Rozmowy pokojowe
Kilka dni temu na Florydzie odbywały się rozmowy na temat pokoju w Ukrainie. Brały w nich udział delegacje ukraińska i amerykańska. Nie były one – jak twierdza nieoficjalne źródła zbliżone do ukraińskich – łatwe, acz, zdaniem Amerykanów, „produktywne”. W każdym razie, wypracowano plan pokojowy dla Ukrainy, który amerykańska delegacja ma dziś przedstawić w Moskwie. Tymczasem prezydent Zełenski odbywał wizytę w Paryżu, również walcząc na arenie dyplomatycznej o pokój dla swojego kraju. Co będzie dalej, zobaczymy.
Osobiście mam nadzieję na zakończenie tej przeklętej wojny. Giną w niej najbiedniejsi – zarówno Ukraińcy, jak i Rosjanie – często z ulicznych łapanek, którzy nie mają szans wymigać się od służby wojskowej, czyli, nie oszukujmy się, bycia mięsem armatnim. A wszystko w interesie cara Putina, globalnych koncernów zbrojeniowych oraz paliwowych (przypomnijcie sobie, jak szalały ceny paliw na stacjach w lutym 2022 roku, zaraz po rosyjskiej agresji – potrafiły zmieniać się dosłownie z minuty na minutę, sam widziałem). Innymi słowy, politycy i kapitaliści korzystają, zwyczajni ludzie cierpią i giną.
W Polsce rozmowy te wywołały negatywne emocje, zarówno na scenie politycznej, jak i w większości ośrodków medialnych. Mainstream wydaje się im przeciwny. Jednakże obawa (uzasadniona, swoją drogą), że Trump chce sprzedać Ukrainę Putinowi (cóż, na współpracy z USA nikt nigdy dobrze nie wyszedł) tak naprawdę odgrywa tu rolę woalu, przez który przebija się żal, że działania zbrojne mogą wreszcie ustać i zapanuje… nawet, jeśli nie trwały pokój, to przynajmniej zawieszenie broni. Nie będzie śmierci, nie będzie zniszczeń. Zupełnie, jakby masowe zgony Ukraińców oraz Rosjan na froncie i poza nim (w bombardowaniach giną przecież cywile) podobały się zarówno polskim mediom, jak też politykom.
Tacy są krwiożerczy? Ha, pewnie tak. Ale nie tylko o to chodzi. Przede wszystkim, na wojnie ukraińsko-rosyjskiej (podobnie, jak na ludobójstwie w Gazie – vide trotyl do bomb, o którym niedawno pisałem) zarabia, a przynajmniej chce zarobić nadwiślańska zbrojeniówka. Od samego początku nie stanowi wszak tajemnicy, że Polska jest jednym z państw, które Ukrainę dozbrajały; przecież nie robiła tego za darmo, broń (jak wszystko inne zresztą) kosztuje. Gdyby więc zapanował pokój, a przynajmniej zawieszenie broni, kranik z pieniążkami zostałby zakręcony.
Oczywiście nie ma to nic wspólnego z interesem Polski jako państwa i społeczeństwa. A jest nim Ukraina niepodległa, żyjąca w pokoju, wolna zarówno od rosyjskich czołgów oraz rakiet, jak też od banderowców. Taka właśnie Ukraina daje możliwość stabilnej sytuacji politycznej, a wraz z nią militarnej i gospodarczej, w Europie Środkowo-Wschodniej, na czym Polsce powinno przede wszystkim zależeć. Tymczasem wygląda na to, iż nasze władze, o mediach nie wspominając, chciałby, aby w imię kapitalistycznych zysków Ukraińcy wyginęli w walce z Rosjanami.
To, czego sami Ukraińcy pragną, nikogo spośród polskich elit polityczno-medialnych zdaje się nie interesować.
Inna bajka, że to, iż w rozmowach na temat pokoju w Ukrainie, czyli państwie graniczącym z naszym, (k)raj nad Wisłą nie uczestniczy, stanowi jedną wielką porażkę (imitacji) polskiej polityki zagranicznej; gdyby takowa była prowadzona i pozostawała skuteczna, negocjacje pokojowe, i to ukraińsko-rosyjskie, toczyłyby się w Polsce.
Blado wypada minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski. Potrafi on fikać Putinowi, tylko słownie oczywiście, ale kiedy przychodzi co do czego, na arenie międzynarodowej okazuje się nieskuteczny, zanika, jak gdyby go nie było.
Z kolei „prezydent” Nawrocki – co najmniejszego zaskoczenia, rzecz jasna, nie stanowi – okazał się całkowicie żałosny. W kampanii wyborczej chwalił się, jakie to ma doskonałe relacje z Trumpem (ha, ha, ha!), ale nawet się do niego nie zająknął, że polska delegacja powinna mieć coś do powiedzenia w kwestii pokoju u najbliższego sąsiada, czyli tego, od czego bezpieczeństwo (k)raju nad Wisłą przecież zależy. Mało tego, od początku kadencji Alfons nie zrobił nic, aby zasygnalizować chociażby wolę spotkania z prezydentem Zełenskim (co zresztą trafnie wypomniał mu Robert Biedroń).
Zupełnie, jak gdyby naszych rządzących nie obchodził ani los sąsiadów, ani bezpieczeństwo naszego państwa; mimo iż o tym drugim tyle mówią, szkoda, że w kontekście rasistowskim.
No, ale czego się po prawicowcach spodziewać…? Powiedzmy sobie szczerze: Polska polityki zagranicznej nie prowadzi w zasadzie od 2005 roku (czyli pierwszego dojścia PiS-u do władzy), a jeśli już, to szczątkową, zgodną z instrukcjami płynącymi z Waszyngtonu.
Tymczasem Ukraina i Rosja powinny zawrzeć pokój, gwarantujący tej pierwszej integralność terytorialną oraz niepodległość. Czy USA w tym pomogą, to już inna sprawa.
Komentarze
Prześlij komentarz