Posty

Wyświetlam posty z etykietą katecheza

Zamiast religii

Na jednym z portali społecznościowych popularność zyskuje mem: PRZYSPOSOBIENIE OBRONNE ZAMIAST RELIGII. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, wzbudził we mnie cokolwiek mieszane odczucia. Z jednej bowiem strony jestem zdecydowanie za przeniesieniem katechezy ze szkół publicznych do przykościelnych salek; tam jest jej miejsce, nie wspominając o tym, że budżet państwa oraz poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego znacząco by zyskał. Z drugiej wszelako, trudno mi oprzeć się wrażeniu, że osoba, która mem stworzyła, zbyt mocno dała się uwieść wojennej propagandzie obecnego rządu oraz „opozycji”, mającej przecież na celu odwrócenie społecznej uwagi od takich kwestii, jak narastające (powoli, acz stale) bezrobocie czy trwający od dłuższego czasu (nawet w okresie, kiedy bezrobocie było na bardzo niskim poziomie!) rozrost skali skrajnego ubóstwa. Żadna wszak wojna Polsce nie grozi, Rosja – wbrew temu, czym nas straszą – do ataku na nas ani na żadne inne państwo europejskie, się nie szy...

Katecheza pana Nycza

Arcybiskup Kazimierz Nycz w tym tygodniu popisał się pomysłem. Chce mianowicie, aby katecheza szkolna (wymiar której, przypominam, zredukowany został do jednej godziny tygodniowo), była „absolutnie obowiązkowa” dla KAŻDEGO UCZNIA. Innymi słowy, nieważne, jakiego, i czy jakiegokolwiek, wyznania jest młody człowiek, ani jaki stosunek do katolicyzmu mają jego rodzice, według pana Nycza na szkolne lekcje religii chodzić musi, i kropka. Nie są to, warto sobie uświadomić, zajęcia z religioznawstwa (powszechne w Europie Zachodniej, w Polsce też by się przydały), lecz przekazywanie treści religijnych, konkretnie oczywiście katolickich. Nic innego, jak religijna indoktrynacja. Nawiasem mówiąc, szkolna katecheza, coraz gorszej jakości, stanowi jedną z przyczyn szybkiej laicyzacji młodego pokolenia Polek i Polaków, czego kościelni hierarchowie najwyraźniej nie zauważają. Rzecz jasna, pan Kazimierz Nycz nie martwi się o to, czy osoby uczniowskie będą wierzące, czy nie, czy też katolicyzm zako...

Klątwa fajnych księży

Już za parę dni początek nowego roku szkolnego. Z tego tytułu wszystkim osobom uczniowskim składam wyrazy serdecznego współczucia. I to pomimo faktu, że w szkolnictwie następują – powoli wprawdzie i w zbyt wąskim zakresie – pozytywne zmiany. Jedną z nich jest to, że zamiast dwóch, będzie jedna lekcja religii katolickiej (katechezy) w tygodniu. Tyle zdołała wywalczyć ministra edukacji, Barbara Nowacka; na całkowite wyprowadzenie tego przedmiotu ze szkół publicznych (i zastąpienie go religioznawstwem, jak jest w większości państw zachodnioeuropejskich) nie zgodził się jej szef, premier Donald Tusk, wierny sługa Episkopatu Polski i kleru katolickiego. Dla osób uczniowskich – tych, które jeszcze na katechezę uczęszczają, a coraz ich mniej – oznacza to m.in. jedną dodatkową wolną godzinę, jaką przeznaczyć można chociażby na odrobienie zadań domowych; tych bowiem wciąż jest zbyt wiele. A funkcjonariusze Kościoła katolickiego, z hierarchami na czele, o tę nazbyt drobną korektę są wście...

Uczyć, ale czego?

Są już wyniki matur. A to oznacza, że znów zaczęła się w środkach masowego przekazu dyskusja nad poziomem nauczania, systemem oceniania i w ogóle edukacją w Polsce. Jest ona rzecz jasna bardzo potrzebna – i oby wynikły z niej jakieś pozytywne zmiany – niemniej brakuje mi w niej pewnego elementu. Otóż, wciąż za mało się mówi o to, CZEGO szkoły powinny uczyć. Jasne, pojawiają się jak najbardziej słuszne opinie, iż nacisk edukacyjny w zbyt wielkim stopniu położony jest na przekazywanie wiedzy encyklopedycznej, a w zbyt małym na rozwój samodzielnego myślenia i kompetencji miękkich, takich jak umiejętność współpracy (nie wiem, jak teraz, ale w moich szkolnych czasach rzeczywiście kiepsko to wyglądało). Coraz też częściej padają oczekiwania przeniesienia katechezy ze szkół na salki – i dobrze, tak powinno być! Temat wielokrotnie poruszałem na tych łamach, toteż dziś nie będę się powtarzał. Od czasu do czasu, lecz moim zdaniem nieco zbyt rzadko, podnoszone są argumenty o konieczności w...

