Posty

Wyświetlam posty z etykietą potrzeby

Kraj ludzi ubogich

Koniec roku i początek następnego, okres około świąteczny to tradycyjnie już czas wzmożonej aktywności charytatywnej. Zbliża się kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, swoje działania intensyfikuje Caritas, do pomagania (mniej lub bardziej skutecznego) ludziom zabiera się Szlachetna Paczka. I tak dalej. Krytycy podnoszą – nie bez racji! – że wszystkie takie akcje, owszem, niosą konkretną pomoc, ale tak naprawdę służą kapitalistom oraz reprezentującej ich prawicowej władzy do zdejmowania odpowiedzialności z systemu i niewdrażania reform. Po co, przykładowo, zmienić model finansowania publicznej opieki zdrowotnej, skoro WOŚP corocznie organizuje zbiórki? Po co wprowadzać podatki progresywne, pieniądze z których poszłyby na politykę społeczną, jeśli burżuje od czasu do czasu włożą coś do Szlachetnej Paczki? I tak dalej. I żeby nie było – działalność charytatywna jest dobra i potrzebna, nie jestem jej przeciwnikiem. Samo jednak jej istnienie dowodzi, że system, w którym ży...

Zapał do pracy

Od przyszłego roku, jak zwykle zresztą, ma pójść w górę płaca minimalna. Z tej okazji – co oczywiście też jest stałą normą w naszym paskudnym systemie – wyzyskiwacze i apologeci nieludzkiego kapitalizmu (czyli prawicowcy: faszyści i konserwatyści, zwani też libkami) już jęczą, stękają tudzież wydają inne nieprzyjemne dźwięki. Narzekają, jak to trudno im będzie zatrudniać pracowników (no tak, przecież konieczność zapłacenia człowiekowi za pracę – konkretnie, za udostępnioną na określony czas siłę roboczą – boli chciwego pasożyta bardziej niż wskoczenia na golasa do kadzi z ukropem), ci zaś, kiedy zarobią więcej pieniędzy, „stracą zapał do pracy”. Serio, taki durny pseudo-argument pada. Wynika on z przekonania, rozpowszechnionego wśród wielu kapitalistów i prawicowców, a także stanowiącego jedną z podstaw ideologicznych kapitalizmu, jakoby przymus ekonomiczny był czynnikiem najsilniej motywującym do pracy. To w sumie racja, niemniej w tym podejściu chodzi o to, że człowiek pracuje tym...

Najważniejsze w pracy

Brałem kiedyś – oczywiście jako widz – udział w, naprawdę zresztą fajnym, spotkaniu autorskim z Arturem Andrusem. Dużo i wielce interesująco mówił o Marii Czubaszek, odpowiadał też na liczne pytania, jakie padały z widowni. Jedno z nich dotyczyło tego, co najbardziej lubi w swojej pracy. Odrzekł pan Andrus, że pieniądze. Cyniczne? Paskudne? Skądże! Szczere i najzupełniej naturalne. Gdyby mnie o to zapytało, odpowiedziałbym dokładnie tak samo. Albowiem w zawodzie, który obecnie uprawiam, wiele rzeczy lubię i cenię, ale chwile, kiedy na moje konto spływa wypłata, uważam za dosłownie błogosławione. Również dlatego, że aż nazbyt dokładnie pamiętam, jaką tragedią jest pracować i zarabiać zbyt mało, by się utrzymać, a często wręcz do roboty owej dopłacać. Dobrze wiemy (sam też wielokrotnie o tym pisałem), iż człowiek zatrudnia się w określonym fachu po to, aby uzyskać środki na zaspokojenie potrzeb bytowych – czyli pieniądze, nic innego. Jasne, takie rzeczy jak to, czy lubi się daną pracę...

