Posty

Wyświetlam posty z etykietą pieniądze

Bioroboty – ciąg dalszy

Wczoraj pisałem o tym, że kapitalizm, jako system totalitarny, tak manipuluje ludźmi (a konkretnie proletariatem), by społeczeństwo przekształciło się w zbiorowisko, wrogo wobec siebie nastawionych, biorobotów, czyli organizmów z umysłami zaprogramowanymi w kierunku harowania na bogactwo kapitalistów i kwestionowania własnej wolności. Jednakowoż biorobot ma za zadanie nie tylko zasuwać i poświęcać całe swoje życie na rzecz kapitalistycznego wyzyskiwacza. Systemowe programowanie zapisało mu w umyśle jeszcze jedną funkcję: konsumowanie, najlepiej bezwolne i bezmyślne. Otóż, jeżeli biorobot cokolwiek zarobi (ma wszak pracować za możliwie najniższe pieniądze, a nawet za darmo, choćby na bezpłatnym stażu), i jeśli jakiekolwiek kwoty zostaną mu po uiszczeniu poszczególnych opłat tudzież rachunków, musi kupować, kupować i jeszcze raz kupować. Nie tylko artykuły niezbędne do życia: żywność, napoje, odzież, leki (w razie choroby), itd. Zaspokajać winien nade wszystko potrzeby sztucznie wyk...

Koszta upadku

Upada sieć restauracji North Fish ( North Food Polska ). Niby nic zaskakującego; firmy powstają, przez pewien okres (dłuższy l ub krótszy) prosperują, po czym ich czas się kończy. Tym razem jednak sprawa wygląda dość paskudnie. Za upadającą siecią bowiem stoi nie zwyczajny biznesmen, którego pomysł nie wypalił, lecz Michał S., będący oficjalnie najbogatszym człowiekiem w Polsce. Czyli miliarder, oligarcha. Kapitalista pełną gębą, uważany za geniusza biznesu. Kres North Fish dobrze pokazał, skąd brał się jego majątek. Sieć otóż jest mocno zadłużona, aż na blisko 20 milionów złotych. Sąd odrzucił jej wniosek o upadłość, ponieważ firmowy majątek okazał się do tego stopnia ogołocony, że nawet kosztów procesu by nie pokrył. Oczywiście oligarcha za to nie odpowiada, formalnie bowiem w maju tego roku zmieniono właściciela sieci na… obywatela Turcji. Cóż, myk typowy dla kapitalizmu, nie tylko, jak sądzę, polskiego. Ruszyła więc likwidacja, koszta której spadły, jak łatwo się domyślić, n...

Więcej na naukę

Więcej pieniędzy oczywiście. Ale po kolei. Przedwczoraj w Warszawie odbyły się demonstracje, osoby uczestniczące w których domagały się przeznaczania większych środków na polską naukę. Konkretnie 3 proc. PKB. Czy tyle by wystarczyło, przyznam szczerze, nie wiem; podejrzewam, iż jest to absolutne minimum. Tak czy owak, sektor ten zalicza się do tych, które w (k)raju nad Wisłą są drastycznie niedofinansowane. Na czym cierpią nie tylko zarobki naukowców i pracowników uczelni, ale też przeprowadzane jest mniej badań, niż mogłoby, rozwój technologiczny Polski również postępuje w tempie spowolnionym (a takie na przykład satelity dobitnie świadczą, na co nas stać – tylko więcej pieniędzy potrzeba). Co najwyżej składamy cudze technologie, zamiast kreować własne. A polscy naukowcy robią kariery na zagranicznych uczelniach (drenaż mózgów). Nie oszukujmy się, sektor naukowy znajdował się i nadal znajduje poza zainteresowaniem solidaruchów, jacy dopchali się do władzy w 1989 roku, oszukawszy sp...

