Posty

Wyświetlam posty z etykietą czas pracy

Bat niestabilności

Niestabilne zatrudnienie jest plagą polskiego (i, jak sądzę, nie tylko) rynku pracy oraz jedną z licznych patologii nieludzkiego systemu kapitalistycznego. Tak, chodzi o umowy śmieciowe czy wypychanie pracowników na fikcyjne samozatrudnienie, ale też o zawierania umów o pracę na czas określony i nieprzedłużanie ich po jego upływie, lecz zawieranie kolejnej takiej umowy i jeszcze następnej… Wszystkie te patologie są rzecz jasna niekorzystne dla pracowników, szczególnie młodych. Ludzie pracują i żyją w ciągłym stresie, nie znając dnia ani godziny, kiedy ni z tego, ni z owego stracą zatrudnienie, a wraz z nim środki utrzymania. A znaleźć nowe wcale nie jest tak łatwo. Co złe dla proletariatu, jest oczywiście korzystne dla kapitalisty. Ułatwia bowiem wyzyskiwanie pracownika. Ten, pod groźbą nagłej utraty pracy, zgodzi się zasuwać na gorszych warunkach: za niższe pieniądze, bez prawa do urlopu, w nieregulowanych godzinach (i z bezpłatnymi nadgodzinami, ma się rozumieć), będzie na każ...

Zaharowani medycy

Czy lekarz może być radnym? Ano, może. I tak, pewien radny dzielnicy Ursus (w Warszawie oczywiście) jednocześnie jest zarazem lekarzem Warszawskiego Szpitala Południowego, gdzie pełnił funkcję koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego (SOR). Jest w trakcie specjalizacji z anestezjologii i intensywnej terapii. Należał do KO, ale wystąpił z niej; dymisja została przyjęta. A zrobił to, ponieważ rozszedł się wokół niego smrodek. Otóż, okazało się, że rzeczony lekarz-radny w roku 2025 z działalności medycznej uzyskał dochód w wysokości 1,6 mln zł. Czy to źle, nie rozstrzygam; osobiście uważam, że lekarze powinni sporo zarabiać, zawód ten wiąże się wszak z ratowaniem ludzi oraz wymaga naprawdę znaczących kompetencji, ale ich zarobki nie powinny stać w rażącej dysproporcji z płacami np. pielęgniarek czy ratowników medycznych. To wszelako nie wszystko, bowiem dziennikarze Kanału Zero wykryli, iż nasz dzisiejszy bohater w samym tylko Szpitalu Południowym w ubiegłym roku przepracować miał...

Krócej i lepiej

Zakończyło się przyjmowanie wniosków o uczestnictwo w pilotażowym programie rządu – a konkretnie Lewicy, bo to ona odpowiada za wszystko, co dobre; Agnieszka Dziemianowicz-Bąk jest szefową Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, które owo działanie podjęło – skrócenia czasu pracy przy zachowaniu wynagrodzeń. Polega on na przetestowaniu w praktyce różnego rodzaju wariantów tego rozwiązania. I dobrze, że wchodzi w życie. Zgłosiło się równe tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt cztery firmy, co nie zmienia faktu, że samo skracanie czasu pracy przy zachowywaniu wynagrodzenia wdrożył już sam z siebie Herbapol, a także urzędy w kilku miastach. W Polsce ustawowy czas pracy wynosi osiem godzin dziennie, czyli czterdzieści godzin tygodniowo… ale w praktyce dotyczy to tylko osób zatrudnionych na etatach. Ludzie pracujący na śmieciówkach lub (jakże często wymuszonej przez kapitalistów) jednoosobowej działalności gospodarczej zasuwać muszą znacznie dłużej, za niejednokrotnie niższe pieniądze. A...

