Bez zdrowej żywności
Organizacja Narodów Zjednoczonych – Agencja ds. Wyżywienia i Rolnictwa, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), UNICEF, Światowy Program Żywnościowy i Międzynarodowy Fundusz Rozwoju Rolnictwa przygotowały raport Stan bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie 2026. Dobra (relatywnie) wiadomość, jaka z niego płynie, jest taka, że w roku 2025 skala głodu w skali świata lekko się zmniejszyła – dotknął on 7,8 proc. światowej populacji, podczas gdy w roku 2024 było to 8,1 proc. Czyli tak czy owak bardzo dużo. Doprecyzować jednak należy, że nie wszędzie głodujących ubywa – w Afryce dzieje się odwrotnie; spadek nie następuje więc równomiernie, no i trzeba pamiętać, iż są miejsca, gdzie głód wykorzystywany jest jako broń masowego rażenia, np. Strefa Gazy. Jest też zła wiadomość. Otóż, aż 2,69 mld ludzi, czyli blisko jedna trzecia ludzkości, nie może sobie pozwolić na zdrową, zróżnicowaną dietę. Toteż skala niedożywienia wciąż pozostaje ogromna. Zwłaszcza w Afryce, gdzie na prawidłowe odżywianie nie stać 66,6 proc. mieszkańców, czyli aż dwóch trzecich.
Powodów ku tego jest kilka.
Jednym z nich jest to, że wprawdzie w licznych państwach działają programy dożywiania, niemniej koncentrują się one głównie na zbożach oraz produktach skrobiowych. Dostęp do podstawowych źródeł energii więc zapewniają, ale brakuje zróżnicowanej diety obejmującej owoce, warzywa, nabiał tudzież inne źródła niezbędnych składników odżywczych. Ot, takie zapychanie żołądków i podtrzymywanie przy życiu, lecz w zasadzie nic poza tym. Ów model sprzyja jednoczesnemu występowaniu niedożywienia, otyłości (paradoks, acz coraz powszechniejszy we współczesnym świecie) i chorób dietozależnych. WHO informuje, że odsetek dorosłych osób zmagających się z otyłością wzrósł z 12,1 proc. w 2012 roku do 16,2 proc. w 2024 roku. A to średnia w skali świata, bo gdyby tak przyjrzeć się na przykład USA… O tym jednak za chwilę.
Innym powodem niedożywienia są oczywiście ceny zdrowej żywności. We wspominanym raporcie koszt zdrowej (tzn. zapewniającej niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu składniki odżywcze, dobrze przy tym zbilansowane) diety oszacowano na 4,28 dolara dziennie; jest to kwota minimalna, jaką na takie jedzenie trzeba wydać na osobę. Tymczasem międzynarodowa górna granica skrajnego ubóstwa wynosi 3 dolary (dziennie) na osobę. A skala tegoż na świecie jest gigantyczna.
Nie trzeba jednak być osobą skrajnie ubogą, aby rezygnować ze zdrowej diety. Bo żywność wysokiej jakości faktycznie jest droga i nawet w państwach wysokorozwiniętych jej ceny mogą stanowić poważną przeszkodę. Wystarczy zresztą pójść do pierwszego lepszego sklepu i zrobić zakupy. Chcąc się STALE prawidłowo odżywiać, trzeba wydawać naprawdę solidne kwoty, przeto taka dieta okazać się może poza zasięgiem nawet osób ze stabilną sytuacją zawodową i relatywnie dobrymi zarobkami. Zwłaszcza, że żywność to niejedyne koszta życia, a tamte inne, jak chociażby opłaty, rosną w zastraszającym tempie. Toteż nawet człowiek z niezłymi dochodami niekoniecznie może zdrowo jeść.
Nie zapominajmy też, że dostępność NAPRAWDĘ zdrowej żywności wcale nie jest taka duża. W państwach kapitalistycznych dominuje masowo produkowane żarcie kiepskiej w istocie jakości (co nie znaczy, że jest tanie; przeciwnie, nawet markowe produkty dalece nie zawsze są naturalne i zdrowe), w którym składniki odżywcze zdecydowanie nie są należycie zbilansowane. Może więc wyglądać na to, że jemy zdrowo, w praktyce wszelako jest zupełnie inaczej. Dochodzi do tego typowe dla kapitalizmu zjawisko wypierania mniejszego kapitału przez wielki; w tym przypadku oznacza to, że sieci handlowe wypychają z rynku lub przejmują małe sklepiki, gdzie faktycznie można kupić naturalne produkty od rolnika, sadownika czy hodowcy (drożej niż w supermarkecie, oczywiście).
No i dotknięci jesteśmy plagą tzw. śmieciowego jedzenia, czyli produkowanej masowo żywności naprawdę niskiej jakości. To wszelkiego rodzaju fast foody i inne jedzeniowe dziadostwo. Co gorsza, kapitalizm wiele osób ZMUSZA do ich pochłaniania. System ten bazuje przecież na maksymalnej eksploatacji siły roboczej. Oznacza to, iż pracownicy wszystkich szczebli harować muszą najdłużej, jak to możliwe. Przerw na posiłek praktycznie nie mają, a jeśli tak, to bardzo krótkie. Jedynym więc, co realnie mogą zrobić, jest wcinanie tegoż śmieciowego jedzenia podczas krótkich przestanków bądź wręcz w trakcie pracy (np. biurowej). Jeszcze gorzej, że to żarcie jest, pozornie przynajmniej, smaczne, ponieważ nafaszerowano je sztucznymi substancjami oddziałującymi pozytywnie na ludzki zmysł smaku. A jego pochłanianie prowadzi do paradoksu: niedożywienia (zbyt mało składników odżywczych) i tycia (zbyt dużo tłuszczów i węglowodanów). W konsekwencji w państwach kapitalistycznych – w takich USA to prawdziwa plaga – niedożywienie i otyłość idą w parze, a ich skala rośnie.
Cóż, kapitalizm odbija się negatywnie na wszystkim także na tym, co człowiek zjada.
Komentarze
Prześlij komentarz