Pułapka

Ileż to rozlega się jęków różnego rodzaju neoliberałów/neokonserwatystów – już to ekonomistów lub innych naukowców, już to dziennikarzy i publicystów, już to celebrytów, już to innych (pseudo)ideologów – że młodemu pokoleniu nie chce się pracować. Rozlegają się one w licznych państwach kapitalistycznych, niemniej dziś skupimy się na Polsce, i nie tylko na młodej generacji. Jęczący podnoszą, jakoby pokolenie tzw. „millenialsów” było „leniwe” i „roszczeniowe”, jakoby domagało się nie wiadomo czego, zamiast pokornie łeb pochylić i zasuwać całą dobę, przez siedem dni w tygodniu za miskę ryżu (przy dobrych układach). No cóż, lenie tudzież bumelanci trafiają się w każdym środowisku i w każdym wieku, niemniej pamiętać należy, iż coraz więcej osób pomiędzy dwudziestą a trzydziestą zmaga się z depresją oraz innymi dysfunkcjami zdrowia psychicznego, te natomiast mogą uniemożliwić normalne funkcjonowanie, w tym wykonywanie jakiegokolwiek zawodu (wiem, co piszę!). Niestety, często bywają brane z...

Nie dorobisz się

Ogólnoświatowy kapitalizm wszedł w strukturalny kryzys. Nie stało się to wczoraj ani przedwczoraj, lecz w okolicach 2008 roku, początkowo w USA. Po okresowej poprawie koniunktury, skutki kryzysu (inflacja, rosnące w wielu państwach – Polskę też to czeka – bezrobocie, pauperyzacja, itd.) znów stają się odczuwalne, i to jeszcze boleśniej niźli wprzódy. Tak, pandemia COVID-19 i fakt, że rządy większości państw kapitalistycznych nie poradziły sobie z nią, za to metody „zwalczania” koronawirusa, z lockdownem na czele, tylko dowaliły poszczególnym gospodarkom, wydatnie do odnowienia stanu kryzysowego się przyczyniły. Podobne jak wojna rosyjsko-ukraińska i spekulacje cenowe, które dzięki niej uskuteczniają koncerny paliwowe. W Polsce nakłada się na to jeszcze fatalna polityka Bezprawia i Niesprawiedliwości. Większość z nas w mniej lub bardziej dotkliwy sposób odczuwa skutki tejże systemowej patologii. Niejeden człowiek przez to umrze (sam zresztą żyję jedynie dlatego, że krew mi szybko krz...

Z pracy nie ma kołaczy

Już dawno temu zauważyłem, że osoby, które większość swojego dorosłego, czyli zawodowego życia spędziły w poprzednim ustroju – technokracji biurokratycznej z pewnymi cechami socjalizmu – uważają, że każdy, kto pracuje, ma środki potrzebne do życia i utrzymania. Moi rodzice też tak sądzili. Z prostej przyczyny – wynikało to z ich doświadczeń. W PRL praca była nie tylko łatwo dostępna – a wręcz obowiązkowa – ale też jej wykonywanie rzeczywiście oznaczało otrzymywanie wynagrodzenia; w każdym razie, kiedy gospodarka została jako tako odbudowana po wojnie (pewnym wyjątkiem były czyny społeczne, stanowiące rodzaj wolontariatu). Niezapłacenie w terminie wypłaty pracownikowi – jak opowiadali mi rodzice – wiązało się z licznymi, nieraz poważnymi problemami dla szefów danego przedsiębiorstwa. Płace wprawdzie do szczególnie wysokich się nie zaliczały… za to podatki były niskie (mogły takie być, skoro wszyscy je płacili, nie tak, jak teraz, kiedy najbogatsi transferują ogromne kwoty za granicę),...