Na śmierć

W jednym z magazynów Amazona ulokowanych w Polsce zmarł pracownik. Przyczyną zgonu prawdopodobnie było nadmierne wyczerpanie. Nie pierwszy to taki przypadek w tej firmie; panujące tam warunki pracy, dotyczące zwłaszcza narzuconego tempa i norm, mają opinię bardzo szkodliwych dla zdrowia, zwłaszcza fizycznego, ale psychicznego też. Pod poszczególnymi oddziałami karetka bywa dość często, pracownicy bowiem nie wytrzymują zdrowotnie. Oczywiście, nie tylko działających w Polsce magazynów Amazona patologia owa dotyka. W Wielkiej Brytanii (a podejrzewam, iż jest to na świecie reguła, nie wyjątek) są ponoć firmy logistyczne, w magazynach których nie da się wyrobić normy bez zażywania amfetaminy czy jej podobnych środków; są i takie, co robią testy na narkotyki, ale tam normy są nieco niższe. Kiedy kupujecie ubranie jednego z uznanych koncernów odzieżowych, z dużą dozą pewności stwierdzić możecie, że uszyte ono zostało w Bangladeszu, ewentualnie innym państwie w Azji Południowo-Wschodniej,...

Krócej, zdrowiej, wydajniej

Rusza rządowy pilotażowy program skrócenia czasu pracy do trzydziestu pięciu godzin tygodniowo (czyli z wolnym piątkiem, ujmując rzecz ogólnie), oczywiście bez zmniejszania wynagrodzenia. Zapisywać się mogą do niego firmy i instytucje, które chcą przetestować takie rozwiązanie. Z hasłem tym do wyborów szła Lewica – jeszcze na jednej liście z Razem, które niestety oddzieliło się od lewicowego klubu w parlamencie – i, jak widać, udało jej się przepchnąć ten punkt swojego programu w koalicji rządowej. Mimo iż, jak przypuszczam, napotkała spory opór, i to pomimo faktu, że o skróceniu czasu pracy swego czasu wspominał też (przy czym nie wiem, na ile szczerze, acz przypuszczam, iż raczej kłamliwie) nie kto inny, pan Donald Tusk. Tak naprawdę, nie jest to jakaś szczególna nowość. Są w Polsce przedsiębiorstwa i instytucje, jakie czas pracy skróciły same z siebie i są z tego zadowolone. Na świecie rozwiązanie to wdrożono – w ramach eksperymentu (jak na ten moment u nas) albo systemowo – w...

Czas poza pracą

Wielu kapitalistów (sam się z tym spotkałem), jak również propagatorów nieludzkiego systemu kapitalistycznego, dziwi się, że zdecydowana większość społeczeństwa chce po prostu odpracować swoje, wykonać obowiązki zawodowe i iść do domu. Innymi słowy, zdziwienie u wyżej wymienionych wywołuje fakt, iż ludzie nie traktują pracy jako głównego, a wręcz jedynego (poza ewentualnie snem) elementu życia, lecz chcą mieć czas wolny i tak naprawdę żyją poza miejscem wykonywania swego zawodu. Ich zdaniem, życie powinno być dla pracy, a nie odwrotnie. Tymczasem zdecydowana większość z nas pracuje właśnie po to, aby mieć czas dla siebie. Zatrudnienie – nawet lubiane i pozwalające się w różny sposób rozwijać – służy po prostu zdobywaniu środków niezbędnych do utrzymania (czego kapitaliści też nie chcą zrozumieć). Nie ma w tym niż zaskakującego; przeciwnie, to w stu procentach normalne. Siedzi więc proletariusz w robocie przez te osiem godzin (a najlepiej mniej, bo skrócenie ustawowego czasu pracy to...

