Nowa wojna imperialistów
Wszystko wskazuje na to, że USA pod nieświatłym przewodnictwem Donalda Trumpa rozpętają już wkrótce nową wojnę. Tym razem z Wenezuelą. Groźby w kierunku tego państwa płyną z Waszyngtonu od dłuższego już czasu, w ostatnich dniach amerykańscy komandosi dokonali aktu piractwa morskiego, zajmując wenezuelski tankowiec, a ostatnio Stany Zjednoczone tworzyć zaczęły blokadę morską.
Naiwnym sprzedawana jest bajeczka, że chodzi o obalenie jakoby niedemokratycznego „reżimu” prezydenta Maduro, który – śladem swojego poprzednika, Hugona Chaveza – mimo wywołanego przez USA kryzysu gospodarczego skutecznie (jak dotąd) opiera się amerykańskim wpływom politycznym i gospodarczym. Z drugiej strony, bajeczka owa wcale nie jest sprzedawana jakoś szczególnie intensywnie, Trump bowiem wprost wystosował żądania, aby Wenezuela ZWRÓCIŁA swoje złoża ropy i innych surowców USA. Wiadomo zatem, jaki jest cel szykowanej wojny. Trump jest znacznie bardziej szczery niż poprzedni lokatorzy Białego Domu, nie ukrywa zatem, o co realnie chodzi tak jemu samemu, jak też – przede wszystkim – amerykańskiemu kapitałowi.
Złoża ropy naftowej Wenezuela faktycznie ma imponujące, jedne z największych na świecie. W dodatku znacjonalizowane, przez to imperialistyczny kapitał nie może położyć na nich łap, a bardzo by chciał. Nie tylko jednakowoż to wygląda źle w ślepiach Waszyngtonu. Przede wszystkim, południowoamerykańskie państwo nie pozwala skolonizować się ani kapitałowi z USA i w ogóle globalnej Północy, ani nie zamierza politycznie podporządkować się Białemu Domowi. Mało tego, zabiega o pełne członkostwo w grupie BRICS, tworzonej przez Brazylię, Rosję, Chiny, Indie i RPA oraz kraje stowarzyszone, które zawarły porozumienie gospodarcze, m.in. o handlu surowcami, mające za zadanie przełamać światową hegemonię USA oraz Europy. Członkostwo Wenezueli blokuje Brazylia, ale innego zdania są Chiny i Rosja, czyli dwa państwa stanowiące główną polityczną, militarną i, w przypadku Chin, gospodarczą konkurencję dla Stanów Zjednoczonych. Nic więc zaskakującego, że z perspektywy Waszyngtonu ten nieformalny sojusz wenezuelsko-chińsko-rosyjski wygląda nieciekawie.
Rzecz jasna, USA nie pierwszy raz próbują przejąć kontrolę nad Wenezuelą i jej złożami surowców. Jeszcze za życia poprzedniego prezydenta, wielkiego reformatora Hugona Chaveza, agenci Waszyngtonu usiłowali przeprowadzić pucz wojskowy, ten się jednak nie udał i Chavez spokojnie odzyskał władzę. Po jego śmierci Stany tak manipulowały cenami ropy naftowej, że poważnie zachwiały gospodarką wenezuelską, powodując wielki kryzys społeczny i falę migracji, lecz nie wpłynęło to na politykę Maduro, nie wspominając o jego obaleniu. Biden nie posunął się dalej, wygląda wszelako na to, że Trump się posunie.
Nie zapominajmy, że USA są imperium. Wszelkie zaś imperia upadają od wewnętrznego gnicia, kiedy przestają ekspandować. Analitycy w Waszyngtonie dobrze o tym wiedzą, podobnie jak i o tym, że gospodarka państwa się sypie. Padają kolejne przedsiębiorstwa, dziesiątki milionów ludzi głodują, lawinowo przybywa bezrobotnych i bezdomnych, kolejne dzielnice w miastach zamieniają się w slumsy. Tylko miliarderzy się bogacą, jak to podczas kryzysu. No to trzeba całość rozruszać, a sposobem na to jest wojna. Zwłaszcza taka, co daje możliwość ekspansji na państwo z ogromnymi złożami ropy i innych surowców, łapy na których położyłyby amerykańskie koncerny wydobywcze. Zarazem inwazja na Wenezuelę pozwoliłaby odwrócić społeczną uwagę od wewnętrznego kryzysu Stanów. Rozkręcą się też biznesy zbrojeniówki. A że żołnierze ginęli będą na froncie? Co z tego? Mniej ich będzie do wykarmienia (wojsko jest jedną z głosujących grup zawodowych).
Jak łatwo się domyślić, uderzenie US Army na Wenezuelę poskutkuje ludobójstwem, być może podobnym do tego, jakie Izrael popełnia w Strefie Gazy. Będzie to zapewne tragedia taka jak w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Być może zmieni się w konflikt, który trwał będzie ze zmiennym nasileniem przez wiele lat i pochłonie miliony ofiar, skończy się społecznym, gospodarczym oraz wszelkim innym wyniszczeniem Wenezueli, a w USA odbije się rykoszetem politycznym, tak jak Wietnam (zwłaszcza, jeśli oczekiwane korzyści ekonomiczne okażą się mniejsze, niż zakładano). Jedno jest pewne – Trump szykuje tragedię dla Wenezueli i nic dobrego dla swojego państwa.
Nie wiadomo też, jak zareagują Chiny i Rosja. O ile ta druga jest zbyt słaba, by realnie rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym (poza terytorium Ukrainy, gdzie toczy się bój o strefy wpływów), o tyle Państwo Środka ma ogromny potencjał, również militarny, a jego ewentualne zaangażowanie wpłynąć może bardzo różnie na losy całego świata. Pekin walczy o pokój, jednakże sprowokowany zachować się może naprawdę nieprzewidywalnie. Imperialiści igrają z ogniem.
PS. Jutrzejszej notki może nie być z powodu wyjazdu, za co serdecznie z góry przepraszam.
Komentarze
Prześlij komentarz