Zachód i jego wzorce

Na szeroko pojętym Zachodzie, a nawet całej globalnej Północy, mówi się o różnych wzorcach i standardach: demokracji, praworządności, prawach człowieka, liberalizmie, otwartości, tolerancji… Wszystko to brzmi pięknie, kiedy jednak bliżej się przyjrzeć polityce państw zachodnich oraz organizacji międzynarodowych, okaże się, że to tylko takie gadanie, służące politycznej, gospodarczej tudzież militarnej ekspansji, czyli imperializmowi po prostu.

Demokracja jest tutaj świetnym przykładem. Mowa oczywiście o typie owego ustroju, jaki upowszechnił się w Europie, USA, Kanadzie czy Australii, bo inne jej rodzaje… ano właśnie. Wszystko, co nie mieści się we wzorcach ustrojowych globalnej Północy, a konkretnie Zachodu, jest z góry potępiane i deprecjonowane, zazwyczaj jako dyktatura czy autorytaryzm. Czasami trafnie, niemniej trudno nie zauważyć, iż demokracja może przyjmować i w dziejach minionych faktycznie przyjmowała różne formy, takie jak demokracja radziecka pod rządami Lenina (Stalin wprowadził brutalną dyktaturę i technokrację). Zachodnia krytyka innych ustrojów najczęściej łączy się też z domaganiem się przyjęcia demokracji wedle wzorców europejskich czy amerykańskich (żadne inne wszak w grę nie wchodzą) przez resztę świata: Afrykę, Azję, Amerykę Południową… Nieważne, czy w danym miejscu istnieją już inne tradycje polityczne, które jako tako działają, i z których ludzie są zadowoleni. Nieważne, czy demokracja w ogóle może się w danym państwie sprawdzić (nie jest to takie proste chociażby tam, gdzie istnieją nader radykalne siły polityczne, posługujące się na przykład terrorem czy niewahające się prowadzić walki zbrojnej). Demokracja musi być, i to taka, jak sobie tego życzą w Waszyngtonie czy Brukseli. A jeśli nie…

Ano, mamy przykłady. Irak. Syria (gdzie po obaleniu Asada do władzy doszło islamistyczne stronnictwo… terrorystów, jeszcze brutalniejszych niźli ów dyktator). Afganistan (gdzie nie udało się wprowadzić innej demokracji niż tradycyjna plemienna, a po wycofaniu się wojsk amerykańskich do władzy wrócili skrajnie antydemokratyczni talibowie). Od kilku dni Iran, na który spadają bomby. Tak, chodzi o zbrojne agresje i próby obalenia władzy. Oczywiście ich ofiarami padają te jedynie kraje, które nie chcą gospodarczo ani politycznie podporządkować się Zachodowi z USA (i Izraelem) na czele; w takiej Arabii Saudyjskiej, Katarze czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich skrajnie antydemokratyczne rządy jakoś nie przeszkadzają. Identycznie, jak powszechne tam łamanie praw człowieka, zwłaszcza praw kobiet, które są praktycznie zlikwidowane (inaczej niż w takim na przykład Iranie).

Ano, i tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli imperializmu.

Otóż, za gloryfikowaniem zachodnich standardów typu demokracja i prawa człowieka, a przede wszystkim za dążeniem do implementacji ich na całym świecie, nie kryje się nic innego poza chęcią ekspansji polityczno-gospodarczej. Czyli podporządkowania poszczególnych państw świata nie tylko Waszyngtonowi, Londynowi, Berlinowi czy Brukseli, ale przede wszystkim właścicielom i udziałowcom ponadnarodowych koncernów tudzież korporacji. Albowiem w kapitalistycznej propagandzie demokracja jest nierozerwalnie powiązana z kapitalizmem (eufemistycznie określanym jako „wolny rynek”), mimo iż tak naprawdę ów ustrój polityczny z owym systemem społeczno-ekonomicznym są nie do pogodzenia. A wiadomo, że kapitalizm służy jeno interesom garstki oligarchicznych posiadaczy. I to na ich rzecz promowana jest – czasami zaś narzucana, przy użyciu wojsk i bomb – demokracja wraz z innymi zachodnimi wzorcami. Rzecz jasna, nie o PRAWDZIWĄ demokrację chodzi, lecz o dziki kapitalizm, który zapanować ma we wszystkich częściach świata po to, aby najzamożniejsi burżuje mogli swobodnie maksymalizować zyski.

Jest to nowa odmiana kolonializmu, trafnie zwana neokolonializmem. Państwa zachodnie nie mają już oto formalnych kolonii na poszczególnych kontynentach, lecz wywodzące się z nich koncerny i korporacje mają opanowane rynki w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej (tam silne są przede wszystkim wpływy USA). Opanowywanie dokonało się pod pozorem wdrażania demokracji czy praworządności. Konsekwencja jest taka, że „demokratyczne” rządy nie mają wiele do powiedzenia, uzależnione są bowiem gospodarczo, a więc i politycznie od Zachodu.

Tak jak w klasycznym kolonializmie z XIX wieku, tak i w neokolonializmie mamy do czynienia z rasizmem, choć może cokolwiek zakamuflowanym i raczej kulturowym. Zachodnie oto kultury, mylnie nazywane cywilizacją, przedstawiane są oto jako „wyższe” czy „lepiej rozwinięte” niż afrykańskie, azjatyckie lub południowoamerykańskie… co oznacza, że ich „przyrodzonym prawem” jest panowanie nad nimi.

A jeśli ktoś ma inne wzorce niż zachodnie i zamierza je kultywować, zarazem zaś nie zamierza udostępniać swojego rynku koncernom z globalnej Północy? Temu zachodnia bomba na głowę!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Usiłują mnie zabić