Moralny obowiązek popierania
Przed stu siedmiu laty, 7 listopada 1918 roku, powstał pierwszy od utraty niepodległości, niezależny od zaborców organ władzy politycznej w Polsce, czyli Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Na jego czele stanął socjalista, Ignacy Daszyński, przeto jest on określany także rządem Daszyńskiego. Zrzeszał większość działających wówczas polskich partii i środowisk politycznych, poza zdrajcami z Narodowej Demokracji oraz komunistami, którzy szli wtedy oddzielą drogą. I jeśli już mamy świętować początek II Rzeczypospolitej (co jest średnio sensowne, skoro państwo owo przestało istnieć w 1939 roku, a po II wojnie światowej odrodziło się w zupełnie innych granicach i z zupełnie innym – lepszym – ustrojem), właśnie 7 listopada powinien być Dniem Niepodległości.
Abstrahując wszelako od świąt, Polacy przez ponad sto dwadzieścia lat walczyli o niepodległość, czy to zbrojnie w powstaniach i Wiośnie Ludów, czy to jako żołnierze armii Napoleona, czy to poprzez zachowywanie własnej kultury i rozwijanie edukacji. Walka owa zakończyła się sukcesem, głównie dzięki działaniom szeroko pojętej polskiej lewicy.
Dziś również są społeczeństwa i narody walczące nie tylko o polityczną suwerenność, ale wręcz o biologiczne przetrwanie. Chyba najtrafniejszym przykładem są Palestyńczycy, okupowani od 1948 roku przez faszystowski Izrael, poddawani nieustannemu terrorowi, apartheidowi i innym prześladowaniom, a także masowo mordowani, głównie w Strefie Gazy, choć na Zachodnim Brzegu i innych zniewolonych terytoriach przemoc również się nasila, politycy zaś z Likudu wcale nie kryją, że marzy im się zmazanie ludności palestyńskiej z powierzchni Ziemi.
W Polsce, jak i w większości państw zachodnich, wiele osób protestuje przeciwko ludobójstwu w Strefie Gazy, czy tu biorąc udział w manifestacjach ulicznych, czy to na portalach społecznościowych bądź ogólnie w mediach. A na to odpowiada hasbara – izraelska propaganda – zarzucając im „antysemityzm”, o czym niedawno pisałem. Osobami szerzącymi hasbarę są często intelektualiści, np. pisarze, filmowcy, publicyści, itd., którym udało się wmówić, a teraz powtarzają bezmyślnie, że krytykowanie izraelskiej zbrodniczej polityki wobec Palestyny i jej mieszkańców faktycznie łączy się z nienawiścią wobec Żydów. Tak oczywiście nie jest; wystarczy wejść na pierwszą lepszą grupę pro-palestyńską na takim na przykład Facebooku, by przekonać się, że wpisy antysemickie są tam zakazane. I bardzo dobrze!
Jedna z pisarek i publicystek zmieściła w bardzo szacownym (co piszę zupełnie szczerze, bez szyderstwa ani nawet przekąsu) tygodniku felieton, w którym stwierdziła, że w kwestii krytykowania Izraela, jakie uznała za „antysemityzm”, „Polakom wolno mniej”, a to z tej przyczyny, że w Polsce odbywał się Holocaust, na polskich ziemiach były obozy zagłady.
To, że w tym zakresie „wolno nam mniej”, jest wielkim kłamstwem i manipulacją. Podczas II wojny światowej Polska była pod okupacją, polskie państwo nie istniało. Część jego ziem włączona została bezpośrednio do III Rzeszy, część do Związku Radzieckiego, na pozostałej części utworzono Generalne Gubernatorstwo, którym rządzili niemieccy naziści. Nie było – inaczej niż we Francji, Węgrzech czy Norwegii – polskiego rządu kolaborującego z hitlerowcami i sprzedającemu im Żydów. Obozy zagłady zakładane były i prowadzone przez Niemców i Austriaków; Polacy ginęli w nich podobnie jak Żydzi czy Romowie. Jasne, byli polscy szmalcownicy, były też zbrodnie takie jak ta w Jedwabnem – ale Holocaust jako taki nie stanowił polskiego pomysłu i nie był przez Polaków prowadzony. To była wroga wobec Polski działalność. No i pamiętajmy, że mamy najwięcej z całej Europy Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, mimo iż Polska była jedynym okupowanym przez hitlerowców terytorium, gdzie za pomaganie Żydów karano śmiercią zarówno pomagającego, jak i całą jego rodzinę.
Dlatego szmalcowników czy zbrodniarzy z Jedwabnego oraz podobnych miejscowości potępić zdecydowanie trzeba, lecz w kwestii stosunku do Żydów pod hitlerowską okupacją mamy na sumieniu o wiele MNIEJ niż Francuzi z Vichy czy Węgrzy.
Już samo to sprawia, że nie jest prawdą, jakoby „było nam wolno mniej” w kwestii krytykowania Izraela. Zwłaszcza, że Izrael z ofiarami Holocaustu zbyt wiele wspólnego nie ma. To po prostu kolonizacyjne, faszystowskie państwo zbudowane pod rzekomo żydowskim sztandarem (prawdziwi Żydzi są tam traktowani brutalnie, zwłaszcza ci ortodoksyjni), takie połączenie III Rzeszy i USA, które od 1948 roku podbija ziemie palestyńskie i dąży do zagłady ich rdzennych mieszkańców… będących potomkami m.in. Żydów biblijnych. Mało tego, popełniane przez izraelskie władze zbrodnie w Palestynie potępiane są przez ocalałych z nazistowskiego Holocaustu; doskonałym przykładem jest Stephen Kapos, którego uważam za wielki autorytet moralny.
Bronienie Palestyńczyków zagrożonych wymordowaniem jest moralnym obowiązkiem wynikającym z humanitaryzmu i humanizmu. Spoczywa on zwłaszcza na przedstawicieli narodowości, które w swojej historii również walczyły o wolność, państwowość i przetrwanie. Czyli na Polakach także. W dziedzinie krytykowania Izraela wolno nam więcej, bośmy samy kiedyż zostali zniewoleni, a hitlerowska okupacja w latach 1939-45 zagrażała również naszemu istnieniu jako ludzi.
Komentarze
Prześlij komentarz