Zamrożenie w szpitalach

Jedna z czołowych rozgłośni radiowych (ta z Krakowa) poinformowała o czymś bardzo ważnym, a zarazem złym i strasznym. Otóż, szpitale ograniczają przyjęcia, coraz trudniej jest się dostać na leczenie. Niektóre zaś zabiegi przesuwane są na przyszły rok. Limity pojawiają się nawet na oddziałach onkologicznych, co dla niejednego pacjenta oznaczać może wyrok śmierci.

Zła wola lekarzy czy dyrekcji poszczególnych placówek? Nie, smutna konieczność. Wyczerpane bowiem zostały środki z Narodowego Funduszu Zdrowia, te oczywiście, które pochodzą z naszych składek. Innymi słowy, szpitalom brakuje pieniędzy na leczenie, muszą więc wprowadzać limity.

Taka kryzysowa sytuacja to, niestety, żadna nowość; z ciągłym brakiem środków system publicznej opieki zdrowotnej boryka się od blisko trzech dekad, czyli odkąd postsolidarnościowy rząd AWS-UW (dzisiejszego POPiS-u) wprowadził składkowy model finansowania. Jak kilka ładnych razy pisałem, jest on dla większości społeczeństwa drogi – składki są zbyt wysokie zwłaszcza dla osób pracujących w oparciu o umowy o dzieło (umowy zlecenie na szczęście oskładkowano), prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą czy niektórych małych przedsiębiorców – oraz niewydolny. Niewydolny dlatego, że pieniędzy ze składek jest znacznie mniej, niż byłoby z podatków (zwłaszcza, że liczni kapitalistyczni wyzyskiwacze robią wszystko, aby ich nie odprowadzać), nadto same koszta utrzymania całości są wysokie – z tej choćby przyczyny, że obsługą składek zajmują się ZUS (pobieranie) i NFZ (m.in. rozdysponowanie), czyli dwie instytucje wymagające pieniędzy. Skutkiem tego w miejsca docelowe, czyli do punktów opieki zdrowotnej, takich jak przychodnie czy szpitale, wpływają o wiele mniejsze środki, niż są potrzebne. Zła jest też metoda ich rozliczania; mianowicie, płaci się za leczenie, a nie za wyleczenie, co z kolei sprawia, że szpitalowi opłaca się trzymać dłużej pacjenta, niż jest to konieczne, to zaś generuje kolejki, te przekładają się na dalsze koszta…

Finalnie cierpią na tym, rzecz jasna, pacjenci. Ale też pracownicy medyczni: ratownicy, sanitariusze, pielęgniarki, położne, lekarze… Nie tylko dlatego, że zbyt mało zarabiają w stosunku do zakresu obowiązków i odpowiedzialności, ale też z tej przyczyny, iż borykać się muszą z ciągłymi brakami czy to sprzętu, czy to leków, czy to innych rzeczy niezbędnych do prowadzenia terapii.

Jako się rzekło, czy raczej napisało, problem to nienowy. A że prawica postsolidarnościowa go wywołała, to ona też spróbowała go naprawić… przynajmniej oficjalnie, bo nie naprawa była realnym celem. W 2011 roku rząd PO-PSL wprowadził możliwość przekształcania publicznych szpitali w spółki prawa handlowego. Taka komercjalizacja miała rzekomo pomóc im w zdobywaniu środków na działalność (w praktyce chodziło oczywiście o umożliwienie kapitalistom położenia łap pazernych na opiece zdrowotnej). Skutki okazały się… no wiadomo, przeciwne.

Każda instytucja o charakterze komercyjnym w naturalny sposób dąży do zwiększenia zysku, w wymiarze oczywiście czysto finansowym. A zysk tym jest większy, im mniejsze są starty; tych w ogóle nie powinno być. Toteż szpitale przekształcone w spółki prawa handlowego zaczęły, co logiczne, bilansowaniu zyski i straty, czyli zamiast na świadczeniu usług medycznych, skupiły się na dbaniu o budżet. Jakość terapii jeszcze się więc pogorszyła, bo gdy skończyła się forsa z NFZ-u, takie placówki wprowadzały tym bardziej restrykcyjne limity. Komercjalizacja tylko zwiększyła skalę patologi, co jest zjawiskiem naturalnym w kapitalizmie. Zwłaszcza w dziedzinie opieki zdrowotnej, która ma służyć ratowaniu życia, a nie być fabryką przynoszącą zysk.

No to ciągle borykamy się z takimi nieszczęściami jak to, o którym mówi wspomniana rozgłośnia.

Ratunkiem byłoby oczywiście zlikwidowanie składkowego modelu finansowania publicznej opieki zdrowotnej i zastąpienie go modelem podatkowym, jaki występuje chociażby w Wielkiej Brytanii czy Szwecji (przy okazji należałoby zacząć płacić za wyleczenie, a nie za leczenie). Jasne, on też nie byłby idealny, niemniej pozostawałby o wiele bardziej wydajny niż składowy. I tańszy.

Idee takie co jakiś czas się pojawiają, lecz jak dotąd kolejne rządy za reformę tę się nie biorą. Nie czynią też nic, by zwiększyć budżet NFZ-u; wolą za to pozwalać prywatnemu kapitałowi, zwłaszcza międzynarodowemu, na wyprowadzanie z Polski ciężkich miliardów, tych właśnie, co mogłyby pójść na opiekę zdrowotną. Albo walić miliardy równie ciężkie w amerykański sprzęt bojowy, z którego bez zgody Waszyngtonu tak czy owak nie skorzystamy. Już nie wspominając o finansowaniu Kościoła katolickiego; nieprzeznaczanie publicznych pieniędzy na szkolna katechezę pozwoliłoby na oddłużenie licznych szpitali.

No, ale niezależnie od tego, jaka prawica jest przy władzy, żadna o nasze zdrowie i system jego ratowania dbała nie będzie. Interesy klas pasożytniczo-wyzyskujących, Kościoła i USA są dla niej ważniejsze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie