Posty

Wyświetlam posty z etykietą sprzedaż

Racjonalny wybór cenowy

Kiedy jedenaście lat temu pracowałem jako agent ubezpieczeniowy, wmawiano mi, że „ludzie nie kupują tanich rzeczy” (dlatego polisa, która więcej kosztowała, miała jakoby być atrakcyjniejsza dla klientów niż tańsza opcja). Być może reguła ta działa w przypadku burżujów, którzy często faktycznie wydają forsę, żeby mieć coś kosztownego i się tym chwalić, ale większość społeczeństwa wcale tak nie myśli. Prawda jest taka, że ludzie, robiąc zakupy, owszem, kierują się ceną, ale najczęściej chcą zapłacić jak najmniej. Może nie zawsze chodzi o kupowanie taniochy i tandety, lecz o to, żeby stosunek jakości towaru do jego ceny był korzystny. To znaczy, aby nabyć coś, co będzie dobrze służyło, a nie spustoszy portfela czy konta. To najzupełniej normalne, logiczne i racjonalne. Nikt zdrowo myślący nie chce przepłacać. Mogąc coś kupić taniej, zrobi to. Sam tak postępuję. Zwłaszcza, że tańsze wcale nie musi być gorsze; w kapitalizmie wyższe ceny mają często charakter spekulacyjny, są sztucznie ...

Wódczana chciwość kapitalistów

Na początek mała informacja związana z tematem notki. Nie jestem przeciwnikiem napojów alkoholowych jako takich. Wiele z nich lubię, np. piwo, co nie zmienia faktu, że obecnie ich nie piję, ponieważ zażywam leki na depresję. I nie wiem, czy do picia alkoholu wrócę nawet w sytuacji, kiedy będę mógł medykamenty owe odstawić (o ile kiedykolwiek to nastąpi); po prostu za nim nie tęsknię, nie jest mi potrzebny do codziennej egzystencji. W określonych, niewielkich ilościach napoje alkoholowe są całkiem zdrowe, chociażby wspomniane piwo zawiera dużo witamin oraz pozytywnie działa na nerki. Nie zmienia to faktu, że nadużywany alkohol jest substancją uzależniającą (o wiele bardziej niż marihuana), a jego spożycie wpływa na reakcje psychomotoryczne, przez co w licznych sytuacjach jest niebezpieczne. Dlatego ograniczenia związane z reklamowaniem i sprzedażą wiadomych napojów uważam za słuszne. Przy czym pełna prohibicja, co swego czau udowodniono w USA, jest jeszcze gorsza. Alkoholizm, podob...

Dzwoni telemarketer

Zadzwonił do mnie niedawno telemarketer reprezentujący operatora, u którego mam telefon i internet. Jestem zadowolony z usług tej firmy, więc telefony takie odbieram. Tak, jak przypuszczałem, usiłował mi (zbliżając się niebezpiecznie do granic natarczywości) sprzedać nowy model smartfona. Może i byłbym zainteresowany, ale kwota abonamentu wzrosłaby nieco za bardzo, obecny zaś telefon działa zupełnie dobrze i powinien bezproblemowo wytrzymać do końca trwania umowy, czyli jeszcze kilka miesięcy; wówczas osobiście wybiorę się (jak to czyniłem dotychczas) do salonu i ewentualnie kupie nowy apart. Nie lubię też kupować elektroniki na ślepo; zawsze wolę najpierw dane urządzenie zobaczyć i pobieżnie choćby sprawdzić, czy mi odpowiada. Długo musiałem panu tłumaczyć, że oferta jest atrakcyjna, ale z niej nie skorzystam. Telemarketer zdawał się przekonany, iż będę bardzo chętny do dokonania zakupu. Innym razem zadzwoniła do mnie przedstawicielka firmy dostarczającej telewizję kablową. Jak wyż...

Połowa drogi do koszmaru

Zaczął się nam sierpień, połowa zatem wakacji – szkolnych przynajmniej – radośnie sobie minęła. Nowy rok szkolny zbliża się wielkimi krokami; biorąc pod uwagę, kto w (k)raju nad Wisłą odpowiada za wątpliwą edukację, i jak bardzo sfera ta została w ostatnich latach zniszczona, spodziewać się należy, że miesiące od września do końca czerwca dla jeszcze większej niż dotychczas liczby osób uczniowskich będą jeszcze gorszym koszmarem, przybędzie młodych ludzi zmagających się z różnorakimi problemami psychicznymi, a nadmiar lekcji tudzież zadań domowych zaszkodzi ich zdrowiu fizycznemu. Mówiąc krótko, drogie dzieci i młodzieży, szykujcie się na kolejną traumę! Która już się z wami wita, mimo iż w szkolne podwoje wstąpicie dopiero za kilka tygodni. Oto bowiem branża handlowa na zbliżającym się końcu wakacji JUŻ zaczęła trzepać kasiorę. Popularna sieć dyskontów – zapewne nie ona jedna (innych nie sprawdzałem), a jeśli nawet, to pozostałe na dniach do niej dołączą – już ogłasza wielką ak...

