Koszta upadku

Upada sieć restauracji North Fish (North Food Polska). Niby nic zaskakującego; firmy powstają, przez pewien okres (dłuższy lub krótszy) prosperują, po czym ich czas się kończy. Tym razem jednak sprawa wygląda dość paskudnie.

Za upadającą siecią bowiem stoi nie zwyczajny biznesmen, którego pomysł nie wypalił, lecz Michał S., będący oficjalnie najbogatszym człowiekiem w Polsce. Czyli miliarder, oligarcha. Kapitalista pełną gębą, uważany za geniusza biznesu. Kres North Fish dobrze pokazał, skąd brał się jego majątek.

Sieć otóż jest mocno zadłużona, aż na blisko 20 milionów złotych. Sąd odrzucił jej wniosek o upadłość, ponieważ firmowy majątek okazał się do tego stopnia ogołocony, że nawet kosztów procesu by nie pokrył. Oczywiście oligarcha za to nie odpowiada, formalnie bowiem w maju tego roku zmieniono właściciela sieci na… obywatela Turcji. Cóż, myk typowy dla kapitalizmu, nie tylko, jak sądzę, polskiego.

Ruszyła więc likwidacja, koszta której spadły, jak łatwo się domyślić, na pracowników. Ponad sto sześćdziesiąt osób z dnia na dzień straciło zatrudnienie, ot, tak sobie – bez odpraw ani nawet uiszczenia zaległych pensji.

Ano, tu dochodzimy do źródła bogactwa pana S. Otóż, pracownicy North Fish, jak się okazuje, przez długi czas nie otrzymywali tego, co im się po prostu należało, czyli wypłat. Niektórym osobom upadająca sieć restauracji wisi kilkanaście, innym zaś po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Można więc stwierdzić, iż ludzie ci zostali przez pazernego miliardera pozbawieni środków do życia. Skoro bowiem firma była tak fatalnie zarządzana, iż nie tylko ma ogromne długi, ale też majątek rozszabrowany w taki sposób, że nie da rady nawet pokryć kosztów sądowych, to logiczne, iż nie ma z czego wypłacić zaległych pensji. Proletariuszom, którzy stracili w niej robotę bez odpraw, pozostaje więc żebrać o marne pieniądze z państwowego Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. To nie tylko upokarzające, czasochłonne tudzież stresujące, ale też okazać się może beznadziejne, nie wiadomo wszak, czy petentom uda się jakiekolwiek środki uzyskać.

Cala ta sytuacja jest naprawdę paskudna, a dla poszkodowanych pracowników z pewnością tragiczna. Niemniej, jest przy tym typowa dla polskiego (i nie tylko, wszak system ów barbarzyński jest z natury swojej!) kapitalizmu. To po prostu standardowe oblicze (morda, ryj) wielkiego biznesu. Kiedy interes idzie dobrze, zyski płyną szerokim strumieniem… w małym jedynie stopniu trafiając do wypracowujących je pracowników. Większość pieniędzy zachachmęca(ją) właściciel(e) przedsiębiorstwa; na tym właśnie polega wyzysk. Na prywatnych kontach odkładają się więc fortuny, pochodzące z pasożytowania na cudzej harówie, cudzych kompetencjach, po morzach i oceanach pływają jachty, obrzydliwe z architektonicznego punktu widzenia pałace wznoszone są na obszarach cennych przyrodniczo, luksusowe fury rozbijają się po drogach, prywatne zaś samoloty, zanieczyszczając powietrze, radośnie przyczyniają się do katastrofy klimatycznej. Posiadacze fortun brylują w mediach, a jeśli nawet nie brylują w nich osobiście, to i tak ośrodki masowego przekazu przedstawiają ich jako geniuszy. Gdy jednak biznes zaczyna się sypać, kapitalista chachmęci, co się da, przerzuca odpowiedzialność na fikcyjnego nowego „właściciela” (czyli słupa po prostu), a koszta – na pracowników.

Bo to oni właśnie w największym stopniu ponoszą finansowe konsekwencje upadku źle zarządzanego przedsiębiorstwa. To oni przecież zostają z niczym, kiedy lądują na bruku bez odpraw czy wypłaty zaległych pensji, tak jak to się stało w przypadku osób zatrudnionych w North Fish. A przecież to nie pracownicy doprowadzili firmę do katastrofy. Nie, oni dawali z siebie wszystko, aby interes się kręcił. Lecz zostali ukarani, jakkolwiek nieformalnie, za jego krach, podczas gdy kapitalistyczny wyzyskiwacz zgarnął kokosy.

Przypomnę, że nie chodzi tu o firmę zwykłego obywatela, któremu po prostu nie wypalił biznes, lecz o sieć należącą do najbogatszego oficjalnie człowieka w Polsce. Faceta, który z powodzeniem mógłby zarówno uiścić długi spółki, jak i zapłacić pracownikom zaległe pieniądze, a jego majątek jest na tyle ogromny, że nawet by tego nie zauważył. Ale nie. Kapitalista musi się nachapać nawet na upadku swojego biznesu, proletariat natomiast zostaje z niczym.

Ot, taki system nam solidaruchy wprowadzili.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Krócej, zdrowiej, wydajniej