Dzieci się nie rodzą

Mamy najniższy poziom dzietności w historii Polski. W związku z tym kato-prawica, zarówno konserwatywna, jak i faszystowska, kwiczy. Kaczyński biadolił kiedyś, że Polki nie chcą rodzić, bo „dają w szyję”, zdaniem Tuska „nie chcą podejmować odpowiedzialności”, a naziole twierdzą, że młode pokolenia wolą kotki i pieski niż progeniturę.

Demografowie z kolei uspokajają nastroje; wielu podnosi, że sama dzietność to nie wszystko; czasami lepiej jest, dla jednostek i ogółu, mieć mniej dzieci, a dobrze je wychować i zapewnić im korzystne warunki bytowe. I apelują, aby zamiast obwiniać ludzi, zbadać trendy i zastanowić się nad przyczynami takiego stanu rzeczy.

Cóż, jedną z nich jest nasz świat. Nietrudno znaleźć, chociażby na portalach społecznościowych czy różnych forach, opinie ludzi, którzy na rodzicielstwo się nie decydują, albowiem boją się wojen (jedna, przypomnę, toczy się naprawdę niedaleko od nas!), zmian klimatu czy niestabilności bytowej. Innymi słowy, obawiają się, że za kilkanaście czy dwadzieścia kilka lat życie będzie jedną wielką męką, po co w takim razie kogoś na nią skazywać? Słusznie, to bardzo odpowiedzialna postawa.

Ano właśnie, niestabilność bytowa. Mamy ogromnie uśmieciowiony rynek pracy, co powoduje, że zarobki są zbyt niskie w stosunku do stale rosnących kosztów życia, a zatrudnienie (czyt.: źródło utrzymania) stracić można w każdej chwili. Wielu kobietom nie przysługują urlopy macierzyńskie… lub straca one pracę, jeśli na nie pójdą. Osoby pracujące na etacie też zresztą boją się o zatrudnienie, ponieważ kryzys kapitalizmu coraz głębiej do Polski dociera, kolejne firmy wstrzymują produkcję (na razie czasowo) i straszą zwolnieniami. Nie tylko o kryzys się rozchodzi, nie brakuje bowiem obaw, że w ciągu najbliższych lat pracę wielu ludziom odebrać może sztuczna pseudo-inteligencja. Za co w takim układzie utrzymać dziecko?

Zwłaszcza, że koszta jego utrzymania są naprawdę wysokie. Same ubranka czy obuwie są bardzo drogie, a przecież wymieniać je trzeba co chwilę. Kiedy zaś małoletni rozpocznie edukację, wydatki jeszcze wzrosną. Szkoły są niby bezpłatne – niby, bo ceny podręczników czy akcesoriów szkolnych są takie, że można zwariować – ale żłobki czy przedszkola – płatne. Jasne, jest program dopłat Aktywny Rodzic (zasługa parlamentarnej Lewicy, reszta koalicji rządowej niczego takiego by nie wdrożyła), niektóre gminy również stosują swoje dopłaty, lecz to jedynie częściowe pokrycie wydatków.

Dziecko musi także mieć gdzie mieszkać. Tymczasem polityki mieszkaniowej w Polsce po 1989 roku praktycznie nie było. Program budowy tanich mieszkań na wynajem – kolejne dzieło Lewicy – dopiero wejdzie w życie, ale w poprzednich latach nie działało nic takiego. Jasne, były różne Rodziny Na Swoim czy Mieszkania Dla Młodych, w praktyce wszelako korzystali na nich jedynie deweloperzy i banksterzy, problemu mieszkaniowego one nie rozwiązywały. W rezultacie młodzi ludzie albo mieszkają kątem u rodziców, co wszak dzietności nie sprzyja, albo muszą brać kredyt hipoteczny, który spłacali będą przez resztę życia… o ile w ogóle go dostaną, bo trzeba mieć gigantyczny wkład własny i stabilne zatrudnienie. Tani wynajem być może w jakiejś mierze pomoże rozwiązać ten problem, ale jeszcze trochę wody w Wiśle musi upłynąć, nim tak się stanie.

No i jest terror antyaborcyjny państwa, prawa oraz Kościoła katolickiego. Część kobiet boi się zachodzić w ciążę, bo jeśli nastąpią jakieś komplikacje, bardziej prawdopodobne niż uzyskanie pomocy jest to, że umrą z powodu chorego zalegalizowanego bezprawia, wprowadzonego przez klerofaszystowską prawicę na żądanie kleru, i jeszcze zaostrzanego przez poszczególne placówki medyczne. Z kolei niektóre kobiety, samotne bądź żyjące w związkach jednopłciowych, chciałyby mieć dzieci, ale ich akurat nie obejmuje obecny program in vitro; który, swoją drogą, w poprawie dzietności pomaga. Niestety, ograniczenia te znów wymusiła klerofaszystowska prawica.

Jest, dodajmy, bardzo prosty sposób na to, aby przyrost naturalny w Polsce był znacznie wyższy. Wystarczy wpuścić migrantów oraz uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu. Osiedlą się oni w (k)raju nad Wisłą i chętnie założą rodziny, wcale liczne, dodajmy. Oczywiście pod warunkiem zapewnienia im godnych warunków życia. A zrodzone w takich familiach dzieci szybko się spolonizują – znów, o ile, będą aktywne programy integracyjne, bo zamykanie tych ludzi w gettach, jak we Francji, nie pomoże – i wzbogacą naszą kulturę tudzież społeczeństwo. Rozwiązanie takie byłoby bardzo korzystne także dla społecznej puli genetycznej.

Jednakże, jeśli rząd nie zatroszczy się o stabilne warunki bytowe osób obywatelskich, ani o porządną politykę mieszkaniową, nawet migracja nie pomoże.

No i pamiętajmy, że rodzicielstwo to zawsze wybór, nie obowiązek. Część osób nie chce mieć dzieci, bo nie, i trzeba to koniecznie uszanować.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie