Posty

Wyświetlam posty z etykietą literatura

Bitwa o Tadzia

A dziś będzie o książkach, konkretnie o jednej. Muszę się Wam do czegoś przyznać. Bardzo lubię klasykę literatury polskiej; i nie tylko, ale rodzima najmocniej do mnie trafia. Twórczość Adama Mickiewicza również zaliczam do swoich ulubionych, acz zdecydowanie nie zamierza włączać się w bój, kto był większym poetą: Mickiewicz czy Słowacki; obaj byli wielcy. Za najwybitniejszy utwór owego wieszcza uważam część trzecią Dziadów , niemniej Pana Tadeusza też uwielbiam. Nie bez kozery jest to nasz narodowy epos, zalicza się do najważniejszych utworów w historii literatury polskiej, a przy tym naprawdę fajnie się go czyta… pod warunkiem, że robi się to dla własnej przyjemności, nie zaś dlatego, że szkoła kazała. No i właśnie, szkoła. W ostatnich tygodniach polskim społeczeństwem – zwłaszcza, jak przypuszczam, tą jego częścią, która do książek niespecjalnie lubi zaglądać – wstrząsnęła wieść, że Pan Tadeusz ze szkół znika, iż dłużej lekturą już nie będzie. Wywołało to falę oburzenia i pro...

Polityka kulturalna

Jedną z bodaj najbardziej niedocenionych składowych polityki społecznej wydaje się polityka kulturalna. Uskuteczniać ją powinno zarówno państwo (na przykład poprzez finansowanie państwowych instytucji kultury, organizowanie różnych programów czy działania w ramach państwowych mediów), jak też jednostki samorządu terytorialnego. W Polsce różnie to wychodzi i na poziomie państwowym, i samorządowym. Tak naprawdę, wszystko zależy od tego, kto zasiada w Ministerstwie Kultury (obecnie nie jest najgorzej, za PiS-u to była jedna wielka porażka) oraz w samorządowych ośrodkach, no i od tego, jak ludzie ci potrafią się między sobą dogadać. Muszę przyznać, że w mojej gminie jest pod tym względem naprawdę nieźle. Zarówno lokalny ośrodek kultury, jak i podlegająca pod niego biblioteka niemal stale coś organizują, aktywnie też korzystają z rządkowych czy unijnych programów. Odbywają się w ramach ich pracy wydarzenia nieodmiennie zachowują nader wysoki poziom; można poznać twórców, artystów i inne ...

Siekiera Kopciuszka

Sierota traci rodziców, trafia zatem pod „opiekę” wdowy po ojcu i jej biologicznych córek. „Opieka” polega na tym, że dziewczyna jest wyzyskiwana, eksploatowana, poniewierana oraz pogardzana przez macochę i przyrodnie rodzeństwo, o czym świadczy nawet to, że szyderczo zwą ją Kopciuszkiem. Kolejne lata mijają w ponurym znoju i beznadziei, aż tu grucha wieść, że mieszkający w pobliskim pałacu książę szuka żony (dlaczego zainteresowany jest kandydatkami z ludu – na które w prawdziwym życiu może by co najwyżej splunął albo je zgwałcił – a nie z rodów arystokratycznych, pozostaje zagadką… no, ale baśnie nie muszą trzymać się realiów klasowych). Przyrodnie siostry Kopciuszka, ponaglane przez swą maciorę, rzecz jasna stają do boju o małżeństwo i związane z nim przywileje. Bój polegać ma na tym, że księciunio wybierze sobie żonę spośród dziewcząt obecnych na balu. Kopciuszek też chce się tam udać, ale macocha nie tylko jej tego zabrania, ale też uniemożliwia opuszczenie domu. Na szczęście, zj...

Gdyby Krzysztof Kamil przeżył

Dziś osiemdziesiąta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Miało ono na celu wyzwolić stolicę spod hitlerowskiej okupacji tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Oczywiście nie udało się, bo nie mogło – Powstańcy z jedną sztuką broni palnej przypadającą na dziesięć osób (co musieli uzupełnić flaszkami z benzyną tudzież wadliwymi bombami domowej roboty) stanęli na czele doskonale uzbrojonych dywizji niemieckich, szykujących się do walki na linii Wisły. Do tego Stalin, któremu idiota Bór-Komorowski groził wypowiedzeniem wojny, celowo wstrzymał ofensywę, aby warszawskie AK się wykrwawiło. I tak właśnie się stało. Postanie, które miało potrać kilka dni, trwało ostatecznie sześćdziesiąt trzy, zginęło ponad czterdzieści tysięcy walczących w nim osób, przeważnie bardzo młodych, często jeszcze dzieci, oraz przeszło dwieście tysięcy cywilów, do tego liczne zwierzęta, hitlerowcy zrównali z ziemią Warszawę, zaś Polskie Państwo Podziemne straciło swoje polityczne znaczenie. Innymi słowy, Pows...