Dzień przed Godami

Lewica chce, aby 24 grudnia, czyli Wigilia, dzień przed Godami, Jule, Solstycjami i świętem błędnie określanym jako Boże Narodzenie (Jezus Chrystus był wszak człowiekiem, a urodził się prawdopodobnie wiosną), była dniem ustawowo wolnym od pracy. Składa nawet projekt regulującej to ustawy. Argument jest taki, że w dzień ów tak czy owak większość społeczeństwa polskiego (i to w zasadzie niezależnie od wyznania) świętuje, a przecież wszyscy mają prawo spędzić więcej czasu w gronie rodzinnym czy też bliskich osób, co częstokroć okazuje się niemożliwe aż do wieczora, niejednokrotnie późnego. Generalnie, trudno się z tym nie zgodzić. Co do mnie, mam wolny zawód (stanowiący, z punktu widzenia walki, jaką toczę z depresją, błogosławieństwo), toteż na rzecz całą patrzę trochę luźniej; najczęściej mogę tak sobie rozłożyć robotę, aby Wigilię Godów mieć wolną. Rozumiem jednak, że wielu ludzi też by tak chciało, a nie mogą, toteż propozycję Lewicy uważam za uzasadnioną. Zastanowić się oczywiści...

Głupota czy system?

Jednym z postulatów Lewicy (wprowadzonym już w urzędzie we Włocławku, a także np. w Herbapolu) jest skrócenie tygodnia pracy do trzydziestu pięciu godzin. Pomysł to słuszny, o czym parę ładnych razy pisałem. Lansując go, Włodzimierz Czarzasty opowiada w filmiku opublikowanym w mediach społecznościowych swojego ugrupowania, jak to, będąc młodym, harował do utraty sił, byle tylko zarobić więcej i więcej. Pewnie mu się to udało, do ludzi ubogich wszak się nie zalicza, niemniej kosztem relacji rodzinnych; jak sam twierdzi, nie pamięta twarzy swoich dzieci z tamtego okresu. Konkluduje: „Byłem głupi. Praca to nie wszystko”. Cóż, głupoty temu politykowi nie zarzucam. Jeśli zaś w młodych swych latach skupił się na karierze zawodowej i jej poświęcał cały niemal swój czas, nie z głupoty to wynikało. Tego bowiem od ludzi oczekiwał – i nadal oczekuje – system kapitalistyczny. Wszak jego propaganda wmawia nam, iż musimy tylko zapierniczać, najlepiej dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez sie...

Społeczeństwo wypalonych

Zaliczamy się do najdłużej pracujących (w REALNYM wymiarze godzinowym, często-gęsto znacząco przekraczającym ustawowy czas pracy) społeczeństw Unii Europejskiej oraz świata, co na zarobki oczywiście się nie przekłada, a na pewno nie pozytywnie. Jak łatwo się domyślić, skutkuje to tym, iż wielu z nas jest przepracowanych, przemęczonych i nadmiernie zestresowanych, zwłaszcza, że harówa czy to w wielkich korporacjach, czy to januszexach z dobrą atmosferą, satysfakcją czy ogólną przyjemnością z wykonywania obowiązków z reguły niewiele ma wspólnego. Nic więc dziwnego, że nawet dwie trzecie polskich pracowników ma objawy wypalenia zawodowego (diagnozuje się je zresztą również u… dzieci i młodzieży, które przecież są nadmiernie obciążone liczbą lekcji, zadaniami domowymi, zajęciami dodatkowymi, itd.). Jest to po prostu stan psychicznego oraz fizycznego wyczerpania, jakie wynika z przeciążenia obowiązkami, zadaniami czy problemami występującymi w miejscu pracy lub powiązanymi z zatrudnieni...

Czas niestracony

Wedle kapitalistycznej propagandy, każda minuta niepoświęcona zasuwaniu na dobrobyt kapitalistów – rzekomo po to, by się samemu „dorobić” (czego, chorób zawodowych?), „odnieść sukces”, itd. – jest „stracona”. Oczywiście reguła ta nie dotyczy samych właścicieli środków produkcji, ci bowiem mogą robić, co im się żywnie podoba, chociażby kopulować z dziećmi na luksusowych łajbach, kandydować na prezydenta USA i wynajmować snajpera do zadraśnięcia ucha… Rzecz jasna, czas poświęcony na pracę zawodową stracony najczęściej nie jest – pod warunkiem wszelako, że przynosi ona dochód pozwalający się utrzymać (po to się przecież ją podejmuje), daje satysfakcję, jest lubiana (wówczas może okazać się prawdziwym błogosławieństwem, na przykład przy wychodzeniu z depresji), odpowiada kompetencjom i talentom oraz nie wiąże się z NADMIERNYM wysiłkiem. Taka praca jest koniecznym i ważnym elementem ludzkiego życia. Z drugiej strony, jeśli jest nazbyt wyczerpująca, stresująca, pochłania zbyt wiele czasu,...

