Zakłamana wspólnota

Jednym z najbardziej załganych sformułowań jest majątek kościelny – w odniesieniu do Kościoła katolickiego i, jak przypuszczam, prawosławnego, bo w Kościołach protestanckich, tych lepiej funkcjonujących w każdym razie, rzecz wygląda nieco bardziej demokratycznie.

Gdzie tu kłamstwo? Nie chodzi oczywiście o to, że Kościół katolicki majątku nie posiada; posiada, i to gigantyczny. W samej tylko Polsce to liczne nieruchomości, składające się na około połowę terytorium kraju (sic!), przekazane, oczywiście za bezcen, przez solidaruchów, do czego dochodzi największy skarbiec w państwie (Jasna Góra), liczne dzieła sztuki, zabytki, zyski z działalności gospodarczej, itd. No i oczywiście pieniądze publiczne, czyli nasze, przelewane przez władze państwowe i samorządowe.

Krótko mówiąc, związek ów wyznaniowy jest bardzo bogaty. Oczywiście, z poszczególnymi księżmi bywa różnie – trafiają się tacy, co żyją w ubóstwie, choć nie brakuje kapitalistycznych burżujów w rodzaju Rydzyka – niemniej jako instytucja, Kościół katolicki dysponuje gigantycznym majątkiem.

I tu dochodzimy do zakłamania. Otóż, organizacja ta w swojej propagandzie przedstawia się jako wspólnota ludzi wierzących. Tymczasem właśnie na przykładzie zarządzania niezmierzonymi bogactwami widać, że nią nie jest.

Czyż bowiem wierni świeccy mają cokolwiek do powiedzenia… nawet nie w temacie wydatkowania pieniędzy diecezjalnych, ale choćby parafialnych? W zasadzie nie; decyduje o tym kler. Inaczej niż w Kościołach protestanckich, gdzie decyzje o charakterze ekonomicznym (podobnie jak inne) zapadają demokratycznie, uczestniczą w nich parafianie; właśnie dlatego protestanci często są bogatsi niż katolicy – już na poziomie życia kościelnego, od dziecka uczą się gospodarować pieniędzmi.

Nie tylko jednak o zarządzanie chodzi. Czy świecki katolik ma pełne prawo do korzystania z kościelnych nieruchomości? A skądże. Ze świątyni czy kapliczki skorzystać może tylko, kiedy odbiera usługę religijną; jest wtedy nie tyle członkiem jakiejś duchowej wspólnoty, ile klientem. Biskupie pałace pozostają przed nim zamknięte. Jeśli znajdzie się w trudnej sytuacji bytowej, to owszem, czasem ma szansę uzyskać wsparcie od kościelnej organizacji Caritas, niektóre parafie wydają – z wielkim bólem – dary dla wiernych (najlepiej, jeśli taki wierny podjedzie pod plebanię nowym Mercedesem), czasami organizowane są posiłki dla osób w kryzysie bezdomności, działa (i chwała jej za to) siostra Chmielewska… Ale to w zasadzie tyle. Jakoś nie znam przypadku, gdy biskup czy kardynał przeznaczył miliony na systemowe wyciąganie ludzi z biedy – miliony, które marnują się na kościelnych kontach.

Zdarzało się zresztą nieraz, że ludzie Kościoła na rzekomym pomaganiu zbijali gigantyczne majątki. Świetnym, acz nader ponurym przykładem była matka Teresa z Kalkuty, której zakon stanowił pralnię brudnych pieniędzy (gdzieś spotkałem się z informacją, że pozyskiwanych między innymi z handlu żywym towarem). Wyciągała, formalnie na cele pomocowe dla Indusów cierpiących skrajną nędzę oraz liczne choroby, miliardy dolarów od wiernych z całego świata, sporą część tej fortuny zachowywała dla siebie, resztę wysyłała do Watykanu (dlatego Jan Paweł II był jej wielkim fanem, a wręcz fanatykiem), schorowanym, umierającym podopiecznym skąpiąc na środki przeciwbólowe; twierdziła, sadystka jedna, że cierpienie zbliża do Chrystusa, przeto chorym nie należy uśmierzać bólu.

Podobnie z naszym polskim Rydzykiem. Też swego czasu zbierał, głównie w zakładach pracy, pieniądze na ratowanie stoczni… po czym środki ze składek trafiły na konto jego fundacji Lux Veritatis.

Tak to właśnie wygląda. Kościół katolicki ogłasza się wspólnotą, kiedy od świeckich swoich członków chce wydoić pieniądze. Często pod pozorem zbierania na szczytny cel, taki jak pomaganie ludziom potrzebującym. Kiedy jednak zebrane środki trafiają na kościelne rachunki bankowe, wspólnotowość rozmywa się niby dym, znika jak sen. W jej miejsce wchodzi ścisła hierarchia i korporacyjne, totalitarne podporządkowanie ociekającym bogactwem władcom: biskupom, kardynałom, papieżowi. Okazuje się, iż świecki wierny, rzekomo „fundament wspólnoty”, nie ma nic do powiedzenia, jeśli zaś potrzebuje od Kościoła pomocy, liczyć może, przy dobrych układach, na jakieś ochłapy co najwyżej.

Albowiem Kościół katolicki to nie żadna wspólnota ludzi wierzących, lecz typowa kapitalistyczna korporacja. Ogólnoświatowa, hierarchiczna, nastawiona wyłącznie na zysk. I jak wszystkie korporacje, totalitarna. Tam natomiast, gdzie kształtuje się totalitaryzm, o żadnej realnej wspólnotowości nie ma mowy.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Odbieranie dobrego

Moda na Palestynę