Wsparcia brak
W ostatnich dniach Polacy – ci w każdym razie, którzy interesują się sportem – żyją sukcesami Mai Chwalińskiej, tenisistki. Mnie sport nie interesuję, ale pani Mai gratuluję i życzę dalszych sukcesów.
Warto wszakże zauważyć, że zaraz po tym, jak doszła do finału w nader ważnym turnieju tenisowym, w internecie pojawiły się informacje, iż kilka lat temu, gdy dopiero rozkręcała swą karierę, bodajże trzykrotnie (jeśli coś pokiełbasiłem, to przepraszam) zwracała się do, wówczas PiS-owskiego, Ministerstwa Sportu o wsparcie finansowe. Nieodmiennie jej odmawiano, ponieważ jakoby „nie rokowała”. Cóż, najprawdopodobniej PiS-owcy, jako typowi prawicowcy i solidaruchy, woleli paść się osobiście na publicznych pieniądzach, niż przeznaczać je na rozwój, w tym przypadku, tenisa ziemnego.
Jak sądzę, przypadek Mai Chwalińskiej nie jest odosobniony. Politycy – prawicowych dotyczy to szczególnie, wszak dosłownie ociekają obłudą tudzież fałszem – uwielbiają grzać się w blasku sportowców (i, w mniejszym nieco stopniu, artystów czy naukowców), gdy ci odnoszą sukcesy. To oczywiście czysty PR, forma budowania pozytywnego wizerunku. W innych jednak okolicznościach mają sportowców (artystów, naukowców, itd.) tam, gdzie słońce nie dociera, a o zapewnieniu im odpowiednich warunków do pracy, czyli przede wszystkim trenowania (tworzenia, prowadzenia badań), nie raczą pamiętać.
Większość dyscyplin sportowych w (k)raju nad Wisłą jest w większym lub mniejszym stopniu niedofinansowana (o kulturze i sztuce czy nauce to już w ogóle szkoda gadać). Dlatego sportowcom przysługuje – jeśli jakiekolwiek – skromne zaledwie wsparcie, często niewystarczające. Jeśli w Polsce nie ma infrastruktury, trenować muszą za granicą, a to oznacza koszta. Nierzadko muszą też z własnych pieniędzy dokładać do rozwijania swojej formy i umiejętności, to zaś wymaga naprawdę pokaźnych zasobów pieniężnych. Przypominacie sobie zapewne wypowiedź pewnego tenisisty sprzed lat, który narzekał, że od niego i jego kolegów wszyscy oczekują zwycięstw, a tymczasem państwo nie zapewnia odpowiedniego wsparcia, w związku z tym treningi odbywają się „gdzieś po szopach”? No właśnie, o to chodzi.
Mnie, jako się rzekło, sport nie interesuje, niemniej sukcesy uprawiających go osób, zarówno profesjonalistów, jak i amatorów, po prostu cieszą. Dlatego jako obywatel chciałbym, aby państwo – konkretnie odpowiedzialni na to politycy – przeznaczali na rozwój poszczególnych dyscyplin więcej pieniędzy. Jasne, żaden budżet nie jest z gumy, niemniej z pewnością da się rozplanować racjonalnie wydatki tak, aby służyły osobom utalentowanym i chcącym swoją formę rozwijać. No i nie oszukujmy się, pora przestać paść się na środkach publicznych, a zacząć przeznaczać je na to, na co zostały wyasygnowane.
Niestety, pozytywne zmiany w tym zakresie szybko nie nastąpią. Politycy wolą przecież wykorzystywać sportowców (i nie tylko, bo to samo dotyczy na przykład artystów) w swoich PR-owych kampaniach, kiedy zaś przyjdzie co do czego, mają ich gdzieś. Wsparcia brak. Dzieje się tak niezależnie od tego, która z prawicowych, postsolidarnościowych partii sprawuje akurat władzę (jest przy korycie); wszystkie grabią do siebie oraz kapitalistów (tych w sutannach wliczając), osoby obywatelskie i ich potrzeby ignorując.
Tymczasem nie ma się co oszukiwać – bez forsy sukcesu nie będzie. Jeśli więc chcemy, aby nasi sportowcy odnosili zwycięstwa, kultura polska szerzyła się po świecie, a nauka była ceniona, potrzebne jest zwiększenie nakładów publicznych.
PS. Jutrzejszej notki prawdopodobnie nie będzie, z powodu wizyty u lekarza. Serdecznie z góry przepraszam.
Komentarze
Prześlij komentarz