Nadmiar czasu wolnego

Wakacje u bram, a wraz z nimi sezon urlopowy. I dobrze, niech ludzie sobie odpoczną, zarówno dzieci, jak i dorośli. Od lat poważne osoby – naukowcy, analitycy, dobrzy politycy, itd. – rekomendują skrócenie czasu pracy, a coraz liczniejsze kraje rozwiązanie takie wprowadzają; w Polsce zrobił to Herbapol, zaś rząd zapowiada odpowiednie ustawy (biorąc pod uwagę, kto stoi na jego czele, na zapowiedziach pewnie się skończy…). Oczywiście, jakiekolwiek wspomnienia o jakimkolwiek czasie wolnym od pracy wywołują wysyp negatywnych komentarzy zwolenników skrajnego wyzysku i eksploatacji pracowników, potocznie zwanych libkami. Przytaczają oni rozliczne – każdorazowo niemerytoryczne, a nader często po prostu głupie – pseudo-argumenty, jakoby każda minuta, której człowiek nie przeznacza na wykonywanie obowiązków zawodowych, ewentualnie zaspokajanie potrzeb czysto biologicznych, koniecznych do utrzymania organizmu przy życiu (przy czym sen ma być możliwie najkrótszy), była „stracona”. Innymi słowy...

Wstyd odpoczynku

Rozkręca się debata o skróceniu czasu pracy, w związku z czym kapitaliści straszą jakoby straszliwymi tego konsekwencjami. Pisałem o tym wczoraj, a dziś spróbujemy spojrzeć na temat ów z innej nieco perspektywy. Otóż, wedle kapitalistycznej propagandy, człowiek ma być produktywny. Zatem, ni mniej, ni więcej musi zasuwać na bogactwo kapitalistów (przedstawicieli klasy pasożytniczo-wyzyskującej, czyli w systemie owym nieludzkim posiadającej oraz panującej), aż padnie z sił. Cały swój czas i wysiłek poświęcać ma pracy, dochody z której przejmie oczywiście właściciel środków produkcji (kapitalista), rzucając pracownikowi marny ochłap w postaci wynagrodzenia, nie zawsze starczającego na utrzymanie siebie tudzież bliskich. Innymi słowy, powinien być biologicznym narzędziem… i niczym więcej. Propaganda produktywności służy osiągnięciu tego celu. Toteż wmawia się nam – różnymi kanałami: poprzez szkołę, media, bzdurne książeczki motywacyjne, itd. – że czas, jakiego nie poświęcamy harówie (...

Więcej wolnego

Specjaliści od polityki społecznej i zatrudnienia od lat podkreślają, że konieczne, a przynajmniej nader pozytywne będzie skrócenie czasu pracy. Wygląda na to, że coraz częściej zostają oni wysłuchani, przynajmniej w Europie. Oto Hiszpania ma w tym roku skrócić tydzień pracy z czterdziestu do trzydziestu ośmiu i pół godziny. W Niemczech na własną rękę kilkadziesiąt firm przechodzi lub szykuje się do przejścia z systemu czterdziestogodzinnego na trzydziestopięciogodzinny. W Polsce decyzję taką podjął jak na razie Herbapol, ale obietnice w tym zakresie składał w kampanii wyborczej zarówno Donald Tusk (tyle, że jest on pod tym względem niewiarygodny), jak i Lewica (znacznie bardziej wiarygodna). Cóż, rozwiązanie to w (k)raju nad Wisłą jest nader potrzebne, gdyż zaliczamy się, obok Rosjan, Koreańczyków Południowych, Meksykanów i Greków, do najbardziej przepracowanych społeczeństw świata, większość z nas nadal zarabia zbyt mało; trzeba jeszcze na poważnie zabrać się za walkę z umowami ś...

