Skoszona trawa

Zaczynają się upały; wedle prognoz pogody, temperatura W CIENIU dobijać ma prawie do czterdziestu stopni Celsjusza (w Polsce, bo w niektórych państwach, np. we Francji, wartość tę najprawdopodobniej przekroczy). Cóż, mamy katastrofę klimatyczną. Oprócz tego trwa susza; co najmniej w jednej miejscowości z jej powodu zabrakło już wody. Tu nadmienić trzeba, iż Polska ma MNIEJSZE zasoby wód gruntowych niż… Egipt, i to od wielu lat, co oznacza, że o wodę winniśmy jako społeczeństwo dbać. Dbałość owa to obowiązek przede wszystkim władz publicznych, w tym zwłaszcza samorządowych.

Tymczasem od wiosny regularnie koszone są trawniki na terenach komunalnych. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że najczęściej trawa strzyżona jest na maksimum, do gołej ziemi nieomal. Co prawda, w mojej miejscowości odpowiedzialne instytucje NIECO się zreflektowały i nie ścinają źdźbeł praktycznie do zera, niemniej w wielu gminach wciąż tak się rzeczy mają. Skutek jest oczywiście taki, że podczas letnich upałów miejsca, gdzie powinno być zielono, wyglądają niewiele lepiej niż powierzchnia Diuny z wybitnego cyklu powieściowego Franka Herberta.

Takie koszenie trawników prawie do gołej ziemi jest szkodliwe z estetycznego punktu widzenia, lecz na tym liczba wad się nie kończy. Otóż, trawa (podobnie zresztą jak wszystkie inne rośliny) pomaga w walce z suszą – a z tą, jak wiemy, walczyć trzeba.

Zacznijmy od tego, że dłuższe źdźbła trawy (od siedmiu centymetrów w górę) zacieniają glebę, ograniczając utratę wilgoci z jej powierzchni – podczas upałów to niebywale ważne. Dalej, zdrowa trawa (wycięta na maska taka, niestety, nie będzie) tworzy gęstą sieć korzeni, ta zaś spulchnia glebę, ułatwiając wsiąkanie wody w głąb ziemi i zatrzymując ją w ekosystemie. Wycięcie trawy sprawia, że górna warstwa gleby zamienia się w twardą skorupę, przez jaką woda deszczowa ma problem przeniknąć; raczej po niej spływa, niż w nią wsiąka. Nie zapominajmy też, że pokryty trawą grunt okazuje się znacznie chłodniejszy niż odsłonięty (o zabetonowanym nie wspominając), co łagodzi lokalny mikroklimat.

Krótko mówiąc, z nieskoszoną lub przynajmniej skoszoną w stopniu umiarkowanym trawą jest przyjemniej i mniej sucho. Zdrowe podejście do koszenia tejże roślinności dokłada cegiełkę do walki z suszą oraz ogólnie katastrofą klimatyczną.

Niestety, taniej jest wystrzyc trawę niemal do zera raz na dłuższy czas, niż organizować częstsze koszenia. Z tego samego powodu samorządy gminne tak uwielbiają betonować wszystko, co się da – beton, bruk, marmury i tym podobne dziadostwa są tańsze w utrzymaniu niż tereny zielone; a że latem wysiedzieć się w ich bliskości nie da i przyczyniają się do ocieplenia klimatu oraz powodzi, to inna historia.

Cóż, oszczędność publicznego grosza to ogólnie dobra sprawa… o ile nie jest ona pozorna. Niestety, koszenie trawy na maksa czy betonowanie może i pozwalają krótkoterminowo zaoszczędzić na utrzymaniu terenów zielonych w gminie, lecz w dłuższej perspektywie generują znacznie większe koszta związane z usuwaniem skutków suszy, powodzi bądź podtopień. Innymi słowy, wydatki rosną, zamiast maleć.

No, ale polski polityk, także na szczeblu samorządowym, niekoniecznie może być uznany za istotę myślącą, zwłaszcza w kwestiach ekologicznych i klimatycznych…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Moda na Palestynę