Alfons i prawa ucznia

Prawa człowieka przysługują wszystkim istotom ludzkim właśnie z powodu bycia istotami ludzkimi – niezależnie od wieku, płci, przynależności rasowej czy narodowościowej, pochodzenia, religii bądź jakichkolwiek innych cech. Prawa i wolności (ale też obowiązki) obywatelskie wynikają z bycia obywatelem czy obywatelką danego państwa. Są też bardziej szczegółowe prawa i obowiązki, powiązane z przynależnością do danej grupy.

I tak, swoje prawa (oraz, rzecz jasna obowiązki) mają – choć uczęszczając do szkoły, odnieść można zgoła odmienne wrażenie, zwłaszcza, jeśli trafia się na despotycznych nauczycieli z zabetonowanymi mózgami (tak, wiem, nie wszyscy tacy są) – także osoby uczniowskie. Koalicja rządowa szykowała się do kontrolowania przestrzegania tychże uprawnień na poziomie krajowym. W tym celu miałby powstać urząd Rzecznika Praw Ucznia, działający przy Ministerstwie (wątpliwej) Edukacji Narodowej; w dalszej kolejności powołani mieli zostać rzecznicy wojewódzcy, a także – choć już nieobowiązkowo dla poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego – powiatowi i gminni. Osoby uczniowskie dołączyłyby więc do obywateli, konsumentów, pacjentów i innych grup mających rzeczników swoich praw. Odpowiednia nowelizacja ustawy Prawo Oświatowe przeszła ładnie przez Sejm i Senat… a potem zawetował ją Alfons. Nie spodobał mu się pomysł powołania Rzecznika Praw Ucznia. W czym nie ma nic zaskakującego.

Rzekomo i oficjalnie wsłuchał się lokator Pałacu Prezydenckiego w głos środowiska nauczycielskiego, któremu utworzenie nowej instytucji kontrolnej, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt się podobało. Niektóre uwagi, na przykład te dotyczące wadliwych uregulowań wynagrodzenia rzeczników, były jak najbardziej merytoryczne, za innymi jednak krył się strach, że pojawi się ktoś, kto będzie zwalczał nadużycia lub po prostu zmuszał do rzetelnego wykonywania swoich obowiązków zawodowych.

Cóż, jak wspominam swoje szkolne czasy, to taki Rzecznik Praw Ucznia, czy to na poziomie krajowym, czy samorządowym, rzeczywiście by się przydał. Nie wiem, jak jest teraz, podejrzewam zresztą, iż w poszczególnych placówkach wątpliwej oświaty sytuacja wygląda różnie, niemniej biorąc pod uwagę, że mieszkamy w (k)raju nad Wisłą, jakoś wątpię, by z przestrzeganiem praw uczniowskich było wesoło.

No, ale rzecznika nie będzie; wysoce wątpliwym jest bowiem, że Sejm odrzuci weto Alfonsa.

Co tak naprawdę kryje się za tym jego krokiem? Wcale nie podzielanie nauczycielskich wątpliwości, mniej lub bardziej uzasadnionych. Powody są stricte ideologiczne, wynikające z przynależności Alfonsa do skrajnej prawicy.

No właśnie, jako typowy naziol nie uznaje on ŻADNYCH praw człowieka, w tym tych, jakie przynależą poszczególnym grupom. Zdaniem Alfonsa, jednostka ludzka, niezależnie od wieku, powinna być pozbawiona wszelkiej wolności i totalnie podporządkowana hierarchii: państwowej, społecznej, ekonomicznej, zawodowej… czy właśnie szkolnej. A skoro nie uznaje praw, to ich rzeczników też nie.

Dalej, Alfons, jako naziol, jest zwolennikiem nieludzkiego systemu kapitalistycznego w najdzikszym możliwym wydaniu. A zatem systemu, który bazuje na zniewolonej ekonomicznie i mentalnie klasie pracującej, zasuwającej ponad siły na majątki kapitalistycznych wyzyskiwaczy. I takich właśnie niewolników ma wychowywać szkoła – tę funkcję pełni ona w optyce prawicy, zwłaszcza skrajnej. Z placówek wątpliwej oświaty wychodzić mają nie wyedukowane, świadome jednostki, lecz ludzie ogłupieni, bezmyślni, bezwarunkowo posłuszni i nieświadomi tego, że w ogóle mają prawa. Uświadamianie posiadania praw osobom uczniowskim jest więc dla tego hitlerowca (i jemu podobnych) herezją oraz zbrodnią wobec systemu.

Nie zapominajmy też, że Alfons wywodzi się politycznie z klerykalnej prawicy postsolidarnościowej. Jest solidaruchem, w dodatku mocno podkreślającym swój katolicyzm. Oznacza to, że w jego ślepiach prawa mają wyłącznie płody, które określa mianem „dzieci nienarodzonych”. Osoby, które już się narodziły, żyją, czują, myślą – żadnych praw zdaniem Alfonsa nie mają. Uczniowie też nie.

Naziolowi z Pałacu Prezydenckiego najbardziej podobałaby się szkoła, w której osoby uczniowskie nie mogłyby się odzywać niepytane, musiałyby albo siedzieć, albo stać na baczność, chodziłyby tylko wyznaczonymi korytarzami i byłby tłuczone drewnianą linijką (a na obowiązkowej katechezie – drewnianym różańcem) za byle przewinienie. Szkoła, z której dzieci i młodzież wychodziłyby upodlone, pokiereszowane i z zapisaną w głowach informacją, że muszą być posłuszne jednostkom stojącym wyżej w hierarchii, iż nie mają praw i nic im nie wolno. Że jedyne, co mogą, to harować bez oczekiwania na nagrodę.

Stąd właśnie wzięło się ostatnie weto. Wady nowelizacji Prawa Oświatowego nie miały nic do rzeczy.

Komentarze