Dojazd do roboty

Niedawno młoda Amerykanka z płaczem opowiedziała w internecie o swoich pierwszych doświadczeniach w pracy. Dzienny czas tejże to niby standardowe osiem godzin – acz coraz więcej badań wskazuje, że i tej długości zmiany powinno się skrócić, celem poprawy efektywności wykonywanych zadań oraz zdrowia pracowników – ale dziewczyna musi jeszcze do roboty dojechać i z niej wrócić. A to zajmuje jej tyle czasu, że praktycznie nie ma wolnych chwil na życie pozazawodowe (przyjaciele, rodzina, rozwój zainteresować, itd.), i to właśnie wywołuje u niej rozpacz. Oczywiście niemal natychmiast zaczęto ją wyszydzać – celowali w tym albo ci, co nie znają życia, bo pasą się na pracy innych, albo wypierają własne traumy z początków kariery zawodowej, nie wspominając oczywiście o zwolennikach kapitalistycznego niewolnictwa, którzy nie dostrzegają, że sami są niewolnikami. Pisali, że „księżniczka”, „leniwa”, „rozpieszczona”, radzili: „Niech zmieni pracę i weźmie kredyt” (skojarzenia z pewnym Bronisławem o...

Być pracownikiem

Facebook obiegł post młodej pracowniczki, na którą narzekała szefowa. Dziewczyna bowiem po przepracowaniu swojej zmiany szła do domu. Na co właściciela firmy narzekała, oczekując od zatrudnionej, żeby siedziała w robocie nie wiadomo, jak długo, bo „trzeba się poświęcać”. Jakiś czas wcześniej do grona narzekających na „roszczeniowych” młodych pracowników dołączyła Martyna Wojciechowska, znana dziennikarka i podróżniczka. Zdziwiło ją, iż osoby przedstawicielskie Pokolenia Z chcą za swoją pracę otrzymywać pieniądze (o, to straszne, wprost nie do pojęcia – pracować na własne utrzymanie!) i zaapelowała do nich, by pracowały „dla idei”. I tak dalej… Owszem, wracamy dziś do tematu „roszczeniowego” pokolenia osób wchodzących na rynek pracy, które oczekują, że dostarczy im ona zarobków. I owo oczekiwanie budzi powszechne zdziwienie wśród ludzi, co forsy mają jak lodu. Bo młodzi najwyraźniej nie potrzebują żywności, środków higieny, leków, odzieży, dachu nad głową, transportu do miejsca pra...

Unia Europejska i praca

Czy w kapitalistycznej Polsce dzieje się coś dobrego w zakresie relacji praca-kapitał tudzież w sferze praw pracowniczych? Wbrew pozorom, owszem. W ostatnią środę, 8 lutego, Sejm uchwalił dość daleko (jak na nasze warunki, rzecz jasna) idącą nowelizację Kodeksu Pracy. Wprowadzone zmiany, co ciekawe, są korzystne dla pracowników. Głosowało czterystu trzydziestu dziewięciu posłów i posłanek, z czego przeciw było sześć osób i tyle samo się wstrzymało. Czyżby nagłe nawrócenie prawicy – która przecież dominuje w izbie niższej naszego, pożal się Cromie, parlamentu – na lewicowość? Skądże. Po prostu Sejm musiał znowelizować Kodeks Pracy, gdyż ciążył na nim obowiązek wdrożenia do nadwiślańskiego prawa dwóch unijnych dyrektyw: w sprawie przewidywalnych i przejrzystych warunków pracy w Unii Europejskiej oraz tzw. „rodzicielskiej”. Nasi nie-kochani nie-rządzący nie spieszyli się z tym reformowaniem, obowiązek wdrożenia owych dyrektyw minął bowiem… w sierpniu ubiegłego roku; niezbicie świadczy t...

