Przywileje opasłego dona
I innych zawodowych funkcjonariuszy Kościoła katolickiego. Ale po kolei.
Kardynał Stanisław Dziwisz, były metropolita krakowski, a jeszcze wcześniej, przez lat trzydzieści dziewięć, najbliższy współpracownik i osobisty sekretarz papieża Jana Pawła II, obecnie zaś purpurat-emeryt, nie chce stawić się przed sądem. A wzywany jest jako świadek w procesie, który Archidiecezji Krakowskiej wytoczył były ministrant, jaki jeszcze w latach 80. miał być molestowany przez jednego z księży. O czym, jak twierdzi ów człowiek (któremu z całego serca współczuję), Dziwisz wiedział, ponieważ informował go o tym nieżyjący już ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, o którym można mieć różne zdanie, ale nie da się mu odmówić zasług w tępieniu kościelnej pedofilii. Dziwisz jednakże na pierwszą rozprawę, podczas której miał być przesłuchany, nie przyszedł, gdyż był chory. Okej, to można zrozumieć. Na drugiej jednak nie stawił się również, tłumacząc się stanem zdrowia i prosząc, żeby sąd go… nie wzywał, bo cała sprawa go… stresuje.
No cóż, kontakt z polskim sądownictwem – a raczej żałosną jego parodią, jaka pozostała po nie-rządach Bezprawia i Niesprawiedliwości – faktycznie nie należy do przyjemności i rzeczywiście może zszargać człowiekowi zdrowie. Jednakże, biorąc pod uwagę, że Dziwisz zapewne zaliczał się do ludzi mających poczesny udział w tuszowaniu zbrodni pedofilskich kleru za pontyfikatu Jana Pawła II (i zapewne później, gdy sam objął rządy w Archidiecezji Krakowskiej), wygląda tutaj na to, że po prostu chce się on wymigać od udziału w procesie. Nadto…
No właśnie, zwykły obywatel musi być w naprawdę złym stanie zdrowia, żeby móc nie stawić się przed sądem. Prośba o danie spokoju nie przejdzie. Dziwiszowi zatem wydaje się najwyraźniej, iż cieszy się jakimiś przywilejami, które stawiają go ponad prawem stanowionym i pozwalają ot, tak sobie ignorować organa władzy, w tym wypadku sądowniczej. Innymi słowy, zachowuje się jak przedstawiciel jakiejś uprzywilejowanej kasty, nieomal nadczłowiek czy bóstwo wręcz.
Co najgorsze, ma podstawy do takiego mniemania.
Przynależy wszak do kleru katolickiego. Który po 1989 roku faktycznie stał się uprzywilejowaną grupą w Polsce. Może nie stojącą pod prawem (karanie księży przez sądy wszak się zdarza, jakkolwiek rzadko), ale jednak pod wieloma względami uprzywilejowanej, wyróżnionej spośród społeczeństwa.
Oczywiście jest to wina klerykalnej prawicy postsolidarnościowej (dzisiejsze KO i PiS, rzecz jasna), która dorwała się do władzy w 1989 roku. A wówczas zaczęła się odwdzięczać Kościołowi katolickiemu za finansowe i polityczne wsparcie otrzymywane w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy to „Solidarność” i zbudowany wokół niej klerykalny, nacjonalistyczny ruch buntowały się przeciwko Polsce. Po tym, jak solidaruchy stanęli u sterów rządów, zaczęło się realizowanie kościelnych oczekiwań. Szybko premier Mazowiecki wprowadził katechezę do szkół, kilka lat później Hanna Suchocka podpisała niezbyt dla (k)raju nad Wisłą korzystny konkordat, wprowadzono nader restrykcyjne prawo antyaborcyjne (później jeszcze zaostrzone), na potęgę państwo przekazywało Kościołowi majątek – głównie nieruchomości, zwiększało finansowe uprzywilejowanie tego związku wyznaniowego oraz kleru, pozwalało na funkcjonowanie koncernu Rydzyka, przez długie lata nie ścigało kleszej pedofilii…
Co ważne, pod rządami prawicowych polityków wywodzących się z dawnej „Solidarności”, postępowała klerykalizacja życia publicznego w Polsce. Funkcjonariusze Kościoła pojawiali się – i nadal pojawiają – dosłownie wszędzie, na wszystkich uroczystościach, ich powiązania z władzami świeckimi stały się rzeczą powszechną. Klerykalizacja dotyczyła także kultury i szkolnictwa. Chodziło o to, aby tzw. „zwykli ludzie” postrzegać zaczęli księży, a już zwłaszcza biskupów i kardynałów, jako klasę wyższą, panującą. Świeccy Polacy stać się mieli podlegli klerowi, niczym chłopi pańszczyźniani feudałom. I to się w wielu przypadkach (zwłaszcza na wsiach) udało, początkowo przynajmniej, bo teraz postępująca laicyzacja zmienia ten obraz. Wpływ na tę klerykalizację miał też szerzony na potęgę kult Jana Pawła II, którego dosłownie ubóstwiano.
No i właśnie. Stanisław Dziwisz był najbliższym współpracownikiem papieża Polaka, po jego śmierci budował swą dalszą karierę na jego aureoli. Zaraz po tym, jak został kardynałem i objął Archidiecezję Krakowską (czyli po tym, jak Benedykt XVI pozbył się go z Watykanu), opasły don dał się poznać jako człowiek, któremu woda sodowa uderzyła do głowy. I to mu zostało.
Konsekwentnie też ignorował kwestię zbrodni pedofilskich popełnianych przez kler katolicki w Polsce. Jawnie olewał ich ofiary, wszelkie zgłaszanie spraw traktował jako atak na Kościół (śladem Jana Pawła II zresztą). I, jak widać, nadal nie chce mieć z tym nic wspólnego. Mając się więc za stojącego ponad prawem nadczłowieka, nie stawia się przed sądem.
Czyżby bał się, że jeśli zacznie zeznawać, wypłynie coś brzydkiego również na jego temat…?
Komentarze
Prześlij komentarz