Wymiana marszałkowska

Nadeszła połowa kadencji Sejmu, umowa koalicyjna zadziałała, toteż Szymon Hołownia, lider założonej przez siebie partii Polska 2050, w najbliższy czwartek schodzi z fotela Marszałka Sejmu. Zastąpił go Włodzimierz Czarzasty, współprzewodniczący Nowej Lewicy. Przynajmniej w tym zakresie ustalenia powyborcze zostały dotrzymane.

Co do mnie, pana Hołowni jako Marszała Sejmu nie będą wspominał ani dobrze, ani przesadnie źle. Nie żywiłem wobec niego większych oczekiwań; ot, że będzie pełnił swoją funkcję minimalnie choćby lepiej niż PiS-owscy poprzednicy i nie złamie Konstytucji RP. Pamiętając, że nie jest on doświadczonym politykiem, lecz publicystą-showmanem, zakładałem, iż zadanie owo może go przerosnąć. No i przerosło.

Obrady jako tako prowadził, niemniej bardziej niż na nich zdawał się skupiony na partyjnych gierkach. To migdalił się do PiS-u, to do Konfederacji, to znowu udawał wiernego koalicjanta. Poza tym – identycznie zresztą, jak poprzednicy – miał gdzieś świeckość Sejmu. Pozwalał na organizowanie tam uroczystości religijnych, nie tylko zresztą katolickich (co pomogło się wybić takiemu na przykład Braunowi, hitlerowcowi paskudnemu), nic nie zrobił, aby krzyż zniknął z Sali Plenarnej. Związki wyznaniowe były ważniejsze niż zasada świeckości państwa. Nie stopował prawicowej mowy nienawiści. Poza tym, dbał pan Hołownia głównie o własny wizerunek i własną karierę; czasami w sposób cokolwiek groteskowy, jak ta jego kandydatura do ONZ-u…

Najmocniej spartolił sprawę, kiedy przyszło do zaprzysięgania Karola Nawrockiego, Alfonsem zwanego, na prezydenta. Mimo iż były poważne wątpliwości odnośnie prawidłowości liczenia głosów w drugiej turze (nadal zresztą wiele osób je żywi), Szymon Hołownia zaprzysiągł Alfonsa. Co gorsza, dogadywał się w tej sprawie z Kaczyńskim Jarosławem, co wyglądało mocno podejrzanie, zwłaszcza, że spotykali się po nocach. Nic dziwnego, że liczni zwolennicy koalicji rządowej nazywali wówczas Hołownię zdrajcą.

Tymczasem to po prostu celebryta, który wszedł w świat dla niego obcy i podjął się zbyt dla siebie trudnego zadania.

Jeśli zaś chodzi o Włodzimierza Czarzastego, to wobec niego żywię znacznie większe oczekiwania, a zatem i wymagania. Nie tylko dlatego, że popieram (na razie przynajmniej) Lewicę. Przede wszystkim, jest on, w odróżnieniu od pana Hołowni, nie amatorskim, lecz zawodowym politykiem, zaprawionym w bojach i doskonale orientującym się na scenie. Można go lubić lub nie, ale doświadczenia nie da się mu odmówić. Włodzimierz Czarzasty jest przy tym twardy – zwłaszcza wobec PiS-u; i bardzo dobrze, tam powinno być! – ale też potrafi rozmawiać i negocjować, jawnie, nie po kryjomu.

Może on też, w jakiejś przynajmniej mierze, zastopować szerzenie się skrajnie prawicowej zarazy w Sejmie. Swego czasu, prowadząc obrady jako wicemarszałek, przerwał wystąpienie Brunowi (to było jeszcze w poprzedniej kadencji), kiedy ten zaczął używać mowy nienawiści wobec osób LGBT+. Teraz też oczekuję, że pełniąc swoją funkcję, będzie trzymał skrajnie prawicowych parlamentarzystów w ryzach i nie pozwoli im pluć hitlerowskim jadem z mównicy.

Z drugiej strony, powinien od przychylniej popatrzeć ma lewicowe projekty ustaw, wyjąc je z zamrażarki sejmowej, jeśli tam są.

Mówiąc krótko, panu Czarzastemu życzę powodzenia i trzymam rękę na pulsie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie