Posty

Wyświetlam posty z etykietą uczniowie

Egzamin… ale czego?

Zaczęły się matury; dziś młodzież ze szkół średnich zdaje język polski. Wszystkim Maturzystkom i Maturzystom życzę oczywiście powodzenia. I pamiętajcie, że wcale nie jest to najtrudniejszy egzamin w Waszym życiu, ani nawet najważniejszy. Serio. Matura zwana jest tradycyjnie „egzaminem dojrzałości”. I kiedyś tak rzeczywiście było. W czasach, gdy edukacja wcale nie była powszechna, a analfabetyzm stanowił w Polsce ponurą normę, zdanie tego egzaminu faktycznie nobilitowało, nawet, jeśli potem nie poszło się na studia (co aż do epoki PRL-u było niesłychanie trudne dla większości społeczeństwa, głównie ze względów finansowych). Osoba, która zdała maturę, legitymowała się naprawdę wysokim, jak na ówczesne warunki, poziomem wiedzy, i rzeczywiście można było powiedzieć, że wkraczała w wiek dojrzały. Mało tego, trafiali się wybitni ludzie, którzy matury z różnych przyczyn nie zdali, np. Tadeusz Dołęga-Mostowicz czy Stefan Żeromski. Ja swoją maturę zdawałem w 2006 roku i przyznam szczerze, ...

Katecheza pana Nycza

Arcybiskup Kazimierz Nycz w tym tygodniu popisał się pomysłem. Chce mianowicie, aby katecheza szkolna (wymiar której, przypominam, zredukowany został do jednej godziny tygodniowo), była „absolutnie obowiązkowa” dla KAŻDEGO UCZNIA. Innymi słowy, nieważne, jakiego, i czy jakiegokolwiek, wyznania jest młody człowiek, ani jaki stosunek do katolicyzmu mają jego rodzice, według pana Nycza na szkolne lekcje religii chodzić musi, i kropka. Nie są to, warto sobie uświadomić, zajęcia z religioznawstwa (powszechne w Europie Zachodniej, w Polsce też by się przydały), lecz przekazywanie treści religijnych, konkretnie oczywiście katolickich. Nic innego, jak religijna indoktrynacja. Nawiasem mówiąc, szkolna katecheza, coraz gorszej jakości, stanowi jedną z przyczyn szybkiej laicyzacji młodego pokolenia Polek i Polaków, czego kościelni hierarchowie najwyraźniej nie zauważają. Rzecz jasna, pan Kazimierz Nycz nie martwi się o to, czy osoby uczniowskie będą wierzące, czy nie, czy też katolicyzm zako...

Smartfon i szkoła

A dziś będzie trochę luźniej. Coraz więcej państw, europejskich i nie tylko, wdraża zakaz wnoszenia telefonów komórkowych do szkoły. Z tego, co się orientuję, jeśli dziecko przyniesie takowe urządzenie, jest ono odbierane na czas lekcji; przy wychodzeniu do domu małoletni właściciel odbiera swoją własność. W Polsce takie rozwiązanie nie obowiązuje, z tego jednak, co wczoraj słyszałem na antenie AntyRadia (fajna stacja, polecam), przybywa nauczycieli, jacy się go domagają. Argumenty ZA jak najbardziej są, i to wcale liczne oraz poważne. Ot, chociażby: ciągłe gapienie się w ekran, czytanie wiadomości czy postów na portalach społecznościowych rozprasza – zarówno osobę korzystającą ze smartfona, jak też często ludzi z jej otoczenia – co negatywnie wpływa na odbiór zewnętrznych bodźców; innymi słowy, dziecku, które na lekcji bawi się smartfonem, mniej zostanie w głowie, gorzej się będzie uczyło. Nie wspominając już o tym, że nauczyciel(ka) nie da rady normalnie poprowadzić zajęć, jeśli ...

Wizja dobrej szkoły

Wakacje dobiegają końca, wkrótce dzieci i młodzież pójdą do szkoły (serdecznie współczuję), i tylko studentom zostanie jeszcze miesiąc laby lub dorabiania sobie (o ile, rzecz jasna, zdali wszystkie egzaminy w sierpniu). Brać studencką wszelako dziś zostawimy w spokoju, a skupimy się na szkolnictwie. Albowiem nader z nim niewesoło. Ten rok szkolny, bardzo delikatnie rzecz ujmując, nie zapowiada się dobrze. Nie wiadomo, czy i kiedy wróci nauczanie zdalne, bo nie-rząd przypomni sobie o koronawirusie. Liczni nauczyciele odeszli z zawodu, niektórzy na emerytury bądź renty, inni poszukali sobie lepszego zajęcia, czyli takiego, co pozwoli zarobić na utrzymanie i zestresuje w choćby minimalnie mniejszym stopniu. Ci, co wciąż jeszcze sobie nie odpuścili, w każdej chwili mogą zastrajkować. Kuratoria, obsadzone PiS-owcami, coraz mocniej zaciskają łapy na gardle kadry pedagogicznej. Spada poziom nauczania, czemu trudno się dziwić, skoro odkąd PiS dorwało się do władzy, kolejne jego deformy tylko...

Bojowy jak nauczyciel

Rozkręca się protest nauczycieli, polegający – śladem akcji protestacyjnych prowadzonych przez policjantów czy pracowników administracji sądowej – na masowym braniu zwolnień chorobowych. W całej Polsce przybywa szkół oraz przedszkoli, w jakich z tego powodu wstrzymano zajęcia. Uczestnicy protestu domagają się oczywiście głównie wyższych płac; mimo bowiem rządowych zapowiedzi, te pozostają nader niskie (zwłaszcza w przypadku nauczycieli z długoletnim stażem), nadto ostatnia deforma systemu edukacji i będąca jej skutkiem likwidacja (nazywana przez ministrę Zalewską „wygaszaniem”) licznych szkół spowodowała, że część nauczycieli straciła pracę, inni zaś muszą dziennie obsłużyć po kilka placówek (w każdej przepracowując po dwie-trzy godziny), niekiedy znacznie oddalonych od siebie (co generuje koszta dojazdu), byle móc wyrobić na pensum. Sytuacja przedstawicieli tej grupy zawodowej nie jest więc wesoła – harują ciężko, muszą się najeździć, żeby w ogóle robotę mieć, płace są marn...