Początek Bożego Narodzenia

Przedwczoraj były Dziady/Halloween. Wczoraj – Wszystkich Świętych. Dni te świąteczne już za nami, co oznacza, że rozpoczynają się następne święta – zaczerpnięte z mitraizmu święto zwycięstwa światłości nad ciemnością, które przejęte zostało przez chrześcijaństwo (po tym, jak w IV wieku n. e. Cesarz Konstantyn, niesłusznie Wielkim zwany, połączył obie religie pod nazwą tej drugiej, dołączając do nich kult jedynego boga, w jakiego szczerze wierzył, czyli siebie samego) i przetransformowane w Boże Narodzenie (jakkolwiek 25 grudnia z przyjściem na świat Chrystusa nic wspólnego nie ma; galilejski rewolucjonista narodził się prawdopodobnie wiosną). To zaś kapitalizm skomercjalizował do granic możliwości. Oczywiście, daty Bożego Narodzenia nikt nie przesunął… w każdym razie nie uczyniono tego formalnie, spoglądając bowiem na sferę faktyczną, dostrzec można z łatwością, iż z roku na rok zaczyna się ono coraz wcześniej. Z dzieciństwa, a raczej wczesnej młodości pamiętam, że jego początkiem by...

Sprzedający i sprzedani

Jak wiemy, Finlandia i Szwecja ogłosiły niedawno, że zrywają z dotychczasową polityką neutralności i wyrażają chęć wstąpienia do NATO. Powodem jest bliskość Rosji, która zaatakowała Ukrainę i ogólnie wykazuje coraz agresywniejsze, imperialistyczne zachowania, a to budzi strach w Helsinkach oraz Sztokholmie. Cóż, obu tym państwo wolno było podjąć taką decyzję (czy NATO nie powinno zostać zreformowane i przeorganizowane, to temat na odrębną analizę). Wiadomo już, że decydenci Paktu Północnoatlantyckiego nie mają nic przeciwko przyjęciu nowych członków se Skandynawii. Warunki stawia jedynie Turcja; chodzi mianowicie o wydalenie kurdyjskich uchodźców i azylantów przebywających w Szwecji i Finlandii. Są to działacze oraz bojownicy organizacji niepodległościowych, uznawanych przez Ankarę za terrorystyczne. Wśród lewicowców i ogólnie obrońców praw człowieka tudzież demokracji zrodziła się obawa – moim zdaniem, jak najbardziej uzasadniona – że szeroko pojęty Zachód, na czele z USA, sprzeda K...

Pozorna obfitość

Jednym z filarów kapitalistycznego totalitaryzmu jest konsumpcjonizm, czyli rozbudzana u ludzi, za pomocą już to reklam, już to mniej niż one jawnego przekazu propagandowego, żądza konsumowania, a ściślej rzecz ujmując, posiadania i kupowania. Jesteśmy tak sterowani (czy temu ulegamy, to inna sprawa), że dążymy do tego, by mieć jak najwięcej wszystkiego, bez względu na to, czy dany towar jest nam potrzebny czy nie. Jak doskonale wiemy, owa sztucznie wykreowana żądza służy maksymalizacji zysków przez kapitalistów; jest jednym z głównych filarów ich bogactwa, obok oczywiście wyzysku. Im więcej wszak sprzedadzą, tym więcej zarobią, a skoro produkują rzeczy, którym walor niezbędności do życia najczęściej nie może zostać przypisany, to aby je wcisnąć konsumentom, muszą u nich wytworzyć sztuczną potrzebę posiadania tychże przedmiotów. A jak się rzecz ma z naszej, czyli klientów/konsumentów, perspektywy? Wystarczy pójść do sklepu lub odwiedzić jakiś internetowy, by stwierdzić, że mamy w czym...

