Kranówka i kapitaliści

Rząd (k)raju nad Wisłą chciał wprowadzić niewielką, ale korzystną reformę. Oto, lokale gastronomiczne miały mieć obowiązek udostępniania ZA DARMO wody z kranu spragnionym osobom. Nie chodziło o wodę butelkowaną, lecz o kranówkę właśnie.

No, ale przedstawiciele sektora (jak to zresztą było do przewidzenia) zaprotestowali; ci z najbardziej nabitymi portfelami, ma się rozumieć. Podniosły się, typowe dla takich sytuacji, niby-argumenty, że jeśli reforma ta zostanie wprowadzona, polska gastronomia – od małych lokali po wielkie sieci restauracyjne – zbankrutuje i upadnie. Kilka łyków udostępnionych spragnionym osobom bez pobierania opłaty miało rozłożyć na łopatki całą branżę (aż taka słaba jest jej kondycja?), a właścicieli puścić z torbami. Większość koalicji rządowej posłuszna jest woli kapitalistów – nazywanych eufemistycznie „przedsiębiorstwami” – przeto pod wpływem protestu z obowiązku darmowego udostępniania kranówki się wycofano i reforma w życie nie wejdzie.

Jeszcze raz podkreślę – nie chodziło o darmową dystrybucję napojów, lecz o to, żeby w kryzysowej sytuacji nalać komuś szklankę wody z kranu. Lub po prostu dodać ją do zamówionego dania, jeśli klient poprosi.

No, ale słowo „darmowy” jest największym koszmarem kapitalisty – nie wiem, czy z każdego kraju, ale z Polski na pewno. Przedstawiciel tej klasy społecznej skrętu kiszek dostaje na myśl, że miałby cokolwiek, kilka łyków kranówki chociażby, udostępnić komukolwiek bez pobierania opłaty. Gdyby spotkał umierającego z pragnienia człowieka, jemu też policzyłby za wodę.

Rzecz jasna, nie dotyczy to wszystkich osób prowadzących lokale gastronomiczne. W Polsce są tacy, którzy darmową wodę z kranu na życzenie klientów podają od dłuższego już czasu, a ich biznesy jakoś nie upadają, ani nawet się nie chwieją od tego. W polskich schroniskach górskich można za darmo nawet wrzątek dostać, i coś mi się wydaje, że turystyka jedynie na tym zyskuje. W wielu państwach z wysoko rozwiniętą kulturą kulinarną rozwiązanie to przyjęte jest powszechnie w branży gastronomicznej. Nie widzę przeszkód, żeby Polska nie miała dołączyć do tego grona.

No, ale nie dołączy, by jęczeć zaczęli najbogatsi, najsłynniejsi restauratorzy, ci, co wielkie koszą kokosy. Nic nowego, najzamożniejsi znów okazali się najbardziej pazerni.

Pytanie jednak, czy nie strzelili sobie w stopę, wizerunkowo rzecz jasna. Oto pokazali, jak traktują klientów. Nie jako gości, którym najzwyczajniej w świecie należy się jak najlepsze traktowanie – wliczając w to podanie darmowej wody, jeśli klient ma na to ochotę, z uprzejmości chociażby – lecz jako bezosobowe źródło zysku, które mogłoby nie istnieć, gdyby nie płaciło. No dobra, wiadomo, że kiedy idę do restauracji, muszę uiścić opłatę za zamówione dania; to normalne i konieczne. Ale kiedy do owej potrawy dostaję darmowy dodatek w postaci na przykład szklanki wody, czuję się bardziej doceniony, mam poczucie, iż właściciele lokalu widzą we mnie człowieka, nie skarbonkę. Tym chętniej płacę. A jeśli wiem, że spragniony człowiek w danym miejscu liczyć może na kilka darmowych łyków wody, tym chętniej tam chodzę.

No i nie oszukujmy się, jeśli danej restauracji nie stać na kranówkę, jakim cudem w ogóle ona funkcjonuje?

Szkoda, że znów zatriumfowała chciwość, na której oparty jest kapitalizm. Reforma zapowiadała się naprawdę fajnie, mogła być świetnym rozwiązaniem dla polskiej branży kulinarnej. Ale, niestety, nie będzie. Bo dla kapitalistów słowo „darmowe” najgorszym jest koszmarem.

No, chyba, że chodzi o pracę. Ta, zdaniem tych pasożytów, wręcz powinna być darmowa…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Odbieranie dobrego

Kapitalistyczni esesmani

Przejęcie