Problemy władzy ze sztuką

Przyznam szczerze, że lubię, kiedy poszczególne ekipy rządowe mają – z reguły wydumane – problemy z dziełami kultury i sztuki, a co za tym idzie, z ich twórcami. Świadczy to o sile oddziaływania tej sfery na życie społeczne oraz polityczne. Przykładów takich było wiele, niektóre wręcz wstrząsały jednym państwem i miały wielce pozytywny wpływ na inne. Tu wymienić należy inscenizację Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawioną w 1968 roku. Przedstawienie miało rzekomo wymowę antyradziecką – czemu zresztą zaprzeczył ambasador ZSRR, który je obejrzał – toteż władze PRL-u nakazały je zdjąć. Doprowadziło to do potężnych politycznych perturbacji, przy czym problem w tym przypadku był właśnie wydumany; polscy politycy popisali się nadgorliwością i sami sobie narobili kłopotów. Pozytywny wszelako efekt był taki, że w Polsce gościł wówczas premier Chin, Zhou Enlai, który zapragnął dowiedzieć się, o co chodzi z tymi Dziadami , toteż nakazał przetłumaczenie owego arcydzi...

Radzieckie science-fiction

Kilka tygodni temu rodziłem porządki w garażu, celem posegregowania i wywiezienia na skup (w mieście powiatowym, bo w mojej miejscowości takowego nie ma) zgromadzonej tam przez lata makulatury, która zalegała, zabierając cenne miejsce na ważniejsze przedmioty. Uzbierało się tego grubo ponad sto pięćdziesiąt kilogramów. Pośród zupełnie już niepotrzebnych papierów znalazłem kilka perełek: książeczki z Serii z Tygrysem i z cyklu Życie na gorąco , statut Stronnictwa Demokratycznego, przepowiednie Sybilli (serio!) i parę innych. Wszystko to pozycje wydane oczywiście w świetlanej epoce poprzedniego ustroju. Ma się rozumieć, książeczki te zachowałem z zamiarem czytania ich w wolnym czasie, chociażby podczas długich jesiennych wieczorów. Na razie sięgnąłem po pozycję Groźna planeta . Jest to wybór siedmiu opowiadań science-fiction, skompletowanych i przetłumaczonych przez Tadeusza Goska, autorami których są radzieccy pisarze: Jurij Nikitin, Władimir Firsow, Kirył Bułyczow, Dymitr Bielenkin...

Dwaj literaci z Powstania

Dziś siedemdziesiąta dziewiąta rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Było ono jedną z największych tragedii w dziejach Polski. Ogarnięte debilną obsesją antyradziecką i przepełnione chorymi, oderwanymi od rzeczywistości ambicjami dowództwo Armii Krajowej i władze Polski Podziemnej posłały w bój z uzbrojonymi po zęby, szykującymi się do odparcia radzieckiej ofensywy wojskami niemieckimi praktycznie bezbronnych żołnierzy, głównie młodocianych (a nawet dzieci!). Szans na zwycięstwo nie było, powstańcy zmasakrowani zostali podczas sześćdziesięciu trzech dni krwawych walk – zginęło ich ponad 200 tys., do czego doszło przeszło 100 tys. ofiar cywilnych – a stolica legła w gruzach. Innymi słowy, Powstanie Warszawskie zakończyło się klęską, nie tylko militarną, lecz także polityczną, bo ułatwiło stalinistom przejęcie władzy w Polsce po wojnie (inna bajka, że gdyby państwo nasze znalazło się nie w radzieckiej, lecz w amerykańskiej strefie wpływów, mielibyśmy o połowę niż obecnie mniejsze te...

