Posty

Wyświetlam posty z etykietą żywność

Bez zdrowej żywności

Organizacja Narodów Zjednoczonych – A ge ncj a ds. W yżywienia i R olnictwa, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), UNICEF, Światowy Program Żywnościowy i Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rolnictwa przygotowały raport Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie 2026. Dobra (relatywnie) wiadomość, jaka z niego płynie , jest taka, że w roku 2025 skala głodu w skali świata lekko się zmniejszyła – dotknął on 7,8 proc. światowej populacji, podczas gdy w roku 2024 było to 8,1 proc. Czyli tak czy owak bardzo dużo. Doprecyzować jednak należy, że nie wszędzie głodujących ubywa – w Afryce dzieje się odwrotnie; spadek nie następuje więc równomiernie, no i trzeba pamiętać, iż są miejsca, gdzie głód wykorzystywany jest jako broń masowego rażenia, np. Strefa Gazy. Jest też zła wiadomość. Otóż, aż 2,69 mld ludzi, czyli blisko jedna trzecia ludzkości, nie może sobie pozwolić na zdrową, zróżnicowaną dietę. Toteż skala niedożywienia wciąż pozostaje ogromna. Zwłaszcza w Afryce, gdzie na prawid...

Broń kapitalistów i polityków

Jak wiemy, jednym z narzędzi – kto wie, czy nie najbardziej przerażającym – ludobójstwa w Strefie Gazy, popełnianego przez faszystowski Izrael, jest głód. Dostęp do żywności i wody pitnej w tamtym miejscu okupanci mocno ograniczali od dwóch dekad, co miało na celu utrzymanie Palestyńczyków w ryzach i osłabieniu, a także wzbudzeniu u nich gniewu na Hamas, który jakoby miał być winnym tego stanu rzeczy, niemniej od października 2023 roku, kiedy to rozpoczęto pełnoskalową eksterminację mieszkańców Strefy Gazy, odcinanie ich od niezbędnych do życia artykułów jeszcze wzmocniono. Wolontariuszy wiozących tam pomoc humanitarną albo mordowano (Damian Soból!), albo aresztowano (np. załogi Flotylli Wolności). A w tym roku na dwa miesiące Izrael CAŁKOWICIE odciął Strefę Gazy od żywności, wody i wszelkiej pomocy humanitarnej. Po to, jak łatwo się domyślić, by zagłodzić tych Palestyńczyków z tamtego obszaru, których nie wybiły pociski, bomby tudzież biały fosfor. Dopiero niedawno w bardzo ograniczo...

Woda z błota

Na jednym z portali społecznościowych obejrzeć można filmik pokazujący, jak Palestyńczycy ze Strefy Gazy pozyskują wodę (rzekomo) pitną z… błota. Cały proces polega na wielokrotnym filtrowaniu, aż ze sporej ilości gliniastej owej substancji wyjdzie trochę pozornie czystej cieczy. Pozornie, bowiem można odfiltrować piach, ziemię i im podobne zanieczyszczenia, ale co z wirusami, bakteriami czy chemikaliami? Nie wszystkie spośród nich pomoże usunąć gotowanie, nawet wielokrotne (nie wiem zresztą, czy każdy mieszkaniec Strefy Gazy ma obecnie możliwość gotowania), potrzebne bowiem są zaawansowane technicznie filtry. Mówiąc krótko, Palestyńczycy z tamtego miejsca pić muszą wodę, jaka wprawdzie wygląda na czystą, ale może być bardzo szkodliwa dla zdrowia. I rzeczywiście jest. Ludzie umierają tam nie tylko od bomb – które cały czas spadają na palestyńskie namioty i inne namiastki domostw, mimo formalnego zawieszenie broni – czy pocisków pistoletowych tudzież karabinowych, ale też z chorób wy...

