko inne zresztą), toteż należy podwyższyć ich cenę, a rodacy przestaną po nie sięgać (aha, już to widzę!). Inni wskazują, że sklepów oferujących owe trunki jest w (k)raju nad Wisłą bardzo dużo, można je też kupić na stacjach paliw, toteż trzeba wprowadzić częściową prohibicję, polegającą na ograniczeniach czasu i miejsc sprzedaży alkoholu; cóż, meliniarze na pewno na tym skorzystają, podobnie jak nielegalnie działający bimbrownicy. Jeszcze inni specjaliści argumentują – i mają dużo racji, do czego jeszcze wrócimy – że coraz więcej Polaków po prostu odstres...