Z podręcznika do katechezy

Po Facebooku krąży mem z cytatem z podręcznika do katechezy, do piątej klasy podstawówki. Brzmi on następująco: „Postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je jako ofiarę na tacę w czasie najbliższej Mszy Świętej” (pisownia oryginalna). Szczerze, mam nadzieję, że to fake , lecz znając Kościół katolicki, obawiam się, iż nadzieja to złudna. Po prostu, dzieci już do małego są uczone, aby być dojnymi krowami dla kleru. Temu głównie służą szkolne lekcje religii katolickiej, i jest to jeden z powodów, dla których powinny one ze szkół publicznych zniknąć. Pisałem o tym w jeden z niedawnych notek. Oczywiście, oszczędzanie jest cenną umiejętnością (jakkolwiek przy kosztach życia w kapitalistycznej Polsce najczęściej okazuje się niemożliwe, o czym piątoklasiści przekonają się, gdy wejdą w dorosłość). A jeśli ma jeszcze być połączone z altruizmem, tym lepiej. W takim jednak układzie zaoszczędzone na słodyczach lub czymkolwiek innym pieniądze zdecydowanie ...

Klechistan minimalnie złagodzony

Wakacje się zaczęły – w związku z czym osobom uczniowskim oraz nauczycielskim serdecznie życzę miłego wywczasu – a kiedy się zakończą, dzieci tudzież młodzież wrócą do szkoły cokolwiek zmienionej. Modyfikacji, mniej lub bardziej znaczących, wejdzie w życie parę, pośród nich znajdzie się i taka, że zamiast dwóch godzin katolickiej katechezy w tygodniu, będzie jedna. Ot, taki pseudo-kompromis (niestety, jedynie w obszarze edukacji publicznej) pomiędzy państwem świeckim (jeno na papierze) a wyznaniowym (w realu). Czy może raczej – między oczekiwaniami większości wyborców obecnej koalicji rządowej, a rzeczywistego, obok kapitalistów, ma się rozumieć, szefostwa większości – poza Lewicą i Zielonymi – wchodzących w jej skład ugrupowań, czyli Episkopatu Polski. Przypomnijmy, że dla Kościoła katolickiego, konkretnie zaś dla jego zawodowych funkcjonariuszy, od księży po kardynałów, szkolna katecheza to źródło niemałych dochodów, przelewanych oczywiście z budżetu państwa i samorządów, zatem ...

Ciężar dla purpury

Płacz i zgrzytanie zębów rozlegają się w Episkopacie Polski. Oto lamentują faceci w purpurze, że kiedy katecheza zostanie przeniesiona ze szkół do salek, Kościół katolicki „nie udźwignie tego ciężaru”, oczywiście finansowo. Dziwne, że dźwigał go przez ponad trzydzieści lat, odkąd Władysław Gomułka wycofał religię ze szkół, do czasu, aż reformę tę cofnął Tadeusza Mazowiecki (co mu nie pomogło, bo Kościół w wyborach prezydenckich 1990 r. i tak wspierał Lecha Wałęsę). No, ale w III RP katecheza szkolna stała się dla Kościoła katolickiego potężnym udojem, czyli źródłem naprawdę znaczącego bogactwa… a nikt wszak nie lubi być odrywanym od koryta. Rzecz jasna, obawy to przesadzone. Rząd Donalda Tuska – dokładnie tak, jak należało się tego spodziewać – głaszcze kościelnych hierarchów i duchowieństwo po jajkach, przede wszystkim w wymiarze finansowym. Jeśli chodzi o szkolną katechezę, to co najwyżej liczba jej lekcji ograniczona zostanie z dwóch godzin tygodniowo do jednej… o ile pan premi...