Głód

Według danych UNICEF-u, na świecie głoduje około siedemset trzydzieści pięć milionów ludzi (z czego, dodam od siebie, ponad czterdzieści milionów mieszka w USA). Dane te jednak pochodzą sprzed roku czy dwóch, toteż obecnie liczba osób głodujących może być jeszcze wyższa. Podobnie też jak w przypadku wszelkich badań socjologicznych, dużo zależy od tego, jak liczyć, czyli w tym przypadku, kogo uznać za głodującego. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę nie tylko stale jedzących zbyt mało, by zapewnić organizmowi biologiczne przetrwanie i zdrowie, ale i ludzi często lub przynajmniej co jakiś czas zmagających się z niedożywieniem, wskaźnik mocno podskoczy. Istotne jest również to, że głód/niedożywienie przybierać może różną postać; niekoniecznie zatem polega na jedzeniu zbyt mało, by organizm mógł prawidłowo funkcjonować, lecz często sprowadza się do spożywania posiłków o niewystarczających właściwościach odżywczych. I tak, osoba spożywająca tzw. „śmieciowe jedzenie” (powszechne w państwach kap...

Dla kapitalistów i PiS-u

Jak wiemy, rząd szykuje się do podniesienia VAT-u na żywność. Pomysł to zły, o czym mówią politycy Lewicy; zwłaszcza osoby poselskie z Razem zamierzają negocjować z premierem Donaldem Tuskiem tę kwestię. Mają rację. Jak niedawno wskazywałem, podwyżka, a w zasadzie przywrócenie podatku VAT na artykuły żywnościowe sprawi, że będą one jeszcze droższe niż teraz. A przecież ceny wielu jak najbardziej podstawowych towarów przyprawić mogą o zawał serca… zwłaszcza, że przecież inflacja cały czas zachodzi, tyle że wolniej niż jeszcze kilka czy kilkanaście miesięcy temu. Wspomniana danina pośrednia jest zaś jednym z głównych czynników generujących wzrost cen. Jeśli więc rząd zrealizuje swoje plany w tym zakresie, najmocniej – czyli najboleśniej – odczują to oczywiście najuboższe oraz niezamożne osoby obywatelskie. Niejednemu człowiekowi w Polsce głód zajrzy w oczy… i wcale to NIE PRZESADZAM! Przy obecnej relacji dochodów do kosztów życia, większość spośród nas ma spore problemy, by związać ko...

Jadłodzielnie

Minęło nam oto Boże Narodzenie/Solstycja/Jule/Gody, przy czym te ostatnie, wedle niektórych źródeł mówiących o Słowianach i ich religii, trwały kilkanaście dni i kończyły się w okolicach 6 stycznia, uznajmy zatem, że niech sobie jeszcze trwają. W każdym razie, jak co roku wielu ludziom zostało to, czego w dwa świąteczne dni (trzy, licząc z Wigilią, która w tym roku wypadła w ustawowo wolną od pracy niedzielę) nie zjedli. I, niestety, większość z tego wyląduje na śmietniku. Innymi słowy, znów będziemy mieli do czynienia z marnowaniem żywności na ogromną skalę. Zjawisko owo patologiczne jest charakterystyczne nie tylko dla Polski, lecz dla chyba wszystkich państw kapitalistycznych, większość obywateli których sterowana jest przy użyciu przekazu reklamowego, nakazującego kupować więcej i więcej, i nie tylko w okresie świątecznym. Dlatego jeszcze przed świętami pojawiło się w mediach (społecznościowych tudzież innych) wiele apeli, aby niezjedzonej żywności – tej przynajmniej, jaka ma dł...

Aby nie zmarnować

Z powodu inflacji (niedawno o tym pisałem) wiele osób zamierza zrobić mniejsze zakupy świąteczne niż w latach poprzednich. Są wśród nich i ludzie, z którymi bezpośrednio rozmawiam. Ja również postaram się ograniczyć wydatki na żarcie; zresztą, oszczędzać na jedzeniu nauczyłem się jeszcze w najlepszym okresie życia, czyli na studiach. Wszelako inflacja inflacją, ale odkąd rozwinęła się u mnie jaka taka świadomość, nabywanie więcej żywności, niż zdołam przejść, wydaje mi się bezsensowne, toteż ani w święta, ani w dni powszednie tego nie robię. Jednakowoż w polskiej (i zapewne nie tylko) kulturze jest tradycja wystawnych świąt. Nawet, jeśli ograniczamy (na ile to możliwe, rzecz jasna) wydatki, to i tak mamy wdrukowane w umysły, że trzeba nabyć więcej jedzenia, napojów i im podobnych produktów niż w pozostałe dni roku, a jeżeli nie więcej, to przynajmniej lepszej jakości. To w sumie logiczne; święta są wszak po to, by sobie odpocząć, ale też nacieszyć się życiem, chociażby lepszymi potra...