Zbędna klasa

Bez niech podobno nie byłoby niczego. A tymczasem kapitaliści (nie mylić z przedsiębiorcami) jako klasa społeczna istnieją głównie, a wręcz tylko dlatego, że mają za sobą medialną propagandę oraz państwo, jego aparat represji i nadzoru, usłużnych rządzących tudzież pieniądze; tak, wiele gigantycznych biznesów, w tym największe światowe koncerny i korporacje, funkcjonuje dzięki transferom środków publicznych do prywatnych kieszeni. Oczywiście propaganda głosi, że kapitaliści są „kowalami własnego losu” (swoją drogą, stwierdzenie to jest wewnętrznie sprzeczne, ponieważ zespołu czynników od człowieka niezależnych, jakim jest los, nie da się wykuć ani w ogóle ukształtować), na których opiera się cała gospodarka. Bez ich rzekomej inwencji i pracy nie byłoby nic. Tymczasem to jedna wielka bzdura. Czasy, kiedy kapitaliści – tacy jak Henry Ford, bracia Renault, André Citroën , Tomasz Bata i im podobni – rzeczywiście wymyślali już to nowe, pionierskie technologie, już to metody produkcj...

Grzeszny biznes

W katolicyzmie – i w ogóle chrześcijaństwie – w ślad za judaizmem istnieje pojęcie grzechu, czyli aktu nieposłuszeństwa wobec Boga. Za które to nieposłuszeństwo ma oczywiście grozić boża kara, z reguły przedstawiana jako wieczny pobyt w ognistym piekle (czasami nazywanym Gehenną, podczas gdy prawdziwa Gehenna była po prostu… śmietniskiem pod starożytną Jerozolimą, gdzie palono odpady oraz zwłoki, i z tejże przyczyny Jezus użył tej nazwy jako metafory). W chrześcijaństwie ratunkiem od tegoż wiecznego potępienia ma być ukorzenie się przed Bogiem/Chrystusem. Ale ma ono jak najbardziej materialny wymiar. Otóż, w katolicyzmie (w wyznaniach protestanckich, z tego, co się orientuję, jest trochę inaczej; wszak wyrosły one między innymi ze sprzeciwu wobec tego, o czym tu piszę) grzechy, a konkretnie ich odpuszczenie, to biznes oraz narzędzie władzy. W średniowieczu Kościół katolicki wymyślił coś takiego, jak spowiedź uszna. Znają to wszyscy katolicy i ci, co z katolicyzmem mieli styczność....

WOŚP blaski i cienie

Zbliża się kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Czyli jednej z największych w Polsce, a może i Europie akcji charytatywnych, organizowanej przez Jerzego Owsiaka. Angażują się w nią politycy różnych opcji (w zasadzie wszystkich poza PiS-em i pozostałymi nazistami), samorządy, gwiazdy mediów, sportowcy, ludzie kultury… oraz miliony zwykłych osób obywatelskich. Nie trzeba bowiem wielkich pieniędzy, aby stać się donatorem; do puszki WOŚP wrzucić można nawet kilka groszy i to już się liczy. Podczas tegorocznego, trzydziestego czwartego finału środki zbierane będą na wsparcie diagnostyki i leczenia chorób przewodu pokarmowego u najmłodszych pacjentów. Cel szczytny. Jak co roku, akcja ta wzbudza najczęściej dwie skrajne reakcje. Jedną jest hurraoptymizm i gloryfikowanie WOŚP-u pod niebiosa. Drugą – wylewanie pomyj (niemające nic wspólnego z merytoryczną krytyką) przez skrajną prawicą i Kościół katolicki, a w każdym razie część hierarchów i duchownych. Obie, zwłaszcza druga...

Zamrożenie w szpitalach

Jedna z czołowych rozgłośni radiowych (ta z Krakowa) poinformowała o czymś bardzo ważnym, a zarazem złym i strasznym. Otóż, szpitale ograniczają przyjęcia, coraz trudniej jest się dostać na leczenie. Niektóre zaś zabiegi przesuwane są na przyszły rok. Limity pojawiają się nawet na oddziałach onkologicznych, co dla niejednego pacjenta oznaczać może wyrok śmierci. Zła wola lekarzy czy dyrekcji poszczególnych placówek? Nie, smutna konieczność. Wyczerpane bowiem zostały środki z Narodowego Funduszu Zdrowia, te oczywiście, które pochodzą z naszych składek. Innymi słowy, szpitalom brakuje pieniędzy na leczenie, muszą więc wprowadzać limity. Taka kryzysowa sytuacja to, niestety, żadna nowość; z ciągłym brakiem środków system publicznej opieki zdrowotnej boryka się od blisko trzech dekad, czyli odkąd postsolidarnościowy rząd AWS-UW (dzisiejszego POPiS-u) wprowadził składkowy model finansowania. Jak kilka ładnych razy pisałem, jest on dla większości społeczeństwa drogi – składki są zbyt wys...