Kościół i nowy rząd

Według licznych komentatorów nie-PiS-owskich, Kościół katolicki w Polsce przegrał wybory 15 października, ponieważ wspierane przez niego Bezprawie i Niesprawiedliwość nie uzyskało większości parlamentarnej wystarczającej do stworzenia rządu, za to ugrupowania nie-PiS-owskie, które swój gabinet może zbudują, podnosiły hasła świeckiego państwa. Problem w tym, że tylko Lewica była – i jest, może poza jedną posłanką – w tym zakresie wiarygodna… ale ona akurat będzie miała mniejszą reprezentację w Sejmie niż w poprzedniej kadencji (zawiedli wyborcy, pozwalając się oszukać Tuskowi, Hołowni i Kosiniakowi-Kamyszowi), za to większą w Senacie (na szczęście). KO/PO pod błyszczącą, acz w istocie cieniuteńką jak guma tandetnej prezerwatywy warstewką nowoczesności i liberalizmu skrywa nie tyle nawet konserwatyzm, ile betonowe zacofanie oraz klerykalizm, podobnie rzecz się ma z Polską 2050, a Polskie Stronnictwo niezbyt Ludowe to formacja tak prokościelna, że aż zęby bolą. Innymi słowy, zwycięska ...

Naiwność katechetyczna

Jedyną obecnie formacją spośród ubiegających się o miejsca w parlamencie, jaka postuluje wprowadzenie (co powinno było nastąpić już dawno temu, swoją drogą) w pełni świeckiego państwa, jest Lewica. W jej programie znajdziemy nie tylko punkty dotyczące renegocjacji konkordatu, likwidacji Funduszu Kościelnego, zniesienia absurdalnego przepisu o obrazie uczuć religijnych czy klauzuli sumienia, sprawiedliwego opodatkowania Kościoła katolickiego i wprowadzenia jawności jego przychodów, ale też bezwzględnej walki z pedofilią kleru oraz pełnego rozdziału Kościoła i państwa. Ten ostatni polegać ma między innymi na wyprowadzeniu katechezy ze szkół publicznych i przeniesieniu jej na salki katechetyczne (na profilu jednej z lewicowych kandydatek widziałem też postulat zakazu egzorcyzmowania dzieci; bardzo słuszny, gdyż owe obrzędy, stanowiące guślarstwo pełną gębą, są ogromnie niebezpiecznie dla zdrowia fizycznego oraz psychicznego poddawanych im osób, a ponadto stanowią doskonałą okazję do łowó...

Ubyło katolików

W roku 2021 przeprowadzono w (k)raju nad Wisłą Narodowy Spis Powszechny. Na wyniki długo trzeba było czekać, ale wreszcie zaczęły się one ukazywać. Najgłośniej komentowane są te dotyczące sytuacji religijnej naszego społeczeństwa, jakkolwiek warto dodać, że cieszy, iż przybyło osób deklarujących narodowość śląską oraz posługiwanie się językiem śląskim. Wróćmy jednak do wyznań, bo i ja dołożę swoje trzy grosze w tym temacie. Otóż, spis powszechny ukazał, że jedynie 71,2 proc. (27,2 mln osób) mieszkańców naszego państwa identyfikuje się jako rzymscy katolicy, podczas gdy jeszcze przed dekadą było to 88 proc. (33,8 mln osób). Spadek jest zatem wyraźny, i to ba rdzo. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że znacząco – z 2,7 do aż 7,6 mln – wzrosła liczba osób, które odmówiły odpowiedzi w sprawie deklaracji wyznaniowej; to już 20 proc. polskiej populacji (z tego, co pamiętam, i ja zaliczam się do owej grupy) . Więcej rodaków zadeklarowało też bezwyznaniowość – przed dziesięciu laty było i...

Zabójczy przedmiot?

W jednym z katechizmów adresowanym do osób uczniowskich (o ile czegoś nie poplątałem) trzecich klas podstawówki pojawiła się deklaracja: „Wolę umrzeć, niż zgrzeszyć!”. Następuje ona po obietnicach: „Będę się często spowiadał i przystępował do Komunii Świętej”, „Będę święcił dni święte, przede wszystkim niedziele”, „Moimi przyjaciółmi będą: Jezus i Maryja”. Cóż, deklaracja o spowiedzi może budzić wątpliwości; przybywa argumentów psychologicznych na rzecz szkodliwości tej procedury dla osób małoletnich. Kult Jezusa i Maryi to kwestia wolności sumienia i wyznania, ale przyjaźnić się jest lepiej z ludźmi żywymi, a jeszcze lepiej – ze zwierzętami. Święcenie dni świętych jest jak najbardziej okej, przy czym dzieci należy uczyć, że ma ono na celu odpoczynek, regenerację sił, a udział w obrzędach religijnych to już wybór każdego człowieka. Niemniej zdanie: „Wolę umrzeć, niż zgrzeszyć” (przypisywane Dominikowi Savio) wywołało falę przerażenia oraz oburzenia wśród całej masy świadomych osób...