Ludzie roszczeniowi

Niedawno pani Omenaa Mensah – znana dziennikarka, filantropka (tu polecam sprawdzić, co na ten temat mówił Julian Tuwim), przedsiębiorczyni (aczkolwiek nie zdziwiłbym się, gdyby określenie „kapitalistka” było o wiele bardziej trafne), celebrytka i żona jednego z najbogatszych polskich kapitalistów – żaliła się, że kiedy dwudziestolatkowie poszukują zatrudnienia w firmie jej męża, stawiają wymagania. A to chcą z góry zaplanować sobie dni wolne, a to domagają się samochodu służbowego. Pani Mensah jest taką postawą młodych ludzi, wchodzących na rynek pracy, rozdrażniona. Cóż, kiedyś musiałem w robocie korzystać z własnego samochodu – był on konieczny do wykonywania obowiązków zawodowych – i mowy nie było ani o aucie służbowym, ani nawet o zwrocie pieniędzy za paliwo. Efekt był taki, że wydawałem na tę pracę o wiele więcej, niż zarabiałem (licząc same koszta benzyny, bez porównania wówczas tańszej niż obecnie, bo amortyzacji auta łaskawie nie uwzględniam). Toteż nie dziwię się, że ktoś, ...

Metoda zniewolenia

Jak można zniewolić ludzi, zarówno poszczególne jednostki, jak też grupy, a nawet ogół społeczeństwa? Bardzo prosto: wystarczy nie wypłacić im, całościowo bądź częściowo, pieniędzy, które zarobili swoją ciężką pracą. Powszechnie stosują ją kapitaliści (stąd właśnie pochodzi ich zysk), promują neoliberalni/neokonserwatywni ekonomiści, a na jej straży stoją prawicowi politycy. I wszyscy oni głoszą, że to żadne zniewolenie, lecz wolność. Tymczasem, jeśli dany obywatel pracuje przez osiem godzin dziennie, a realnie płacone na tylko za dwie (na tym polega wyzysk, stanowiący źródło fortun kapitalistów, przez co są oni klasą pasożytniczą), przez sześć godzin tyra za darmo, a więc NIEWOLNICZO. Są też osoby, które cały swój dzień pracy oferują wyzyskiwaczom za friko, np. bezpłatni stażyści. A w licznych państwach kapitalistycznych właściciele środków produkcji oszukują zatrudnione osoby i nie płacą im, zmuszając do niewolniczej harówy; przykładem jest Katar. Kilka lat temu słyszałem z wiarygo...

Żale pani tasiemiec

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Godnej Pracy. Czyli tego, czego kapitaliści – w każdym razie, co głupsi – nie rozumieją, a jeżeli nawet rozumieją, to nie akceptują. Ot, taki przykład: Niejaka Grażyna Kulczyk, kapitalistka, miliarderka, wdowa po swego czasu najzamożniejszym polskim przedstawicielu klasy pasożytniczo-wyzyskującej (a zarazem zdrajcy i złodzieju okradającym nas wszystkich, gdyż wyprowadzał gigantyczne sumy na konta w rajach podatkowych), wylała niedawno swoje żale na młode pokolenie Polek i Polaków. Jej zdaniem, przedstawicielkom i przedstawicielom owej generacji nie chce się pracować po dwadzieścia godzin na dobę – pani Kulczyk twierdzi, że sama poświęcała pracy tyle czasu w młodości swojej – tylko patrzą na zegarki, czekając końca zmiany, po czym, zamiast zostać po godzinach, idą do domu, „chociaż nie mają dzieci” (aha, czyli progenitura i konieczność nakarmienia jej od czasu do czasu to jedyny powód do zrobienia sobie przerwy w harówie, tak?!). Kapitalistka uważa, iż dz...