Alfons i dzienniczek elektroniczny

Weta lokatora Pałacu Prezydenckiego, niejakiego Nawrockiego Karola zwanego Alfonsem i Batyrem, są w większości szkodliwe. Kosztowały już polski budżet (czyli nas wszystkich!) ponad osiem miliardów złotych, nie dopuściły do wejścia w życie pożytecznych rozwiązań, utrzymały liczne patologie. Przykładem jest to, któremu poświęcona zostanie dzisiejsza notka.

Oto zaczął się nowy rok szkolny. Wraz z jego początkiem w aplikacji mObywatel miał być dostępny państwowy eDziennik, czyli nic innego, jak elektroniczny dzienniczek szkolny. Dzięki niemu rodzice pozyskiwaliby wiedzę o ocenach swoich pociech, ich obecności (lub nieobecności) na lekcjach, zachowaniu, informacjach klasowych i tym podobnych sprawach. Podobne rozwiązania już funkcjonują, tyle że w postaci aplikacji przygotowanych przez prywatne koncerny informatyczne, oczywiście dla zysku.

Ale eDziennika nie będzie, bo Alfons zawetował ustawę. Jakoby w obawie o bezpieczeństwo danych osobowych i w odpowiedzi na apel środowiska nauczycielskiego. Zobaczmy zatem, co oznacza jego weto.

Państwowy eDziennik kosztowałby mniej niż dwadzieścia milionów złotych rocznie. Dane dzieci i ich rodziców byłyby zabezpieczone przez państwo (jak by to działało, to już inna sprawa). Aplikacja rozwijana byłaby we współpracy ze szkołami, osobami uczniowskimi oraz rodzicami. Byłaby też osadzona w istniejącym już – i działającym, moim skromnym zdaniem, całkiem fajnie – ekosystemie mObywatela. Czyli dostęp byłby łatwiejszy, bezpłatny i ogólnie lepszy niż w przypadku aplikacji prywatnych. Nie byłoby też reklam.

Po wecie Alfonsa zostanie po staremu. Prywatne elektroniczne dzienniki szkolne kosztują polskiego podatnika od czterdziestu do osiemdziesięciu milionów złotych rocznie, czyli od dwóch do czterech razy więcej, niż kosztowałby eDziennik; no, ale kapitaliści muszą wszak doić kasę. Dane dzieci są w rękach… no właśnie, prywatnych; administrują nimi firmy zagraniczne, co rodzi ryzyko licznych nadużyć. Na dobrą sprawę, dane te są poza kontrolą, nie wiadomo, co się z nimi dzieje, komu są sprzedawane, kto jaki robi z nich użytek. Aplikacje te, w odróżnieniu od eDziennika, są przy tym zamkniętymi rozwiązaniami, bez połączenia z innymi funkcjami. To znaczy, opcje dodatkowe, owszem, są dostępne, ale za dodatkową opłatą, którą uiścić muszą rodzice. Niespodzianki w tym nie ma, tak funkcjonują koncerny informatyczne; podstawowe wersje aplikacji dostępne są za darmo, ale tak naprawdę guano one oferują i aby móc z nich swobodnie korzystać, trzeba bulić. No i w prywatnych dziennikach elektronicznych są uciążliwe reklamy.

Krótko mówiąc, Alfons wywalił na śmietnik rozwiązanie lepsze na rzecz pozostawienia gorszego.

Dlaczego tak postąpił? Rzecz jasna, w interesie wielkiego kapitału zagranicznego, którego jako politykier prawicowy, w dodatku wstrętny solidaruch, jest pachołkiem. W tym wypadku chodzi o koncerny informatyczne. Gdyby państwowy – co istotne, darmowy – eDziennik zaczął działać, szkoły i rodzice najprawdopodobniej odeszliby od korzystania z de facto płatnych aplikacji przygotowanych przez prywatne koncerny, kapitaliści straciliby więc dostęp do kurka z pieniędzmi. Alfons, jako ich reprezentant, nie mógł do tego dopuścić.

A że stracą (bo kto nie zyskuje, ten traci) na tym osoby uczniowskie, rodzice i szkoły? Ależ to dla lokatora Pałacu Prezydenckiego nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko interes wielkiego kapitału, niekoniecznie zresztą polskiego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odbieranie dobrego

Kapitalistyczni esesmani

Dwaj idioci i Unia Europejska