Biznes szarlatański
Coraz więcej osób w Polsce – i innych państwach kapitalistycznych, jest to bowiem kwestia w znacznej mierze systemowa – zmaga się z różnymi problemami psychicznymi, wliczając w to napady lęku, depresje, załamania, wypalenie, itd. Przybywa też ludzi mających różne problemy życiowe, np. z nawiązywaniem relacji. Nie wszyscy umieją akceptować trudności, zwłaszcza, że nieludzki system, w jakim żyjemy, zrzuca odpowiedzialność za porażki (takie jak bezrobocie, utrata zatrudnienia) czy nawet mniejsze niż zakładane sukcesy na jednostkę. Zarazem przybywa osób szukających alternatywnej wobec katolicyzmu formy rozwoju duchowego; stąd chociażby popularność medytacji.
Nic zatem dziwnego, że namnożyło się w ostatnich latach różnego rodzaju szarlatanów, czyli pseudo-terapeutów: coachów, niby-psychologów, współczesnych znachorów (nie mających oczywiście nic wspólnego ze stosowaniem medycy naturalnej), załganych guru (najczęściej oderwanych od takich ścieżek duchowych jak buddyzm czy inne uznane) czy szamanów (i tu nie chodzi o prawdziwy szamanizm, z którym zetknąć się można na Syberii bądź wśród rdzennych Amerykanów, lecz o osoby szamanów udające). Działają oni rzecz jasna w internecie, niektórzy też poza nim, i tym się różnią od autentycznych, certyfikowanych terapeutów, że oferują remedium na wszystkie problemy, jakie człowieka dotykają. Za sesje sobie liczą, drożej lub taniej, ale ich zarobki idą w setki tysięcy, a nawet miliony złotych.
Problem w tym, że nie są to autentyczni specjaliści, tacy jak psychologowie, psychoanalitycy, trenerzy rozwoju osobistego czy prawdziwi nauczyciele medytacji, guru albo szamani, lecz… No właśnie, ich działalność może nie jest czystym oszustwem, ale z pewnością się o nie ociera.
Z reguły bowiem sprowadza się do pseudo-analiz, wciskających klientom niemożliwe do zweryfikowania twierdzenia, że ich problemy wynikają z czegoś, co przydarzyło im się w niemowlęctwie (np. gwałtu), ze zbyt niskiego poziomu wibracji (cokolwiek to oznacza), negatywnego nastawienia (standard) i tym podobnych bzdur. Oczywiście większość „lekcji” sprowadza się do tego, żeby osoba korzystająca uznała znaną z książeczek motywacyjnych „prawdę”, iż „chcieć to móc”, zaczęła wstawać wcześniej (pomimo że już teraz się nie wysypia) i harowała dłużej oraz ciężej (mimo iż jest przepracowana, z czego właśnie wynikają problemy fizyczne tudzież psychiczne). Nie brakuje też sesji polegających na waleniu w bęben i mruczeniu czegoś, co niby ma pomóc słuchaczom. A za to wszystko trzeba płacić, płacić, płacić…
W odróżnieniu od realnej psychoterapii czy faktycznej ścieżki duchowej (która jak najbardziej może przynieść pozytywne rezultaty), mowa tu o niczym innym, jak o żerowaniu na ludzkich problemach. Czasami, zamiast pomagać je rozwiązywać, tacy szarlatani, pseudo-trenerzy czy pseudu-guru jeszcze je powiększają lub kreują nowe. A to już robienie krzywdy, podobnie jak kreowanie u klientów fałszywego poczucia sprawczości.
Jak rozpoznać takiego szarlatana-oszusta? Sygnałem alarmowym powinno być to, że ktoś chwali się, iż potrafi rozwiązać każdy problem i wyleczyć każdą chorobę (depresję wliczając), w dodatku w rekordowo krótkim czasie. Żaden poważy terapeuta ani guru czegoś takiego nigdy nie powie. Dalej, ostrzeżeniem winno też być pustosłowie, pseudo-naukowy lub pseudo-duchowy bełkot, którego nie da się powtórzyć własnymi słowami, wyzbyty z treści i nastawiony wyłącznie na przyciąganie klientów – to również sygnał nieuczciwej działalności.
W tym, że ktoś przeżywa trudne chwile i szuka pomocy, nie ma nic dziwnego ani złego. Jeśli ktoś ma kwalifikacje do jej udzielania, niech to robi. Nie ma też nic niewłaściwego w poszukiwaniu różnych dróg rozwoju duchowości, ani w uczeniu ludzi rozmaitych praktyk. Usługi w tym zakresie świadczyć powinni wszelako specjaliści, nie żadni szarlatani czy inni oszuści, wyłudzacze, fałszywi trenerzy i podrabiani guru.
Niestety, kapitalizm jest systemem, w którym nader łatwo można zbić kokosy na ludzkich problemach, oferując ich pozorne rozwiązanie.
Komentarze
Prześlij komentarz