Posty

Wyświetlam posty z etykietą inwigilacja

Pracownik inwigilowany

W klasycznej już, genialnej, aczkolwiek przerażającej powieści Rok 1984 autorstwa George’a Orwella mieszkańcy totalitarnego państwa Oceania byli nieustająco inwigilowani przy pomocy urządzeń zwanych teleekranami, które kontrolowały każdy ich ruch i słuchały każdego słowa. I, jak to bywa, rzeczywistość z czasem przestała znacząco odbiegać od fikcji. Podobna inwigilacja jest codziennością w licznych firmach, jak świat długi i szeroki. Kilka z przykładów z Polski. Szef fabryki materacy korzystał z zakładowych kamer, aby podglądać pracownice, czemu oddawał się w swoim domu. Z kolei w podpoznańskim zakładzie produkującym kominy kamery wykorzystywane są do liczenia, ile razy osoby zatrudnione wychodzą do WC, co najwyraźniej traktowane jest jako marnotrawstwo czasu. I nie, nie chodzi o – słuszną skądinąd – walkę z bumelanctwem, ale o NADMIERNĄ kontrolę oraz naruszanie przestrzeni osobistej. Podobna inwigilacja nie odbywa się zresztą jedynie przy użyciu kamer, bo ostatnio wykorzystywane są...

Niemiecki fotoradar

U naszych zachodnich sąsiadów do użytku wchodzą nowe fotoradary… co oznacza, że tylko patrzeć ich także na polskich drogach. Nie tylko mierzyły one będą prędkość pojazdów, ale też sfotografują kierowcę, który prowadząc auto, rozmawia przez telefon. Z jednej strony, to dobrze. Prowadzenie samochodu z komórką przy uchu jest szalenie niebezpieczne (dlatego dla ludzi często korzystających z telefonów, np. w celach zawodowych, tak ważny jest zestaw głośnomówiący lub możliwość zintegrowania smartfona z systemem multimedialnym auta) i, moim skromnym zdaniem, winno być karane równie surowo, bądź niewiele łagodniej, niż jazda w stanie nietrzeźwym. Mało tego, raz – z perspektywy pieszego na chodniku, dodam – widziałem chłopaka, który prowadził samochód, PATRZĄC w ekran swojego smartfona; dosłownie trzymał go przed otrzyma i tylko czystym przypadkiem nie wrąbał się w pojazd, jaki jechał przed nim. Toteż taki fotoradar, jaki wprowadzają Niemcy, na pierwszy rzut oka wydaje się dobrym rozwiązan...

Dane dla faszystów

Niedawno pisałem o nierozliczonych przez obecną ekipę rządową afer, przestępstw tudzież zbrodni PiS-u. Jest tego sporo, pociąganie mafiosów/sekciarzy do odpowiedzialności idzie opornie (zatrzymano tylko kilka płotek i odebrano immunitet Ziobrze będącemu Zerem; znacznie sprawniej odbywa się prześladowanie aktywistów klimatycznych, działaczy pomagających uchodźcom czy śmiertelnie chorych osób, jakie naraziły się administracji publicznej), nic więc dziwnego, że wyborcy są zawiedzeni, co stanowiło jedną z przyczyn klęski wyborczej Rafała Trzaskowskiego. Jeśli miałbym wybrać najpaskudniejsze, a zarazem najbardziej niebezpieczne czyny Bezprawia i Niesprawiedliwości, to w czołówce, obok fatalnych działań w zakresie wspierania pandemii COVID-19 oraz rozpoczęcia popełniania zbrodni na granicy polsko-białoruskiej (dziś Światowy Dzień Uchodźcy, tak swoją drogą), znalazłaby się sprawa Pegasusa. Jest to, przypomnę, izraelski program służący do inwigilacji komputerów, smartfonów i innych tego typ...

Śmiech i strach

Na początek mała dygresja. Nie będę się dziś znęcał nad niejakim Andrzejem Dudą, znanym szerzej jako Adrian, pełniącym z kaczej woli funkcję prezydenta Polski, ani nad jego wycieczką – za nasze pieniądze – do Australii, gdzie wraz ze swoją liczną świtą (zupełnie, jakby był sułtanem, choć jest li tylko pałacowym eunuchem) hańbił Polskę niepoważnym zachowaniem, opowiadał bzdury o „dekomunizacji” i nie kupił okrętów, kupno których podobny było już zaklepane. Wieść gminna niesie, iż transakcję zastopował rząd, przez co Adrian wyszedł na durnia (nic nowego w jego politycznej karierze). Może zresztą dobrze się stało, ponieważ owe wojenne jednostki pływające, zdaniem niektórych specjalistów, niezbyt nadawały się na taki akwen, jakim jest Bałtyk (na Pacyfik czy inny ocean nadają się jak najbardziej), nadto czytałem, że Australijczycy zaczynają je przeznaczać na… sztuczne rafy. I to by było na tyle w kwestii Adriana w ojczyźnie Mad Maksa. Teraz przejdźmy do meritum, czyli do rzeczy znacz...

Pod pełną kontrolą

Pod koniec lat 40. XX wieku George Orwell, brytyjski pisarz o socjalistycznej orientacji polityczno-społecznej, opublikował powieść Rok 1984 – bodaj najsłynniejszą (i, moim skromnym zdaniem, najlepszą) dystopię, modelowe dzieło dla tego podgatunki science-fiction. Czytelnikom niezorientowanym w temacie wyjaśniam niniejszym, że dystopia to literacki utwór fabularny zaliczający się do fantastyki naukowej, przestawiający czarną, ponurą wizję przyszłości, wewnętrznie spójną, ale – co ważne – wynikającą z krytycznej obserwacji rzeczywistości społecznej, politycznej, gospodarczej, itd. współczesnej autorowi. Innymi słowy, dystopia, jakkolwiek fabularnie odnosi się do przyszłości, jest pesymistyczną oceną teraźniejszości, zastanego przez twórcę ładu, wyrażającą brak nadziei na poprawę tegoż, a nawet obawę, że jeszcze się on pogorszy. I tak, Rok 1984 w zamierzeniu był krytyką systemu stalinowskiego, stanowiącego skrajne, zbrodnicze wypaczenie pięknych idei komunistycznych. W wymiarze ...