Zboże, pieczywo, ceny

Wedle propagandy, jaką różnorakie ośrodki, od szkoły po media, wciskają nam na każdym kroku, gospodarka kapitalistyczna, zwana rynkową bądź wolnorynkową, jest „racjonalna”. A to dlatego, że ceny kreowane są „w naturalny sposób” poprzez wzajemną relację popytu i podaży, inaczej, niż to było w gospodarce centralnie planowanej (technokracji biurokratycznej, mylnie nazywanej socjalizmem lub komunizmem), w której ceny ustalały ośrodki planistyczne. Tylko, czy aby propagandyści kapitalizmu nie rozmijają się z prawdą? Oto na polskim rynku jest obecnie nadmiar pszenicy i innych zbóż. Głównie z zagranicy, co stanowi, zauważmy, jeden ze skutków wojny rosyjsko-ukraińskiej. Ów zbożowy import bardzo boleśnie uderzył w polskich rolników, toteż organizują oni jak najbardziej słuszne z ekonomicznego punktu widzenia protesty. Albowiem nadmiar spowodował spadek cen w skupach (deflację), która z kolei poskutkowała znaczącym zmniejszeniem dochodów rodzimych producentów, czyli rolników. Tu akurat kapita...

Kara za głód

Jednym z najtragiczniejszych paradoksów współczesnego kapitalizmu – w skali światowej – jest to, że mamy gigantyczną nadprodukcję żywności, która jest marnowana, zwłaszcza w krajach globalnej Północy (tak, w Polsce też), podczas gdy miliardy ludzi głodują, a miliony corocznie umierają z głodu. Nie dlatego, że brakuje dla nich jedzenia, lecz z tej przyczyny, iż ono do nich nie trafia, gdyż dla właścicieli koncernów produkcyjnych i dystrybucyjnych byłoby to nieopłacalne. Stanowi to jeden z licznych powodów, dla których obecny kapitalizm jest tak odrażającym i zabójczym systemem. Lepiej wyrzucić i zmarnować, niż komuś dać – oto zbrodnicza kapitalistyczna reguła. Mało tego, osoba potrzebująca bywa karana za to, że system doprowadził ją do złej, a często wręcz tragicznej sytuacji. Przykładem jest to, co we wrześniu tego roku wydarzyło się w Białymstoku. Oto trzydziestojednoletnia mieszkanka owego miasta ukarana została dwustuzłotowym mandatem za to, że wybierała żywność wyrzuconą do poje...

Wspólne korzystanie

Czas wreszcie napisać o czymś pozytywnym. Jak choćby o idei dzielenia się dobrami, która zyskuje coraz większą popularność również w (k)raju nad Wisłą. Nie jest to żadna nowość, od lat bowiem prowadzone są zbiórki żywności w sieciach handlowych, odzież, w której nie chodzimy, wrzucić możemy do pojemników PCK, różnego rodzaju akcje zbierania niepotrzebnych rzeczy i pomagania w ten sposób bliźnim prowadzą już to organizacje charytatywne, już to związki wyznaniowe. I bardzo dobrze. Są też świeższe przykłady podobnych inicjatyw, z których korzystać mogą nie tylko obywatele niezamożni, ale w ogóle wszyscy. Dwóm z nim poświęcę dzisiejszą notkę. Coraz popularniejsze stają się chociażby jadłodzielnie. Można w nich zostawić produkty żywnościowe – oczywiście nie zepsute ani przeterminowane – których z różnych przyczyn nie możemy lub nie chcemy przejeść… lub je sobie zabrać, jeśli akurat jesteśmy głodni (nasz status majątkowy nie ma w tym wypadku znaczenia, jadłodzielnie są dla wszystkich). Ja...