Kiedy czegoś nie potrzebujemy

Na początek przepraszam za trzydniową nieobecność w tym tygodniu. Musiałem pozałatwiać ważne sprawy, związane ze sprzedażą nieruchomości odziedziczonej po rodzicach, a że znajdowała się ona dość daleko od mojego miejsca zamieszkania, to i jeden dzień był mi potrzebny na powrót do domu, odpoczynek po podróży, itd. A dlaczego w ogóle ją sprzedawałem? Powodów było kilka, począwszy od ekonomicznego, a na osobistych (których tu rzecz jasna nie mam zamiaru poruszać) skończywszy. Tak naprawdę sprowadzały się one do tego, że jej utrzymywanie – zwłaszcza, biorąc pod uwagę odległość, którą musiałem pokonać, by się do niej dostać, ceny benzyny, itd. – było dla mnie zbyt ciężkie oraz nieopłacalne. Wolałem więc sprzedać tę nieruchomość ludziom, którzy chcą z niej korzystać i się nią cieszą. Nie tylko z nią zresztą tak zrobiłem. Po zmarłych rodzicach zostało mi trochę przedmiotów, z których po prostu nie korzystam. Niektóre oddałem życzliwym osobom (na przykład palmę, jaka rozrosła się na tyle, ...

Kup hulajnogę

Przyznam szczerze, że nie lubię, jak ktoś do mnie wydzwania z ofertami. Przede wszystkim dlatego, że zaburza mi to pracę, odpoczynek, spacer z psem czy inne tego typu czynności. Najczęściej też tacy sprzedawcy telefoniczni zachwalają kredyt, którego nigdy nie wezmę, proponują towar, jakiego nie potrzebuję ani nie chcę, albo też zapraszają mnie na prezentację, gdzie będą mi próbowali wcisnąć za 1000 zł kołdrę wartą co najwyżej piątaka (na szczęście, tych ostatnich telefonów jest od półtora blisko roku o wiele mniej niźli wprzódy, co stanowi chyba jeden z naprawdę nielicznych plusów pandemii i lockdownu) – innymi słowy, tylko tracę czas na słuchanie o tym wszystkim. No i, kiedy chcę coś nabyć, sam tego szukam. Toleruję jedynie telefony od firm, z usług których już korzystam (operator komórkowy, dostawca kablówki, ubezpieczyciel) i jestem z nich zadowolony; najczęściej dzwonią, by poinformować mnie, że umowa się kończy, miewają też interesujące oferty. Tak wiem, bo doświadczyłem, iż w...

Przecena

Kilka dni temu sąsiadka (bardzo fajna, inteligentna i pomocna osoba) zdziwiła się, kiedy podczas rozmowy o zakupach powiedziałem, że nie mam karty uprawniającej mnie do korzystania z „promocji” (skąd cudzysłów, wyjaśnię nieco dalej) w jednym z lokalnych dyskontów. Ta pani kartę ową posiada i korzysta z niej, kupując więcej i płacąc pozornie mniej. Mnie ona potrzebna nie jest; mimo iż do tegoż dyskontu chodzę niemal codziennie, to nabywam w nim tyle i tylko tyle towaru, ile jest mi potrzebne, toteż na obniżkach cen, jeśli w ogóle skorzystałbym, to niewiele. Widząc takową przecenę (mylnie nazywaną promocją, chociaż w języku polskim słowo to oznacza nie zmniejszanie ceny w sklepie, lecz awans), nie mam ciągot, by kupować więcej. Po co miałbym nabrać czegoś, czego później nie przejem? Czasem w tymże dyskoncie pojawiają się książki lub filmy po zaniżonych cenach, i wtedy lubię z takiej przeceny skorzystać, wówczas oczywiście, kiedy na półce leżą interesujące mnie tytuły. Jasne, nie mam ...

Czego potrzebuję

Włączam telewizor lub radioodbiornik, wchodzę do internetu, otwieram gazetę bądź czasopismo… i z miejsca dowiaduję się, czego potrzebuję, a wręcz, co jest dla mnie niezbędne. Otóż, nie przeżyję najbliższych dwudziestu czterech godzin nie tylko bez nowej wydumanej aplikacji na smartfon, ale też bez tandetnie wyglądających ciuchów renomowanego producenta (uszytych gdzieś w Tajlandii przez osobę zatrudnioną na półniewolniczych zasadach, w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu), mebli ze szwedzkiej sieci handlowej, wypasionego SUV-a klasy premium, szamponu wspomagającego porost włosów, tysięcy suplementów diety „leczących” nieistniejące przypadłości, serwisu do zamawiania jedzenia (bo przecież nie mogę pójść do sklepu, kupić potrawę, jaką lubię, i przyrządzić ją samodzielnie), poświęcenia czasu na oglądanie jakiegoś durnego reality show… Słowem, bez tego wszystkiego, co wciskają nam reklamy. To one kreują nasze gusta i potrzeby. Tak, kreują potrzeby, których wcześniej nie mieliśmy… i nig...