Dojenie przez kapłana

Z różnymi typami oszustw mamy do czynienia: na wnuczka, na policjanta, na rozliczenie ogrzewania (specjalizują się w tym administracje mieszkaniowe, naliczając rachunki niewspółmiernie wysokie do zużytego w sezonie grzewczym ciepła), na stłuczkę na rondzie czy innym skrzyżowaniu… Z wyłudzeniami i oszustwami świetnie radzą sobie banki oraz parabanki; rzecz można, że się w tym specjalizują. Oczywiście wszystkie one mają na celu kradzież, czyli wyłudzenie pieniędzy. Ale żadne z nich nie umywa się do bodaj największego oszustwa w dziejach ludzkości, czyli oszustwa na Pana Boga. W sumie, to nie wiadomo, od jak dawna ludzkość wymyślała sobie różne bóstwa, których się lękała, ale które pomagały jej wytłumaczyć zachodzące na świecie zjawiska, sens życia czy tym podobne kwestie. Możliwe, że zaczęło się to już w epoce jaskiniowej, a w starożytności każdy lud miał swoich bogów i boginie. Co ciekawe, tych z religii politeistycznych uznać można za personifikacje już to sił realnie występującyc...

Kwestia systemowa

Dwoje celebrytów – dobra aktorka i marny showman – dojść raczyło do wniosku, że „bieda to stan umysłu”. Stwierdzeniem tym wywołali, w pełni oczywiście zrozumiałą, burzę w internecie, innymi słowy – falę krytyki. Bo i nie ma tu czego chwalić, za to zdecydowanie warto sprawę wyjaśnić. Sama myśl, że „bieda to stan umysłu”, brzmi jak brednie zaczerpnięte z różnorodnych książeczek czy filmików motywacyjnych, będących współczesnym opium ludu, a zarazem nośnikiem kapitalistycznej propagandy. Wiecie, chodzi o porady typu: „Wstawaj rano, kładź się późno spać, a się wzbogacisz”. Za stwierdzeniem o biedzie jako stanie umysłu kryje się jednak pewna doza pogardy – skoro jesteś biedny(a), to z własnej swojej winy. To też często głoszą nam kapitalistyczni propagatorzy. Wyzwól się z myślenia o biedzie, a przestaniesz być biedny(a); innymi słowy, zasuwaj na dobrobyt kapitalisty, a może rzuci jakieś ochłapy. Ot, mit dorabiana się na własnej pracy. Tymczasem żadna forma ubóstwa nie jest „stanem umysł...

Kapitalista woła o pieniądze

Oczywiście nie należy wrzucać wszystkich do jednego wora, co nie zmienia faktu, że większość kapitalistów to paskudne istoty. A ściślej rzecz ujmując, mentalność mają paskudną. Oto ciągle narzekają, jak im to źle. Na pracowników, że chcą za swoją pracę otrzymywać – o, zgrozo! – wypłatę, mieć choć trochę czasu wolnego czy, w przypadku kobiet, móc pójść na urlop macierzyński. A jeszcze bardziej na państwo, że ściąga podatki; im kapitalista bogatszy i bardziej napasiony, tym głośniej narzeka. Na Unię Europejską, że regulacji za dużo. Kiedy jednak przyjdzie taka czy inna sytuacja kryzysowa, kapitalista woła o PUBLICZNĄ pomoc i drze się, iż mu „się należy”. W okresie gorszej koniunktury taki prywatny właściciel środków produkcji pierwszy wyciąga rękę do państwa (czyt.: rządu) po wsparcie finansowe. Nawet – lub wręcz zwłaszcza – jeśli wcześniej migał się, jak mógł, od płacenia podatków. Jednakże wystarczy pogorszenie, by kapitalista nagle zaczął wyliczać, ile to mu kraj MUSI zapłacić. O...

