Na okupowanym obszarze

Do kin wszedł film Odyseja w reżyserii Christophera Nolana. Wybierałem się do kina na seansik, ponieważ, nie ukrywam, produkcja owa mnie ciekawi i chciałbym ją obejrzeć. Wszelako, zastanawiam się, czy warto. I nie, czynnikiem zniechęcającym nie jest fakt, że Helenę Trojańską gra czarnoskóra aktorka (jej przynależność rasowa jest mi głęboko obojętna), lecz fakt, że część zdjęć nakręcono w Saharze Zachodniej. Konkretnie, na obszarze okupowanym przez Maroko od 1975 roku.

Jasne, okupacja owa – nielegalna, dodajmy – nie jest aż tak krwawa, jak to, co Izrael wyczynia w Palestynie, ze szczególnym uwzględnieniem Strefy Gazy… niemniej brutalności nie można jej odmówić. Już w latach 70. ubiegłego wieku, po marokańskiej inwazji, połowę Saharyjczyków wyrzucono z ich domów; żyją oni, a także ich potomkowie, obecnie na algierskiej pustyni, w skrajnie trudnych warunkach. Pozostali mieszkają, praktycznie pozbawieni wolności, w państwie policyjnym, odcięci od bliskich wybudowanym przez Maroko murem o długości 2700 km, do tego naszpikowanym milionami min lądowych. Co istotne – i wyjątkowo ponure – rdzenny mieszkaniec Sahary Zachodniej, tak czy owak uwięziony pod marokańską okupacją, może trafić za kratki za to jedynie, że podniósł telefon bądź kamerę.

Tymczasem filmowcy z Hollywood (i, jak podejrzewam, nie tylko) wybierają Saharę Zachodnią na miejsce zdjęć, ponieważ jest tania. A jest tania właśnie dlatego, że pozostaje okupowana. Nadto Maroko wiele robi, by poprawić swój marketingowy wizerunek na świecie. Ważnym elementem tejże strategii jest udostępnianie swoich – zarówno rdzennych, jak i okupowanych – terytoriów pod kręcenie filmów. Amerykańscy i inni korzystający z marokańskiej gościnności filmowcy są honorowani, oferuje się im liczne udogodnienia, no i atrakcyjne ceny. Lokalny sułtanat się bogaci, tym bardziej, że dzięki powstającym tam filmom do państwa tego napływają turyści i ich pieniądze, czyli korzysta też miejscowy kapitał. Na bazie takiej międzynarodowej współpracy rozwija się również lokalny przemysł filmowy.

Kosztem Saharyjczyków i ich zniewolenia.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Christopher Nolan i producenci Odysei nie wiedzieli o okupacji Sahary Zachodniej, przeto zlokalizowali tam zdjęcia nieświadomie, kierując się względami ekonomicznymi czy pięknem plenerów. To jednak nieprawda; do reżysera i odtwórców głównych ról od dawna napływały apele od saharyjskich twórców (pracujących na emigracji, gdyż w kraju nie mogą) czy obrońców praw człowieka, wzywających do zmiany lokacji produkcji. Niestety, zostały zignorowane. Forsa przeważyła, jak to w kapitalizmie.

Sprawa nie wzbudziła, niestety, większego zainteresowania; o okupacji Sahary Zachodniej przez Maroko mało kto wie, a świat zachodni w pełni ją akceptuje. Kontrowersje (głupie i nieuzasadnione) wokół Odysei dotyczyły ciemnego koloru skóry aktorki grającej Helenę Trojańską, nie zaś tego, że za produkcją filmu stało cierpienie niewinnych ludzi. I teraz niczego nieświadomi widzowie chodzą do kina, by dołożyć się do wspierania okupacji… Nie, nie winię ich za to. Przecież o tym nie wiedzieli. No i trudno mieć do człowieka pretensje o to, że chce obejrzeć ekranizację jednego z najważniejszych arcydzieł w dziejach ludzkości, a już na pewno kultury europejskiej.

Cała sprawa jasno tez pokazuje, iż w kapitalizmie nie ma etycznej konsumpcji. Za każdym towarem, jaki nabywamy – wliczając w to korzystanie z dzieł kultury – stoi wyzysk. A za niektórymi, jak w tym wypadku, wspieranie przez ich producentów okupacji, zniewolenia oraz im podobnych patologii.

Film sam w sobie może być bardzo dobry. Jego wartości artystycznej w żadnym razie nie kwestionuję. Zastanawiam się po prostu, czy skoro był kręcony na okupowanym obszarze, z pełną świadomością twórców, warto go oglądać w kinie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Moda na Palestynę