Zamknięta księgarnia

Wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Książki. Z tej okazji TVN24 puściła reportaż o ciężkim losie polskich księgarzy w czasie pandemii i kwarantanny, czyli de facto rządowych obostrzeń tudzież zakazów. Księgarnie należą do sklepów, które rząd Bezprawia i Niesprawiedliwości nakazał zamknąć… jakkolwiek nie wszystkie, bo tylko te stacjonarne. Te bowiem, co (podobnie jak wydawnictwa) prowadzą sprzedaż wysyłkową, nadal funkcjonują (to akurat dobrze). Taka regulacja dowaliła w mniejszym stopniu wielkim sieciom księgarskim i dużym koncernom wydawniczym, które dzięki temu, że przesyłają zamówione książki (filmy, płyty z muzyką, gry, itd.) swoim klientom, przetrwają trudny ów okres. Ale małe księgarnie stacjonarne, jakich wielcy sieciowi konkurenci cudownym zaiste zbiegiem okoliczności nie wyparli dotąd z rynku, znalazły się w naprawdę tragicznej sytuacji. Przez przedłużający się czas zamknięcia i brak klientów grozi im bankructwo; zarówno właściciele, jak też pracownicy stracą środ...

Krótka rzecz o prezentach

No i nadszedł nam grudzień, czyli czas dawania sobie prezentów, już to na Mikołajki, już to na Dziadka Mroza, już to na Boże Narodzenie. Jest to jeden z dwóch głównych okresów prezentowych w roku; drugi to oczywiście maj i początek czerwca, czyli czas, kiedy w Kościele katolickim odbywają się uroczystości pod nazwą Pierwsza Komunia Święta. Rzecz jasna, nie ma w tym absolutnie nic złego. Wręczanie sobie podarków, bez względu na okazję, jest przecież miłym zwyczajem. To po prostu pokazanie, że o drugiej osobie pamiętamy, szanujemy ją, cieszymy się z jej obecności; prezentem wyrazić też można wdzięczność. Znacznie bardziej liczy się w tym kontekście sam fakt obdarowania niż przedmiot będący podarunkiem/prezentem. Ciemną, wiążącą się ściśle z coraz dzikszym kapitalizmem, stroną okresów prezentowych jest komercjalizacja owego wspaniałego zwyczaju. I tak, już od początku listopada (w tym roku zaczęło się to jeszcze przed Świętem Niepodległości, o czym niedawno pisałem) zasypywani ...

Kto daje pracę

Obecnie wielu słów z języka polskiego używanych jest (również w mediach!) niezgodnie z ich znaczeniem. I tak na przykład, słowo „niesamowite” oznacza „budzące strach, grozę, zdumienie”, a nie „wspaniałe” czy „świetne”. „Ekskluzywny” znaczy „trudno dostępny”, a nie „luksusowy” (utrudnienia dostępu nie muszą wszak wiązać się z luksusem). „Onegdaj” oznacza TYLKO I WYŁĄCZNIE „przedwczoraj”. I tak dalej. Są to po prostu błędy językowe, wynikające z niskiego poziomu oczytania społeczeństwa, w tym dziennikarzy i publicystów, a pewnie też z kiepskiej edukacji szkolnej w zakresie języka ojczystego. Jest wszelako pewne słowo, które używane jest nie tyle błędnie z czysto językowego punktu widzenia, ile niezgodnie z faktami. Określa się nim nie tę grupę ludzi, którą potrzeba. Słowem tym jest „pracodawca”. Mianem tym obdarza się przedsiębiorców (tzn. konkretnie tych, którzy nie tylko sami pracują, prowadząc własną działalność gospodarczą, ale też zatrudniają innych ludzi) oraz kapitalist...

