Grzeszny biznes
W katolicyzmie – i w ogóle chrześcijaństwie – w ślad za judaizmem istnieje pojęcie grzechu, czyli aktu nieposłuszeństwa wobec Boga. Za które to nieposłuszeństwo ma oczywiście grozić boża kara, z reguły przedstawiana jako wieczny pobyt w ognistym piekle (czasami nazywanym Gehenną, podczas gdy prawdziwa Gehenna była po prostu… śmietniskiem pod starożytną Jerozolimą, gdzie palono odpady oraz zwłoki, i z tejże przyczyny Jezus użył tej nazwy jako metafory). W chrześcijaństwie ratunkiem od tegoż wiecznego potępienia ma być ukorzenie się przed Bogiem/Chrystusem. Ale ma ono jak najbardziej materialny wymiar.
Otóż, w katolicyzmie (w wyznaniach protestanckich, z tego, co się orientuję, jest trochę inaczej; wszak wyrosły one między innymi ze sprzeciwu wobec tego, o czym tu piszę) grzechy, a konkretnie ich odpuszczenie, to biznes oraz narzędzie władzy.
W średniowieczu Kościół katolicki wymyślił coś takiego, jak spowiedź uszna. Znają to wszyscy katolicy i ci, co z katolicyzmem mieli styczność. Podchodzi się do konfesjonału, szepcze księdzu swoje grzechy, otrzymuje pokutę (z reguły modlitwy do odmówienia), na koniec zaś otrzymuje rozgrzeszenie… no, chyba, że księżulo jest złośliwy. Tak naprawdę nie chodzi w tym o odpuszczenie grzechów, ale o wywiad. Otóż, spowiedź taka służy temu, aby ludzie donosili sami na siebie, co Kościół – duchowieństwo i hierarchia – wykorzystuje do uzyskania nad nimi kontroli.
Mało tego, grzech sam w sobie często-gęsto wcale nie ma w katolicyzmie (podobnie zresztą jak w judaizmie) nic wspólnego z krzywdzeniem innych ludzi czy niszczeniem przyrody, czyli z PRAWDZIWYM złem, lecz pojęcie to służy wzbudzeniu we wiernych SZTUCZNIE WYWOŁANYCH wyrzutów sumienia, takiego samo-potępienia, które oczywiście prowadzi do ukorzenia się przed Bo… przed władcami Kościoła katolickiego. Jest to prosta droga do zniewolenia człowieka; ma on czuć się źle sam ze sobą, bać się bożej kary za czyny, które nie były niczym złym, i aby jej uniknąć, szukać pomocy u duchowieństwa. A za pomoc ową zapłacić.
No właśnie, odpuszczenie grzechów przez długie wieki było płatne. Może nie sama spowiedź, ale… Ano, chyba wszyscy kojarzymy handel odpustami. Za odpowiednią – z reguły zbójecką – sumę uiszczoną funkcjonariuszowi Kościoła, można było uzyskać odpuszczenie grzechów dla siebie lub kogoś bliskiego, np. członka rodziny. Handel taki kwitł i był dla Kościoła nader dochodowy, stanowił wręcz jeden z finansowych filarów funkcjonowania tejże organizacji. A gdzie wielkie pieniądze, tam wielkie patologie. Sprzedaż odpustów stała się zwyczajnym zdzierstwem, sposobem na eksploatację i rujnowanie ludzi. Wzbudzała moralne oburzenie również u części duchowych; stąd wszak wzięła się reformacja, zapoczątkowana przez Marcina Lutra, który potępiał między innymi wzmiankowany handel.
Z czasem Kościół katolicki odszedł od sprzedaży odpustów… częściowo. Dziś niby nie uskutecznia się tego, w praktyce jednak wystarczy spojrzeć na takie chociażby wypominki czy intencje modlitewne za zmarłych „w czyśćcu cierpiących” (czyściec, swoją drogą, stanowi wymysł katolicki; Jezus nic o nim nie mówił, żydowscy kapłani przed nim też nie). Innymi słowy, wciąż płaci się za odpuszczenie grzechów, tyle że krewnych, powinowatych czy przyjaciół, którzy odeszli.
Poza tym, grzech dalej jest elementem katolickiego biznesu. Nieodmiennie przecież służy temu, aby ludzie korzyli się przed księżmi i hierarchami. Wierni katolicy mają się bać fikcyjnej boskiej kary, a podporządkowania Kościołowi ma pomóc jej uniknąć. Podobnie zatem jak przed wiekami, pojęcie grzechu służy temu, aby Kościół mógł kontrolować świeckich, mieć nad nimi absolutną wręcz władzę. I doić, ile wlezie. Przecież w doktrynie katolickiej równie ofiary „co łaska” mają pomagać w unikaniu wiecznego potępienia, w wyjednaniu łaski Boga (ten zresztą nie istnieje, a jeśli nawet, to pieniądze nie są mu potrzebne). Dalej więc katolicy bulą za to, by po śmierci nie płacić do piekła, jakkolwiek dziś nie jest to już wprost kupowanie sobie odpustu.
I nic dziwnego. Kościół katolicki, podobnie jak większość innych związków wyznaniowych (wszystkie?), jest przecież korporacją, zatem organizacją typowo kapitalistyczną, biznesową, ukierunkowaną na pozyskiwanie ogromnych pieniędzy, a ludzka wiara religijna – elementem której jest samo-potępienie z powodu rzekomych grzechów – stanowi dla niego środek produkcji.
Innymi słowy, mimo upływu stuleci, świeccy katolicy wciąż są zastraszani bożą karą za swoje czyny, żeby duchowni i hierarchowie mogli na nich zarabiać. A zarazem mieć ich pod pełną kontrolą. Nikim wszak łatwiej się nie rządzi, niż człowiekiem napełnionym strachem…
I nie, nie potępiam ludzi wierzących, że dają się w to wciągnąć. Przecież Kościół wmawia im przez całe życie, że powinni wstydzić się swoich rzekomych grzechów i płacić za ich odpuszczenie. Wierni są tu ofiarami, które wpadły w pułapkę, z jakiej niełatwo się wyzwolić.
Komentarze
Prześlij komentarz