Zalety wegetarianizmu

W ostatnim kwartale odstawiłem mięso. Na zawsze i nieodwołalnie. Owszem, kupuję wędliny, ale dla pieska (on menu zmienić na roślinne nie może), sam już nic mięsnego nie jem. Z takim zamiarem nosiłem się od dłuższego czasu, choć na przykład mięsa drobiowego nie jadłem nigdy; nie smakowało mi, a mój organizm źle na nie reagował. Od pewnego też czasu szkodzić zaczął mi również schab, więc i jego odstawiłem. Rezygnowałem także z wędlin, jakie wcześniej lubiłem, a to dlatego, że ich jakość się popsuła (cóż, w kapitalizmie wszystko staje się coraz bardziej tandetne). Jednakowoż, na pełen wegetarianizm przechodzić zamierzałem etapami. Po ciężkiej chorobie zdecydowałem się wszelako odstawić mięso raz a dobrze. I to mi się udało. Decyzji owej nie żałuję. Skoro bowiem wywinąłem się Ponuremu Żniwiarzowi spod kosy, doszedłem do wniosku, że przed powrotem owego Żniwiarza (a prędzej czy później przyjdzie on po nas wszystkich, pamiętajmy) należy zrobić coś dobrego i dla siebie, i dla otoczenia. W...

Zakupy przedświąteczne

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami (jutro rozpoczyna się poprzedzające ją Triduum Paschalne), a że nawet w dobie przedłużającej się z powodu lockdownu pandemii COVID-19 ludziska będą świętowali (przy czym mam tu na myśli wymiar nie tyle religijny, ile konsumpcyjny tegoż świętowania), to można już zaobserwować w sklepach czy na placach targowych zakupowe wzmożenie. Kolejki stopniowo się wydłużają, koszyczki natomiast stają się coraz bardziej kopiato zapełnione towarem. Tak dzieje się przed każdymi świętami, zwłaszcza Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Ta druga w mniejszym niż to pierwsze stopniu wiąże się z wręczaniem prezentów, toteż nie jest aż tak skomercjalizowana, niemniej jednak większość z nas w ciągu najbliższych dni zje więcej, wypije więcej, za p rosi gości, no to i konsumpcja wzr ośnie , a co za tym idzie, trzeba swoje odstać w sklepie. Niektórzy przy tej okazji nabywają nową odzież i obuwie, inni kupują nowe rzeczy do domu, jeszcze inni zaopatrują się w nowe książki, film...

Trefny towar

Wracając z zakupów, spotkałem dziś panią, która sprząta na klatce schodowej mojego punktowca. Lubię z nią rozmawiać, jest bowiem osobą inteligentną, o żywym umyśle i po prostu miłą, uprzejmą. Oboje mamy też psiaki, i to one one były tematem naszej dzisiejszej konwersacji. Moja rozmówczyni poskarżyła się mianowicie, że jej czworonożny przyjaciel cierpiał ostatnio na biegunkę po zjedzeniu udka z kurczaka, sprzedawanego w jednym z lokalnych dyskontów. Po nader konkurencyjnej cenie, która wszelako, jak słusznie zauważyła pani sprzątająca, wysokiej jakości oznaczać nie może. Wiem o tym dobrze, ponieważ owych udek z tegoż dyskontu od kilku lat nie kupuję, a przestałem to robić, kiedy mój piesek miał po ich zjedzeniu kłopoty żołądkowe. Ogólnie, jak kilkakrotnie zauważyłem na tych łamach, w polskich (tzn. usytuowanych na terenie naszego państwa, za to w wieku wypadkach stanowiących własność zagranicznego kapitału) sklepach jest coraz mniej mięsa, coraz za to więcej wyrobów mięsopodobnych. Ni...

Walka o papier toaletowy

Dawno, dawno temu, bo w roku 1981, na ekrany kin wszedł kanadyjsko-francuski film Walka o ogień ( Quest for Fire ) w reżyserii Jeana-Jacques’a Annauda, na podstawie powieści braci Rosny. Dziś zaliczany jest do klasyki kinematografii, i słusznie, bo to całkiem niezłe dzieło jest. Fabuła była taka: plemię neandertalczyków, którzy umieli podtrzymywać ogień, ale nie potrafili sami go rozpalić, traci swój z trudem hołubiony płomień. Trzech śmiałków wyrusza w niebezpieczną podróż, by znaleźć nowy i wrócić z nim na ojczyste bagno. Ostatecznie, po wielu przygodach, znajdują nie tylko ogień, ale i kobietę Homo sapiens, która potrafi go rozpalić; bohaterowie przyprowadzają ją do swojego plemienia, które przyswaja sobie ową sztukę. Film ów przypomniał mi się, kiedy w ostatnich dniach obserwowałem panikę wywołaną medialnymi informacjami na temat epidemii koronawirusa. Ludzie rzucili się do sklepów, robiąc zapasy już to makaronu, już to ryżu, już to papieru toaletowego. Podobno dochodz...