Obraza imperialisty

Donald Trump, kapitalista i prezydent USA przedstawiany przez satyryków i oburzonych ludzi jako przygłupie blond-bobo ze smartfonem w łapie (aluzja do uprawianej przez niego twitterowej „dyplomacji”), obraził się na… Danię, i odwołał wizytę w tym kraju. A to dlatego, że właśnie owo skandynawskie państwo stanęło okoniem wobec amerykańskiego imperializmu. Otóż, zamierzał Donald Trump przeprowadzić transakcję, polegającą na zakupie, od Danii właśnie, Grenlandii przez Stany Zjednoczone i włączeniu jej do ich terytorium. Dla USA to nie pierwszyzna; ziemie, jakie zajmuje obecnie to imperium, wchłonięte zostały przezeń wszak nie tylko w drodze podbojów i rzezi Indian, ale też właśnie kupna, np. Alaska, Luizjana, Wyspa Guam. Trump chciał, aby do listy owej dopisana została również Grenlandia. Nie zgodził się jednak na to sprawujący pieczę nad wyspą duński rząd. Premierka, socjaldemokratka Mette Frederiksen, podkreśliła wprawdzie trwałość sojuszu duńsko-amerykańskiego, niemniej jednak tw...

Nacisk dobry i zły

W kapitalizmie generalnie NIE MA etycznej konsumpcji; za wszystkimi bowiem dobrami i usługami, które nabywamy, stoi wyzysk, czy to w procesie produkcji, czy to w procesie dystrybucji. W przypadku niektórych branż dochodzi jeszcze do tego cierpienie zwierząt lub destrukcja przyrody. Niemniej jednak, świadomość społeczna rośnie, a nacisk społeczeństwa na kapitał – również dzięki rozwojowi środków komunikacji – się wzmaga (nacisk na polityków zresztą też; wielu więźniów politycznych uwolniono, i to w państwach, gdzie o demokracji nie ma mowy, pod wpływem zorganizowanych akcji internautów; za pośrednictwem internetu organizowano też gromadzące setki tysięcy osób akcje protestacyjne, niektóre skuteczne). Jest to oczywiście zjawisko jak najbardziej pozytywne. Pod wpływem opinii społecznej coraz więcej firm, np. sieci handlowych, wycofuje ze swojej oferty futra, żywe karpie, kosmetyki czy leki testowane na zwierzętach, itd.; inne pod wpływem społecznego nacisku nieco luzują swoim praco...

System tandety

W szafce stoi młynek do kawy. Nie wiem, w którym konkretnie roku został wyprodukowany, ale na pewno w okresie PRL-u, może w latach 80., może w 70. I działa! Z kolei w garażu mam jeszcze radziecki prostownik – też działa, żadnych awarii. Podobnie rzecz się ma z odkurzaczem „jamnikiem”, używanym głównie do odkurzania auta. Tymczasem czajnik elektryczny, wyprodukowany już za kapitalizmu (przez polską firmę, choć w Chinach) działał niecałe dwa lata i radośnie sobie padł tuż przed Świętami. Zastanawiam się, czy kupić nowy, czy gotować na gazie. Trwałość produktów elektrycznych i elektronicznych w ogóle jest bardzo niska, podobnie jak np. nadwozi samochodowych. Bardzo tandetne są elementy wykończenia wnętrza domowego, takie jak rolety do okien. W ogóle trwałość praktycznie wszystkiego z roku na rok się pogarsza – i chodzi mi tu o fabrycznie nowe rzeczy, wprowadzane na rynek. Kapitalizm jako system doprowadził do tego, że jesteśmy zalewani tandetnymi, nisko-trwałymi produktami, nad...

Serdecznie pana zapraszamy

No i po wyborach samorządowych. O sondażowych wynikach pisał dziś nie będę; swoimi refleksjami na temat elekcji podzielę się, gdy PKW poda wyniki oficjalne. Na razie wspomnę tylko, że kilka rzeczy mnie cieszy (wybory CHYBA nie zostały sfałszowane, dotychczasowy burmistrz mojej miejscowości wygrał już w pierwszej turze – i fajnie, bo sprawuje swoją funkcję nieźle, mimo iż jest z PO), kilka natomiast smuci. Ale o tym, jako się rzekło, napiszę za kilka dni. Dziś podzielę się refleksją na zupełnie inny temat. Co jakiś czas – niestety, nazbyt często jak na mój gust – dzwonią do mnie przedstawiciele firm o dziwnych nazwach, by zaprosić mnie na taką czy inną prezentację, podczas której wyciskany mi będzie towar, jakiego w żadnym razie ani nie chcę, ani nie potrzebuję (podobnie jak dołączanych do niego „prezentów”), a którego ceny osiągają astronomiczne pułapy. Kilka chwil temu też miałem podobny telefon. Zawsze uprzejmie odpowiadam, iż nie będę zainteresowany. Jeśli dzwoniący jest n...