Najstarszy biznes świata

Żartobliwie (acz gorzkie to poczucie humoru) mówi się, że najstarszym zawodem świata jest prostytutka. Dorzuciłbym jeszcze złodzieja i płatnego zabójcę. Co jednakże jest najstarszym BIZNESEM (w sensie – działalnością gospodarczą) świata? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby była nim zinstytucjonalizowana religia.

Zapewne jeszcze w czasach prehistorycznych, gdy przedstawiciele naszego gatunku (choć całkiem prawdopodobne, że stało się to również u neandertalczyków) byli łowcami i zbieraczami, a o osiadłym trybie życia nikt nie myślał, i kiedy kształtowały się pierwsze kulty, wyspecjalizowali się ludzie twierdzący, że utrzymują kontakt z bogami, duchami czy jakimi tam jeszcze bytami; w swoich społecznościach cieszyli się gigantycznym poważaniem, być może to oni sprawowali w nich realną władzą. Byli to rzecz jasna różnego rodzaju szamani, czarownicy i tak dalej. Jestem pewien, że swoich obrzędów nie odprawiali za darmo, lecz pobierali różnego rodzaju ofiary, i to sute. Była to więc działalność czysto gospodarcza, innymi słowy biznes: ja was skomunikuję z bogiem czy duchem, a wy mi za to zapłacicie: żywnością, odzieniem, narzędziem lub cokolwiek mi jest potrzebne.

Kiedy ludzie zaczęli prowadzić osiadły tryb życia, uprawiać rolę i stawiać pierwsze osady typu miejskiego – czyli, gdy narodziło się to, co nazywamy cywilizacją – religie przybrały formy w pełni zinstytucjonalizowanych kultów, ze świątyniami, kapłanami, sługami świątynnymi, uczonymi w piśmie i tak dalej. A wtedy biznes rozkręcił się na całego.

Religia nierozłącznie związała się przecież nie tylko z ofiarami składanymi bogom, a zabieranymi przez kapłanów, ale też z handlem. Sprzedawano figurki bóstw, różne inne dewocjonalia czy zwierzęta przeznaczone na ofiarę. Niekoniecznie zajmowali się tym kapłani; niekiedy byli to świeccy kupcy (tacy jak ci, których Jezus wyrzucił ze Świątyni Jerozolimskiej), ale określony procent z zysków przekazywać musieli do świątynnych skarbów, co oznacza, że byli de facto proletariatem pracującym dla zysku kapitału.

W starożytnym Egipcie czcią otaczano różne zwierzęta, zwłaszcza koty, chroniące żywność przed gryzoniami i innymi szkodnikami, a ludzi przed drapieżnikami typu jadowite węże, przeto traktowane jako wcielenia bogini Bastet. Kapłani tejże byli oczywiście zawodowymi biznesmenami. Prowadzili otóż gigantyczne hodowle kotów, które tysiącami zabijano w bardzo młodym wieku, mumifikowano i sprzedawano wiernym, aby poprzez owe mumie mieli kontakt ze świętością. Działalność owa była skrajnie nieetyczna nie tylko z powodu masowego mordu na kotach, ale także dlatego, że tych było po prostu… za mało na mumie, przeto produkowano je często z błota i patyków owiniętych grubymi warstwami płótna i w takiej postaci sprzedawano jako kocie. Ot, widać, co w religii od tysięcy lat się liczyło – nie bóstwa, nie świętości, nie wiara, lecz pieniądz. Podejrzewam, że egipscy kapłani, maksymalizując zyski, pod względem braku etyki bynajmniej nie zaliczali się do wyjątków…

W średniowieczu, kiedy w Europie kwitło chrześcijaństwo, biznes religijny rozwijał się nadal. Ot, wspomnieć wystarczy o masowej sprzedaży odpustów (o czym pisałem niedawno w innej notce) oraz lipnych relikwii. Rzecz jasna, księża i biskupi darli z wiernych „co łaska”, ile wlazło.

I tak to trwa do dziś. Poszczególne związki wyznaniowe są w większości organizacjami czysto biznesowymi, nastawionymi na maksymalizację zysków. Wystarczy spojrzeć na USA, gdzie namnożyło się Kościołów i Kościółków, niekiedy prowadzonych przez pojedynczych pastorów czy innych ewangelizatorów, którzy za posługę oczywiście sobie nieźle liczą; często działają za pośrednictwem mediów. Takich można też spotkać w Europie, Polskę wliczając.

Nad Wisłą mamy Rydzyka i jego medialne imperium. Mamy całe wielkie firmy kręcące się wokół katolicyzmu (najczęściej, w odróżnieniu od toruńskiego kapitalisty w sutannie, działają one zupełnie uczciwie, np. wydawnictwa teologiczne czy sklepy z dewocjonaliami). Kościół katolicki sam w sobie jest ogólnoświatowa korporacją, macki której oplatają większą część świata, a w Polsce znalazły żyzną glebę w ludzkich umysłach. Trudno wszak znaleźć księdza, który udzieli sakramentu bez ofiary „co łaska”…

Jak widać, od starożytności, a pewnie i prehistorii nie zmieniło się w zasadzie nic. Religia – nawet, jeśli nie każda, to zdecydowana większość – pozostaje biznesem, źródłem zysku dla różnego rodzaju kapłanów. Są oni po prostu kapitalistami, wierni – ich klientami, natomiast ludzka wiara w Boga czy bogów (podobnie, jak same te mityczne byty) – środkiem produkcji.

Dobrze przynajmniej, że dziś masowo nie zabija się kotów na mumie…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Odbieranie dobrego