Efekt pazerności

Polska prokuratura bardzo rzadko zajmuje się PRAWDZIWYMI przestępstwami (znacznie lepiej wychodzi jej zaszczuwanie śmiertelnie chorych obywateli na zlecenie złodziei), niemniej czasami się to zdarza. Ot, aktualnie zabrała się za wydawanie środków z Krajowego Planu Odbudowy (KPO), które miały zostać przeznaczone na odbudowę polskiego spodarki ze zniszczeń spowodowanych pandemią COVID-19. Tymczasem wygląda na to, że wielu kapitalistów przeznaczyło owe pieniądze nie na rozwój firm (czyt.: zwiększenie zatrudnienia, wyższe płace, itp.), lecz na zbytki typu jachty. Czy tak było w istocie, być może wyjaśni śledztwo. W każdym razie, PiS i jego wyznawcy o ową defraudację oskarżają PO (tymczasem plany wydatkowania tychże środków opracowane zostały przed objęciem władzy przez obecną koalicję rządową), z kolei wyznawcy PO przypominają, jak to PiS-owcy kradli. Jedni i drudzy zdają się nie rozumieć lub, co bardziej prawdopodobne, przemilczać, co tak naprawdę stanowi przyczynę całej tej afery. A...

Kukiełki wielkiego kapitału

Aby zobaczyć, kogo reprezentują poszczególni kandydaci, wystarczy spojrzeć na to, kto i jak wysokie datki wpłaca na ich kampanię. Podczas obecnych wyborów prezydenckich widać to naprawdę wyraźnie. Ot, kilka przykładów. O ile tacy Magdalena Biejat i Adrian Zandberg pozyskują środki m.in. od swoich wyborców i sympatyków, którzy wcale nie są jacyś szczególnie zamożni, o tyle z trójką prowadzących w sondażach prawicowców sprawa wygląda zupełnie inaczej. Na kampanię Nawrockiego wielki biznes buli zaiste solidne kwoty. Mentzen sam jest milionerem, ma też wsparcie, pieniężne wliczając, od innych burżujów o skrajnie prawicowych poglądach. Z kolei lista donatorów Rafała Trzaskowskiego przypomina listę najbogatszych Polaków. No cóż, nic zaskakującego. Prawica ZAWSZE stoi po stronie klas uprzywilejowanych; w kapitalizmie są to oczywiście kapitaliści – wbrew pozorom, nie drobni przedsiębiorcy (większością zaliczający się do proletariatu, bo świadczą pracę najemną, tyle że są na samozatrudnien...

Wyrwać kleszcza

Lewica podliczyła i opublikowała, że pod nie-rządami Bezprawia i Niesprawiedliwości aż 10 mld zł – oczywiście z naszych portfeli – państwo polskie przekazało wielkiej ponadnarodowej korporacji, czyli Kościołowi katolickiemu. I to bez jakiejkolwiek kontroli. Chodzi nie tylko o transfery z Funduszu Kościelnego, ale też o pieniądze, jakie spółki Skarbu Państwa czy poszczególne ministerstwa buliły kościelnym osobom prawnym. Podana wyżej kwota to, jak wylicza poseł Tomasz Trela z Lewicy, równowartość 50 tys. mieszkań. Ale nie tylko na budownictwo mieszkaniowe mogłaby ona zostać przeznaczona. Ileż zyskałaby ochrona zdrowia (przykładowo, roczna suma, jaką Warszawa dopłacać musi do szkolnej katechezy, wystarczyłaby na oddłużenie polskich szpitali), transport publiczny czy też wsparcie dla osób w trudnej sytuacji bytowej (którego w Polsce praktycznie nie ma). A tak, 10 mld zł wtopione zostało w wyjątkowo bogatą instytucję, która tak czy owak zdziera pieniądze (taca, moi drodzy, taca, a także...