Rocznica drogiej imprezy

Zerkając dziś do kalendarza, widzimy datę 3 sierpnia. Co w niej takiego szczególnego? Ano to, że dzień ów jest niezbyt szczęśliwą rocznicą. Albowiem równo trzydzieści trzy lata temu do szkół publicznych – najpierw podstawowych – wprowadzono katechezę, oczywiście katolicką. Odpowiadał za to pierwszy postsolidarnościowy (targowicki) rząd Tadeusza Mazowieckiego. Premier ów w 1990 roku startował w pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich, a jego głównym konkurentem był inny solidarnościowiec (na pograniczu solidarucha), Lech Wałęsa. Cieszył się on ogromnym poparciem Kościoła katolickiego, konkretnie zaś duchowieństwa oraz hierarchów. Tychże pan Mazowiecki spróbował przekupić, by zachęcali do głosowanie na niego, i temu właśnie służyło wprowadzenie katechezy do szkół publicznych. Nie udało się, premier w wyborach prezydenckich ostatecznie zajął trzecie miejsce… lecz rela w budach została. A jej nauczanie usankcjonował konkordat, zawarty przez postsolidarnościowy (targowicki) rząd...

Rezygnacja

W Warszawie 63 proc. ślubów zawieranych jest w Urzędzie Stanu Cywilnego, a nie w kościele. Czyli mają one świecki charakter. W tym samym mieście jedynie 19 proc. osób uczniowskich w klasach maturalnych uczestnicy w katolickiej katechezie; podobny trend widoczny jest w innych polskich miastach (w podstawówkach na lekcje religii uczęszcza więcej dzieci i młodzieży niż w szkołach średnich, gdyż wiąże się to z tradycjonalizmem lub lękiem przed ostracyzmem ich rodziców/dziadków/opiekunów). Przybywa placówek podobno edukacyjnych, w których osoby uczniowskie nie chcą uczestniczyć w wigiliach klasowych/szkolnych, łamaniu się opłatkiem i im podobnych religijnych uroczystościach (to łamanie się pochodzi jeszcze z przedchrześcijańskiej religii słowiańskiej, więc z tego bym nie rezygnował, ale to już moje zdanie). Na portalach społecznościowych łatwo znaleźć wpisy osób nieżyczących sobie, by domy ich odwiedzali księża z wizytą duszpasterską; słusznie, też nie zamierzam przyjmować, forsy nawet dla ...

Ucieczka z katechezy

Jak niedawno pisałem, w protestach Strajku Kobiet uczestniczyli i nadal uczestniczą głównie ludzie młodzi, określani w mediach (co, moim zdaniem, jest li tylko sloganem, niemającym nijakiego potwierdzenia w rzeczywistości) „pokoleniem JPII”, czyli ci, których cała (nie licząc ewentualnie studiów, choć i niektóre ich kierunki mocno się klerykalizują) ścieżka edukacyjna, od przedszkola (sic!) począwszy, obejmowała katechezę. Innymi słowy, protestuje pokolenie szkolnej katechezy, i między innymi z tego właśnie powodu protesty owe nacechowane są, niekiedy dość ostrym, antyklerykalizmem (co stanowi, rzecz jasna, wielką ich zaletę). A tymczasem lekcje te cieszą się coraz mniejszą frekwencją. Wprowadzenie, a raczej przywrócenie lekcji religii (katolickiej, no bo o mniejszościach wyznaniowych i ateistach rządzący Polską prawicowcy pamiętać nie raczą) do szkół publicznych zadekretował w 1990 roku postsolidarnościowy premier Tadeusz Mazowiecki, a to dlatego, że rywalizował w wyborach prezydenc...

Pokolenie katechezy

W czasie największego nasilenia demonstracji w obronie praw kobiet (i praw człowieka w ogóle) media, nawet te rzekomi liberalne, wyrażały zdziwienie (oburzenie też się zdarzało), że na ulicę wyszli głównie ludzie młodzi, przed trzydziestką, a często wręcz niepełnoletni. Było to – i w dalszym ciągu JEST – nad wyraz pozytywne zjawisko, medialne zdziwienie brało się wszelako stąd, że anty-PiS-owskie i, co istotniejsze, antyklerykalne hasła wznosiło i wznosi pokolenie, które przez cały okres swojej edukacji, od przedszkola począwszy, a na szkole średniej skończywszy (jakkolwiek uczelnie wyższe też klerykalizacji ulegają…), ma katechezę. Ludzi owych często określa się wręcz „pokoleniem JPII”, ponieważ mieli jakoby pozostawać pod wpływem nauczania papieża Polaka. Oczywiście „pokolenie JPII” było i jest li tylko medialnym sloganem, chyba, żeby odnieść je do osób urodzonych w okolicach 1920 roku. A w tym, że polska młodzież, od wczesnego dzieciństwa faszerowana treściami katechetycznymi, oka...