Przegniłe imperium

W ostatnich dniach przypadła dwieście pięćdziesiąta rocznica powstania agresywnego państwa, które rości sobie rolę przywódczą tak zwanego „wolnego świata” (cokolwiek to znaczy) i bycie „ostoją demokracji”. Tak, o Stany Zjednoczone Ameryki chodzi.

Tu przypomnę, że w swojej historii pozytywną rolę odegrały one jedynie dwukrotnie: kiedy podczas I wojny światowej wysłały do Europy żołnierzy, pomagając zakończyć ten konflikt, i gdy przyłączyły się do koalicji antynazistowskiej w trakcie II wojny światowej. Poza tym były i są czynnikiem destabilizującym, największym zagrożeniem dla światowego pokoju i bezpieczeństwa: wywołują wojny (i często je przegrywają, np. ostatnio z Iranem), wspierają dyktatorów (faszystowskie junty południowoamerykańskie w drugiej połowie XX wieku) czy masowych zbrodniarzy („Solidarność” i Balcerowicz, faszystowski Izrael, itd.). A imperializm amerykański dąży do podporządkowania sobie całego świata, zwłaszcza oczywiście gospodarczego, co z reguły odbywa się pod hasłami „szerzenia demokracji”, „promowania wolności”, „walki z terroryzmem” i innymi zakłamanymi.

Z okazji rocznicy narodzin tego państwa lokator Białego Domu, Donald Trump, urządził… turniej MMA. U licznych komentatorów zapatrzonych w USA niczym w święty obrazek wywołało to niesmak (delikatnie rzecz ujmując); powstawać zaczęły liczne analizy, usiłujące odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się z tym państwem. Bo, że dzieje się źle, to widać. Skręca ono w stronę rasizmu, ksenofobii i jawnego faszyzmu – czego przejawem nie tylko prezydentura Trumpa, lecz także coraz otwarciej działające organizacje skrajnie prawicowe, terror przez nie szerzony czy ICE wraz z policją traktujące ludzi jako tarcze strzeleckie. Gospodarka pada, szerzy się nędza, bezdomność i patologie z nich wynikające, z masową przestępczością na czele. Kilkadziesiąt milionów Amerykanów głoduje. Polityczna stabilność państwa wisi na włosku; parę ładnych razy, odkąd Trump po raz drugi wpełzł do Białego Domu, do wojny domowej, a przynajmniej krwawych rozruchów niewiele brakowało. Krótko mówiąc, kryzys się nasila.

Co więc stało się z USA?

Ano, z jednej strony opada maska, w czym Trump i jego głupota wraz z szaleństwem wydatnie pomaga. Otóż, Stany Zjednoczone nigdy nie były żadną „ostoją demokracji”, ani tym bardziej wolności. Państwo to wyrosło na rzezi rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej oraz na wyjątkowo brutalnej eksploatacji czarnoskórych niewolników, która po drugiej połowie XIX wieku przerodziła się w segregację rasową, obecnie FORMALNIE nieistniejącą, lecz w praktyce ciągle mającą miejsce. Demokracja, prawa obywatelskie i wolność zawsze były tam dla najbogatszych; większość społeczeństwa nie mogła i nadal nie może cieszyć się takimi standardami jak na przykład bezpłatna opieka zdrowotna, a w sądach stoi na przegranej pozycji. Człowiek bez pieniędzy jest w USA niczym, natomiast tamtejsza gospodarka to oczywiście dziki kapitalizm, który w zasadzie nie pozwala się dorobić. Istnieją tam gigantyczne nierówności społeczne, znacznie większe niż nawet w Polsce czy innych państwach europejskich (strefę post-radziecką wliczając). Można zaharowywać się na śmierć, a głodować i nie mieć domu. Pomoc społeczna praktycznie nie istnieje, ogranicza się do bonów (kartek) na śmieciową żywność. Powszechna nędza doprowadza oczywiście do rozrostu przestępczości; gigantyczne obszary w większości miast są tak niebezpieczne, że lepiej tam nie wchodzić, gdyż można zostać zamordowanym albo przez bandytę, albo policjanta. Amerykański aparat represji i nadzoru zresztą nie waha się strzelać do ludzi…

Mówiąc krótko, USA są imperium przeżartym wewnętrzną zgnilizną. Za bajkami o wolności i demokracji kryją się brutalne realia: wyzysk, eksploatacja, bieda, rasizm… Za bajkami o staniu na straży światowego pokoju kryje się imperializm i militaryzm. Patologie te narodziły się wraz z amerykańskim ustrojem politycznym – politycy reprezentują tam interesy garstki najbogatszych i nikogo więcej – oraz systemem społeczno-ekonomicznym, stanowią ich nieodłączną część… no i z czasem narastały. Przez dwa i pół wieku imperium najzwyczajniej w świecie przegniło. Donald Trump wraz z Partią Republikańską tudzież kapitalistami w rodzaju Elona Muska jedynie przyspieszył proces gnicia, zarazem ukazując, jak on wygląda.

Rzecz jasna, pomarańczowy szaleniec swoją durnotą, niestabilnością emocjonalną i chaotycznymi działaniami potęguje kryzys pochłaniający USA – polityczny oraz gospodarczy. Całkiem wręcz możliwe, że doprowadzi do upadku tego państwa.

I żaden turniej MMA ani mistrzostwa świata w piłce nożnej (Trump ingeruje nawet w decyzje sędziów odnośnie czerwonych kartek dla piłkarzy, co ze sportową rywalizacją nie ma zgoła nic wspólnego) nie pomogą. Igrzyska mogą odwracać społeczną uwagę od problemów, ale same w sobie nikogo nie nakarmią.

Im szybciej świat otoczy to przegniłe imperium kordonem sanitarnym, tym lepiej.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Moda na Palestynę