Papieski show

Papież Franciszek, lat osiemdziesiąt osiem (jeśli dobrze pamiętam), zmaga się z problemami zdrowotnymi. Nic dziwnego w tym wieku. Niedawno trafił nawet do szpitala. Biorąc pod uwagę stanowisko, jakie ten pan zajmuje, przewodniczenie jednemu z największych związków wyznaniowych oraz (słabnącą, ale wciąż się liczącą) pozycję polityczną papiestwa, media mają używanie. Innymi słowy, znów trwa papieski show, nie tak wprawdzie intensywny (przynajmniej w Polsce; nie wiem, jak w winnych państwach), co w okresie, kiedy zbliżał się zgon Jana Pawła II, niemniej i tak niesmaczny. Te jeszcze jakoś strawne wiadomości dotyczą analiz, kto może zostać następcą Franciszka. W nich akurat nic dziwnego, ani na dobrą sprawę złego nie ma; wiadomo przecież, że pontyfikat obecnego papieża prędzej czy później skończyć się musi, a spekulacje, kto będzie następny i co może sobą reprezentować, są naturalne. To swoisty odpowiednik – w uproszczeniu – sondaży poparcia dla partii czy polityków. Nic dziwnego nie m...

Trybiki do pozyskiwania pieniędzy

Katolickie Boże Narodzenie dobiegło końca, co oznacza, że w najlepsze trwa sezon wizyt duszpasterskich, zwanych popularnie chodzeniem po kolędzie. Przypomnijmy: polega to na tym, że księża odwiedzają swoich parafian – często w porze dla nich niezbyt odpowiedniej – poprzedzeni przez ministrantów i/lub scholistki. Kapłanowi za poświęcenie domu, odmówienie kilku modlitw, a czasem też zamienienie z gospodarzami paru mniej czy bardziej uprzejmych słów, „wypada” dać kopertę wypchaną pieniędzmi, natomiast ministrantom i/lub scholistkom – też rzucić parę złotych (dzieciaki akurat zasługują). Gwoli sprawiedliwości napisać muszę, że są księża, którzy widząc trudną sytuację w domu (bieda, choroba, itp.), koperty brać nie chcą – serio, sam takiego pamiętam ze swoich katolickich czasów – a bywa, że i zostawiają. Takich ludzi naprawdę szanuję, tym bardziej, że obawiam się, iż stanowią oni wyjątki, nie regułę. Albowiem okres wizyt duszpasterskich to dla katolickiego duchowieństwa sezon udoju. Ce...

Katecheza pana Nycza

Arcybiskup Kazimierz Nycz w tym tygodniu popisał się pomysłem. Chce mianowicie, aby katecheza szkolna (wymiar której, przypominam, zredukowany został do jednej godziny tygodniowo), była „absolutnie obowiązkowa” dla KAŻDEGO UCZNIA. Innymi słowy, nieważne, jakiego, i czy jakiegokolwiek, wyznania jest młody człowiek, ani jaki stosunek do katolicyzmu mają jego rodzice, według pana Nycza na szkolne lekcje religii chodzić musi, i kropka. Nie są to, warto sobie uświadomić, zajęcia z religioznawstwa (powszechne w Europie Zachodniej, w Polsce też by się przydały), lecz przekazywanie treści religijnych, konkretnie oczywiście katolickich. Nic innego, jak religijna indoktrynacja. Nawiasem mówiąc, szkolna katecheza, coraz gorszej jakości, stanowi jedną z przyczyn szybkiej laicyzacji młodego pokolenia Polek i Polaków, czego kościelni hierarchowie najwyraźniej nie zauważają. Rzecz jasna, pan Kazimierz Nycz nie martwi się o to, czy osoby uczniowskie będą wierzące, czy nie, czy też katolicyzm zako...

Klątwa fajnych księży

Już za parę dni początek nowego roku szkolnego. Z tego tytułu wszystkim osobom uczniowskim składam wyrazy serdecznego współczucia. I to pomimo faktu, że w szkolnictwie następują – powoli wprawdzie i w zbyt wąskim zakresie – pozytywne zmiany. Jedną z nich jest to, że zamiast dwóch, będzie jedna lekcja religii katolickiej (katechezy) w tygodniu. Tyle zdołała wywalczyć ministra edukacji, Barbara Nowacka; na całkowite wyprowadzenie tego przedmiotu ze szkół publicznych (i zastąpienie go religioznawstwem, jak jest w większości państw zachodnioeuropejskich) nie zgodził się jej szef, premier Donald Tusk, wierny sługa Episkopatu Polski i kleru katolickiego. Dla osób uczniowskich – tych, które jeszcze na katechezę uczęszczają, a coraz ich mniej – oznacza to m.in. jedną dodatkową wolną godzinę, jaką przeznaczyć można chociażby na odrobienie zadań domowych; tych bowiem wciąż jest zbyt wiele. A funkcjonariusze Kościoła katolickiego, z hierarchami na czele, o tę nazbyt drobną korektę są wście...