Pochwal się

Jednym z głównych elementów kapitalistycznego totalitaryzmu jest (z reguły sztucznie rozbudzany poprzez reklamę, propagandę i im podobne zabiegi) konsumpcjonizm, czyli dążenie do zwiększania stanu posiadania. Wiadomo – im więcej kupujemy, tym większe zyski trafiają do kapitalistów, czyli prywatnych właścicieli środków produkcji. Zależy im więc, by ten nasz konsumpcjonizm był możliwie bezrefleksyjny, czyli polegał na nabywaniu wszystkiego, co wpadnie nam w oczy, a nie tego (i w takich ilościach), czego rzeczywiście potrzebujemy, jak również na ciągłym wymienianiu dobrych jeszcze rzeczy na nowe (niedawno o tym pisałem). Kapitaliści cieszą się najbardziej, gdy kupujemy drogie rzeczy; jeżeli nie stać nas na nie, to zachęcani jesteśmy do brania kredytów i pożyczek, na czym z kolei zyskuje finansjera (też, rzecz jasna, kapitaliści). I stosują różnorodne techniki manipulacji, abyśmy takie właśnie produkty wybierali podczas zakupów. Potrafią, dla przykładu, łechtać naszą próżność. Wmawiają ...

Kup hulajnogę

Przyznam szczerze, że nie lubię, jak ktoś do mnie wydzwania z ofertami. Przede wszystkim dlatego, że zaburza mi to pracę, odpoczynek, spacer z psem czy inne tego typu czynności. Najczęściej też tacy sprzedawcy telefoniczni zachwalają kredyt, którego nigdy nie wezmę, proponują towar, jakiego nie potrzebuję ani nie chcę, albo też zapraszają mnie na prezentację, gdzie będą mi próbowali wcisnąć za 1000 zł kołdrę wartą co najwyżej piątaka (na szczęście, tych ostatnich telefonów jest od półtora blisko roku o wiele mniej niźli wprzódy, co stanowi chyba jeden z naprawdę nielicznych plusów pandemii i lockdownu) – innymi słowy, tylko tracę czas na słuchanie o tym wszystkim. No i, kiedy chcę coś nabyć, sam tego szukam. Toleruję jedynie telefony od firm, z usług których już korzystam (operator komórkowy, dostawca kablówki, ubezpieczyciel) i jestem z nich zadowolony; najczęściej dzwonią, by poinformować mnie, że umowa się kończy, miewają też interesujące oferty. Tak wiem, bo doświadczyłem, iż w...

Wymień na nowe

Po osiedlu, na którym mieszkam, chodził wczoraj przedstawiciel firmy sprzedającej piecyki gazowe do łazienek, tzw. junkersy (od nazwy jednej z marek tychże urządzeń). Proponował wymianę tegoż piecyka, oferując przy tym różne formy płatności (gotówka, rady, itd.). Argument klasyczny: trzeba wymienić, bo ten, co jest w domu, to już staroć, który nie powinien działać. Wziąłem firmową ulotkę i uprzejmie się pożegnałem. Faktycznie, junkers w mojej łazience kilkanaście lat już ma, ale jak na razie wszystko z nim w porządku. Odpala, grzeje wodę (regulacja jej przepływu też nie szwankuje), gaz się nie ulatnia… Owszem, kiedyś trzeba będzie sprawić sobie nówkę sztukę, ale jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie do tego czasu. Generalnie, wszelkie sprzęty – junkersa, pralkę, lodówkę, elektronikę, samochód, itd. – używam, dokąd są sprawne. Wymieniam je na nowe, kiedy już się ostatecznie psują, naprawa jest nieopłacalna, lub też, gdy do wymiany zmusza mnie ich niekompatybilność z innymi urządzeniam...

Czego potrzebuję

Włączam telewizor lub radioodbiornik, wchodzę do internetu, otwieram gazetę bądź czasopismo… i z miejsca dowiaduję się, czego potrzebuję, a wręcz, co jest dla mnie niezbędne. Otóż, nie przeżyję najbliższych dwudziestu czterech godzin nie tylko bez nowej wydumanej aplikacji na smartfon, ale też bez tandetnie wyglądających ciuchów renomowanego producenta (uszytych gdzieś w Tajlandii przez osobę zatrudnioną na półniewolniczych zasadach, w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu), mebli ze szwedzkiej sieci handlowej, wypasionego SUV-a klasy premium, szamponu wspomagającego porost włosów, tysięcy suplementów diety „leczących” nieistniejące przypadłości, serwisu do zamawiania jedzenia (bo przecież nie mogę pójść do sklepu, kupić potrawę, jaką lubię, i przyrządzić ją samodzielnie), poświęcenia czasu na oglądanie jakiegoś durnego reality show… Słowem, bez tego wszystkiego, co wciskają nam reklamy. To one kreują nasze gusta i potrzeby. Tak, kreują potrzeby, których wcześniej nie mieliśmy… i nig...