Anna i ruska onuca

Niedawno na polskim rynku księgarskim ukazała się powieść Lwa Tołstoja Anna Karenina w nowym tłumaczeniu Jana Wołowskiego. Czytałem to arcydzieło przełożone, wspaniale zresztą, przez Kazimierę Iłłakowiczównę, nowej translacji nie znam, więc jej nie oceniam. Tak czy owak, nowe przekłady klasyki literatury to żadna nowość. Doczekują się ich chociażby: Chandler, Montgomery (ta od rudowłosej dziewczynki już tu z Zielonego Wzgórza, już to z Zielonych Szczytów), Twain, Molier i wielu innych pisarzy. Tołstoj dołącza właśnie do tego grona. Nie ma w tym nic złego, wręcz należy się cieszyć, że taki proces odświeżania klasycznych dzieł i arcydzieł następuje. Tyle, że Lew Tołstoj był pisarzem ROSYJSKIM. A wszystko, co z Rosji pochodzi, w Polsce jest ideologiczne obrzydzane już to przez kolejne rządy prawicy postsolidarnościowej (PiS i PO są jednakowo rusofobiczne, warto zauważyć), już to przez media – zwłaszcza te o pro-amerykańskiej orientacji, już to przez Kościół katolicki, już to przez in...

Prawicowcy i literaci

W Warszawie, w dwóch połączonych kamienicach, mieści się instytucja z bogatą tradycją i wspaniałą historią, a także ważna dla naszej kultury, ze szczególnym uwzględnieniem jej działu bazującego na słowie pisanym. Chodzi oczywiście o Dom Literatury, jak nazywane są owe kamienice. Swoje siedziby mają (a konkretnie dzierżawią, o czym więcej za chwilę) tam liczne, ogromnie istotne organizacje literackie, takie jak: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich (Zarząd Główny i Oddział Warszawa), Związek Literatów Polskich (Zarząd Główny i Oddział Warszawski), Polski PEN Club, Fundacja Promocji Polskiej Literatury Współczesnej, Ogólnopolski Klub Poetów, Stowarzyszenie Kultury Europejskiej SEC, Polska Sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków, oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza – Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską oraz inne instytucje. Do tego dochodzi sala konferencyjna mieszcząca do stu osiemdziesięciu osób – jedyna w stolicy urządzona w stylu art deco, Biblioteka D...

Kolor syrenki

Nie, nie kultowego samochodu ze świetlanych czasów PRL-u. Chodzi o przynależność rasową filmowej postaci. Ale po kolei. Niedawno wytwórnia Disneya opublikowała zwiastun filmu Mała Syrenka (reż. Rob Marshall ), który na ekrany wejdzie w przyszłym roku. Jest to aktorska wersja animowanej produkcji z 1989 r. (reż. John Musker, Ron Clements), będącej z kolei bardzo luźną – a jeśli chodzi o optymizm, zgoła nic wspólnego niemającą z oryginałem – baśni Hansa Christiana Andersena. I się zaczęło. Oto trailer ów wywołał potężną awanturę z rasizmem w tle. W roli tytułowej obsadzono bowiem czarnoskórą aktorkę Halle Bailey. Tymczasem w filmie animowanym Ariel – bo takie syrenka nosiła imię – była BIAŁĄ ślicznotką o gęstych rudych włosach, noszącą staniczek z muszelek (zielony rybi ogon stanowił raczej nieistotny detal). Toteż liczni fani tamtej produkcji zapałali oburzeniem, pojawiły się też zmodyfikowane zwiastuny, w których Ariel została komputerowo przelakierowana na barwy z animacji. Z kol...

Elita

Przy okazji awantury wywołanej wielce niefortunną wypowiedzią Olgi Tokarczuk (odniosłem się do niej w zeszłym tygodniu) rozgorzała w Polsce dyskusja o klasizmie i elitaryzmie. Przypomnę, że ten pierwszy jest dyskryminowaniem i gardzeniem osobami ze względu na przynależność do mniej zamożnych i/lub trudniących się ciężką pracą klas społecznych, a ten drugi – dyskryminacją i pogardzą wobec ludzi nieprzynależących do elit. No właśnie, co to są elity? Kogo do nich zaliczyć? Moim zdaniem, kwestia jest wewnętrznie dość rozbudowana i w znacznej mierze subiektywna. Zależy bowiem od tego, o JAKICH elitach mówimy, samo to pojęcie dotyczyć może osób wyróżnianych na podstawie rozmaitych czynników. Dla mnie elitami zawsze byli ludzie, którzy czymś się odznaczali: albo wybitnymi osiągnięciami, albo wyższymi niż reszta kwalifikacjami, albo jakimiś cechami, które wyróżniają ich spośród ogółu. I tak, elitą kultury i sztuki są wybitni twórcy (owszem, Olgę Tokarczuk też za takową uznaję, mimo iż j...