Z podręcznika do katechezy

Po Facebooku krąży mem z cytatem z podręcznika do katechezy, do piątej klasy podstawówki. Brzmi on następująco: „Postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je jako ofiarę na tacę w czasie najbliższej Mszy Świętej” (pisownia oryginalna). Szczerze, mam nadzieję, że to fake , lecz znając Kościół katolicki, obawiam się, iż nadzieja to złudna. Po prostu, dzieci już do małego są uczone, aby być dojnymi krowami dla kleru. Temu głównie służą szkolne lekcje religii katolickiej, i jest to jeden z powodów, dla których powinny one ze szkół publicznych zniknąć. Pisałem o tym w jeden z niedawnych notek. Oczywiście, oszczędzanie jest cenną umiejętnością (jakkolwiek przy kosztach życia w kapitalistycznej Polsce najczęściej okazuje się niemożliwe, o czym piątoklasiści przekonają się, gdy wejdą w dorosłość). A jeśli ma jeszcze być połączone z altruizmem, tym lepiej. W takim jednak układzie zaoszczędzone na słodyczach lub czymkolwiek innym pieniądze zdecydowanie ...

Czas udoju

Majówka – w sensie: długi majowy weekend – radośnie (faktycznie spędziłem ją bardzo miło i mam nadzieję, że Wy również) nam minęła, maj zaś się rozkręca. A miesiąc ten oznacza sezon komunijny – uroczystości Pierwszych Komunii Świętych odbywały się będą w poszczególnych świątyniach katolickich. Dzieciaczki w białych strojach (ech, w moich czasach, czyli w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego stulecia, wystarczał garniturek dla chłopczyka i sukieneczka dla dziewczynki) ruszą przed ołtarze, odbywszy już to na lekcjach szkolnej katechezy, będącej jedną z największych pomyłek polskiego systemu wątpliwej oświaty, już to – uzupełniająco – na salkach katechetycznych uciążliwe raczej przygotowania do przyjęcia owego sakramentu, opierające się na starej niedobrej zasadzie: „zakuj, zdaj, zapomnij”. Rzecz jasna, kapitaliści już zacierają ręce, w Polsce (nie wiem, jak w innych krajach, gdzie katolicyzm jest w miarę rozpowszechniony) okres udzielania Pierwszych Komunii Świętych jest sezonem prezent...

Po Niedzieli Palmowej

Wczoraj katolicy obchodzili Niedzielę Palmową, czyli pamiątkę uroczystego wjazdu Jezusa do Jerozolimy (taka mała dygresja – ta nazwa miasta nie pochodzi z języka hebrajskiego, lecz kanaanejskiego, a współczesna to Al-Kuds). Czy takie wydarzenie faktycznie zaszło, czy też stanowi jedynie literacką kreację Ewangelistów, nie rozstrzygam. Dość, że wszystkie cztery biblijne (apokryficznych jest znacznie więcej) Ewangelie – nawet ta Jana, która trzem pozostałym w wielu miejscach zaprzecza, przy czym ona akurat to, o czym zaraz napisze, sytuuje w innym nieco momencie działalność nazaretańskiego robotnika – wspominają o tym, co Jezus zrobił na dziedzińcu Świątyni Jerozolimskiej. Otóż, wywalił on stamtąd – i to brutalnie, jak sugerują ewangeliczne opisy – kupców, czyli ludzi handlujących gołębiami i innymi zwierzętami przeznaczonymi na ofiarę (paskudny zwyczaj!) oraz ogólnie religijnymi utensyliami. Na tymże handlu zarabiali nie tylko sami kupcy, ale też lokatorzy Świątyni, czyli oczywiście ...