Amerykanin i Grek

Jakiś rok temu usłyszałem następującą historyjkę, ponoć autentyczną, zaczerpniętą z reportażu czy filmu dokumentalnego: Pewien Amerykanin, spacerując po plaży w Grecji, spotkał młodego mężczyznę, siedzącego i spoglądającego w morze. Zapytał go, kim jest. – Jestem rybakiem – odpowiedział Grek. – Dlaczego więc nie łowisz ryb? – zdziwił się Amerykanin. – Już łowiłem. Wypływam rano na godzinę czy dwie, złowię dwie lub trzy ryby, jedną dla siebie, resztę na sprzedaż. A potem siedzę sobie na plaży, gram dziewczynom na gitarze i piję wino. – O nie, Greku, nie możesz tak robić! Ja ci tu zaraz napiszę biznesplan. Będziesz wypływał na cały dzień i łowił tyle ryb, ile dasz rady. Sprzedasz je wszystkie, a po jakimś czasie będzie cię stać na drugą łódź, potem trzecią… W końcu, jak będziesz ciężko pracował, będziesz miał całą flotę rybacką i duże pieniądze… – No dobrze – odpowiedział po chwili zastanowienia młody rybak – to będę bogaty. I co wtedy będę robił? – Wtedy będziesz...

Posłuchajcie Uczniów

Od pewnego czasu śledzę na Facebooku profil Posłuchajcie Uczniów. Założyli go, o ile się nie mylę, licealiści, którzy chcą poruszyć temat polskiego systemu edukacji – w jądrze którego, jako uczniowie, tkwią. No i piszą już to o metodzie nauczania „zakuj, zdaj, zapomnij” (oj, pamiętam to ze swoich szkolnych czasów), już to o nauczycielu, który twierdzi, że szkoła powinna nauczać, a nie oceniać (w pełni się z facetem zgadzam), już to o negatywnych skutkach PiS-owskiej deformy edukacji, czyli likwidacji gimnazjów… Naprawdę, ciekawie się te posty czyta. Szkołę skończyłem kilkanaście lat temu, i powiem szczerze, że bardzo się z upływu tego czasu cieszę. Nie był to najlepszy okres w moim życiu, zwłaszcza liceum; trzy lata dosłownie wyjęte z życiorysu, może poza udziałem w pewnym konkursie wiedzy, który dał mi sporo radochy. Zapamiętam z tamtych czasów głównie przemęczenie, stres i łopatologiczne kucie na blachę materiału, który później (tzn. na studiach i w zawodowym życiu pis...

Dzień sprawiedliwości społecznej

Dziś mamy 20 lutego. Coś mi się wydaje, że głównonurtowe, czyli prawicowe i prokapitalistyczne media nie wspomną, iż jest to Światowy Dzień Sprawiedliwości Społecznej. A to dlatego, że zarówno prawicy, jak też kapitalizmowi (a w zasadzie kapitalistom) z ideą ową nie pod drodze; pełna realizacja naczelnej zasady (o czym za chwilę) sprawiedliwości społecznej stanowiłaby wszak koniec tego nieludzkiego systemu ekonomicznego. Jak to zwykle bywa w przypadku szeroko pojętej humanistyki, nie ma jednej uniwersalnej definicji sprawiedliwości społecznej; to, jak ją określamy, uzależnione jest od naszego światopoglądu czy ideologii społeczno-politycznej, która jest nam bliska. I tak, dla prawicowca (tu zbliżone poglądy mają faszyści, nacjonaliści i neoliberałowie) sprawiedliwe ze społecznego punktu widzenia będą niskie płace robotnika, a także zwalnianie najbogatszych obywateli, zwłaszcza kapitalistów – prywatnych właścicieli środków produkcji – z podatków, bo wówczas zaoszczędzone pieni...