Noblistka i klasizm

Internet i media huczą na temat pewnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk. Niechże więc i ja przedstawię swoje zdanie w tej kwestii, zwłaszcza, że wczoraj i przedwczoraj poruszyłem ciekawsze dla mnie tematy. Otóż, na Festiwalu Gór y Literatury nasza rodzima laureatka Literackiej Nagrody Nobla oznajmiła: Powiedzmy sobie szczerze – literatura nie jest dla idiotów. Ja nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów, żeby czytać książki, trzeba mieć jakieś kompetencje, wrażliwość pewną, rozeznanie w kulturze. Książki, które piszemy, są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą (…). Nie wierzę, że przyjdzie czytelnik, który kompletnie nic nie wie i nagle się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje tam katharsis. Więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość. Uważam, że moi czytelnicy są gdzieś do mnie podobni. Piszę do swoich ...

Historyjka o mędrcach

Jutro 6 stycznia, a zatem katolickie (acz obchodzone również przez wiele innych Kościołów chrześcijańskich) święto Objawienia Pańskiego (Epifania), popularnie, lecz mylnie nazywane świętem Trzech Króli. Dlaczego mylnie, już wyjaśniam. Po pierwsze, nie chodzi o żadnych monarchów, lecz mędrców ze Wschodu, czyli babilońskich kapłanów. Po drugie, nie wiadomo, ilu ich było, ponieważ Ewangelia wg (św. w katolicyzmie) Mateusza, w której się oni pojawiają, nie podaje ich liczby (w tradycji prawosławnej ponoć jest ich dwunastu), a już tym bardziej nie wspomina o ich imionach; Kacper, Melchior i Baltazar to miana li tylko tradycyjne, czyli bajkowe. Po trzecie, święto odwołuje się najprawdopodobniej do fikcji literackiej. Generalnie, opowiastka ta jest jedną z popularniejszych mitów biblijnych. Głosi, jak wiemy, iż narodzeniu Jezusa w Betlejem towarzyszyło bliżej niezidentyfikowane zjawisko świetlne na nieboskłonie, określane w Ewangelii Mateusza jako „Gwiazda” i najczęściej przedstawiane w f...

Lektury na Wigilię Wszystkich Świętych

Już pojutrze, w najbliższą niedzielę, wypada 31 października, czyli Wigilia Wszystkich Świętych. Innymi słowy, Halloween lub po naszemu Dziady. Z tymże dniem zbiega się w tym roku zmiana czasu na (nielubiany przeze mnie, swoją drogą) zimowy, nadto dni, jak to jesienią, są coraz krótsze. Mówiąc krótko, dobra nastała pora na czytanie horrorów. Poniżej przedstawiam Wam swoje ulubione pozycje spośród jakże bogatej literatury grozy: 1) Twórczość Howarda Phillipsa Lovecrafta (1890-1937) – absolutna klasyka. Opowiadania „samotnika z Providence” za życia autora nie uzyskały znaczącej popularności, po jego śmierci wszelako z biegiem lat zyskiwały coraz liczniejszych fanów, a dziś stanowią – zwłaszcza te wchodzące w skład Mitologii Cthulhu – jeden z głównych elementów współczesnej kultury. Większość z nich zalicza się do horrorów, ale część równie dobrze zakwalifikowana może zostać jako science-fiction i fantasy . Styl Lovecrafta, wzorowany na literaturze romantycznej z końca XVIII wieku, jest...

Dobre złe lektury

Rok szkolny się zaczyna, w polityce dominują same ponure tematy (a to uchodźcy i stan wyjątkowy, a to konflikt na Lewicy między panami Rozenkiem i Czarzastym, a to pan Grodzki deklaruje chęć likwidacji szpitali, a to Balcerowicz opowiada młodzieży, iż nierówności społeczne „nie są problemem”, katastrofa natomiast klimatyczna to fikcja…), toteż może lepiej znów poświęcić notkę czemuś przyjemnemu. Pociągnijmy zatem wczorajszy wątek lektur szkolnych. W ostatnim swoim tekście wymieniłem sześć powieści, jakie z obowiązku musiałem przeczytać, a które uważałem za szkolne koszmarki, bo nie przypadły mi do gustu, z różnych przyczyn zresztą. Dziś napiszę o książkach, jakie mnie osobiście bardzo się podobały, ale nie uważam, by nadawały się na lektury szkolne, zwłaszcza obowiązkowe: 1) Henryk Sienkiewicz Quo vadis? – wbrew pozorom, Henio nie otrzymał Nagrody Nobla za to konkretne dzieło, lecz za całokształt twórczości. I nie jest to jego najwybitniejsze osiągnięcie. Generalnie, scena z turem ...