Profanacja szczytnej idei

To, co dzieje się wokół pedofilii w Kościele katolickim, a także wokół pomnika niejakiego Jankowskiego Henryka (oba tematy są oczywiście mocno ze sobą związane), przysłoniło nieco inną aferę, kto wie, czy nie jeszcze bardziej poważną. Chodzi oczywiście o to, co działo się w Polskim Czerwonym Krzyżu. W dolnośląskim jego oddziale w latach 2014-2017 ginąć miała używana odzież, zbierana w specjalnych kontenerach i przeznaczona dla osób niezamożnych. Kradli ją najprawdopodobniej pracownicy też oddziału, po czym miała ona być sprzedawana w zaprzyjaźnionych second-handach i hurtowniach. Czyli taka mafia odzieżowa. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że wówczas PCK kierowali politycy, a raczej politykierzy Bezprawia i Niesprawiedliwości; z dolnośląskim zaś oddziałem związani byli posłowie i radni wojewódzcy tej partii. Ale to jeszcze nie wszystko. W ostatnich dniach wyszło na jaw, iż z tego samego oddziału PCK ginąć miała… żywność (także oczywiście przeznaczona dla osób ubogich). A w...

Ryba z Morza Śródziemnego

Przyznam szczerze, że nie jestem amatorem mięsa rybnego. Jako dziecko lubiłem szprotki w oleju (nie pamiętam w sumie, dlaczego przestałem je spożywać; pewnie w którymś momencie mi się przejadły) oraz paluszki rybne. Od czasu do czasu zjem fileta – ale nie z karpia, bo jego mięsa wyjątkowo nie lubię – a i owocem morza nie pogardzę (kiedyś w Biedronce sprzedawano takie fajne małe kalmary, nadziewane ryżem; bardzo mi smakowały, niestety, od dłuższego czasu ich w tymże dyskoncie nie widzę), np. jako dodatkiem do pizzy. Niemniej jednak, potrawy tego typu konsumuję rzadko. I chyba będą konsumował je jeszcze rzadziej, a niektórych wcale. Jakkolwiek bowiem nie czuję do ryb, głowonogów czy skorupiaków – zarówno do żywych, jak i do przerobionych na mięso – odrazy, to pewnie bym ją poczuł, gdybym miał spożyć potrawę przyrządzoną z żyjątka wyłowionego z Morza Śródziemnego. Zakrawałoby to na formę kanibalizmu, jakkolwiek oczywiście pośredniego. W Morzu albowiem Śródziemnym od wielu lat D...

Wyrób mięsopodobny

Jeden z szerzonych przez prawicę mitów głosi, jakoby w epoce PRL nie było mięsa w sprzedaży. Nie jest to prawda – mięso było, choć w ilościach… No właśnie, już miałem napisać „mniejszych niż obecnie”, ale stwierdzenie to byłoby problematyczne. Faktem pozostaje, iż w czasach poprzedniego ustroju trudniej niż obecnie było kupić wyroby mięsne. Dziś w sklepach i centrach handlowych jest ich – pozornie! – bardzo dużo. Pojawiły się one na półkach na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, w chwili, gdy za sprawą deform Leszka Balcerowicza ceny mięsa wzrosły o kilkaset procent; wówczas pauperyzujący się szybko Polacy przestali kupować je w dotychczasowych ilościach. Jako się rzekło, półki w sklepach i supermarketach niby to uginają się od szynek, kiełbas czy mielonek, w sklepowych lodówkach pełno mrożonych kurczaków, schabu, karkówki… Problem w tym, iż kupić DOBRE mięso jest dziś bodaj jeszcze trudniej niż w PRL-u, i to bynajmniej nie tylko dlatego, że jest ono stosunkowo drogie. P...