W interesie pasożytów
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (czyli Ministerstwo Pracy po prostu), na czele którego stoi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Lewicy, przygotowało ze wszech miar słuszny projekt ustawy reformującej Państwową Inspekcję Pracy. Przewidywał on między innymi umożliwienie PIP likwidacji umów śmieciowych. Otóż, jeśli inspektor stwierdziłby, że dany pracownik zatrudniony na umowie cywilnoprawnej bądź (często fikcyjnym i/lub wymuszonym) samozatrudnieniu pracuje de facto tak, jak to przewiduje Kodeks Pracy, miałby z miejsca otrzymać umowę o pracę, ze wszystkimi świadczeniami, w tym ubezpieczeniem społecznym, czyli zostać zatrudnionym na etacie. Kapitalista miałby siedem dni na odwołanie od tej decyzji.
Oczywiście, kiedy ogłoszono ten projekt – a Lewica prowadziła dość szeroko zakrojoną kampanię na jego temat – biznes (konkretnie, ten nieuczciwy, bo firmy uczciwie traktujące pracowników nie miały się czego bać) podniósł larum, a wraz z nim uczynili to piewcy dzikiego kapitalizmu (czyt.: wyzysku i eksploatacji klas pracujących) zarówno ze sceny politycznej, jak też z mediów. Jak łatwo się domyślić, kwiczano, że przedsiębiorstwa padały będą jak muchy.
No i co? Ano, stało się to, czego należało się spodziewać. Premier Donald Tusk stwierdził, a wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz zawtórował, że reformy PIP nie będzie. Co z miejsca pochwaliło Bezprawie i Niesprawiedliwość otworem gębowym niejakiego Czarnka, a konfiarze i brauniści wielce się ucieszyli, podobnie jak kapitalistyczni wyzyskiwacze plus Janusze biznesu; radość tych ostatnich bierze się oczywiście z faktu, że nadal będą mogli bezkarnie wyzyskiwać i okradać pracowników. Lewica zapowiada dalszą walkę o tę ustawę, jej uchwalenia domagają się związki zawodowe. Zobaczymy, co to będzie… ale zachowanie pana Tuska nie dziwi, o czym za chwilę.
Zaniepokojenie społeczne budzi nie tylko fakt, że umowy śmieciowe i wymuszone/fikcyjne samozatrudnienie dalej stanowiły będą plagę polskiego rynku pracy, ale też to, że… Ano właśnie, walka z nimi – czemu, przypominam, służyć miała reforma Państwowej Inspekcji Pracy – stanowi jeden z warunków (zwanych „kamieniami milowymi”) otrzymania przez Polskę unijnych pieniędzy na Krajowy Plan Odbudowy. Jeżeli więc na serio nie zostanie ona podjęta, możemy stracić aż około 11 miliardów złotych! Widocznie pan Tusk nie chce tych pieniędzy. A przynajmniej przedkłada nad nie interes kapitalistów.
I to kapitalistów nieuczciwych, tych, co to pasą się głównie ma maksymalnym wyzyskiwaniu pracowników, czyli ni mniej, ni więcej, a pasożytów. Umowy śmieciowe, podobnie jak fikcyjne/wymuszone samozatrudnienie, służą bowiem temu, aby zmniejszać pracownikowi pensję, przerzucać na niego koszta pracy (dobrze chociaż, że umowy zlecenie obłożono składką na ubezpieczenie zdrowotne, co zresztą też odbyło się pod naciskiem Unii Europejskiej), pozbawić go urlopu czy móc zwolnić w każdej chwili bez odprawy. Praca w takich warunkach oznacza nie tylko zubożenie, ale także brak stabilności bytowej, co nader negatywnie odbija się na zdrowiu, zwłaszcza psychicznym. Odczuwają to zwłaszcza osoby młode, bo to najczęściej one padają ofiarami śmieciówek. Stąd między innymi niska dzietność w Polsce; mało kto świadomie zdecyduje się na dziecko, jeśli nie starczy środków na jego utrzymanie, nadto można w każdej chwili stracić robotę, bo szefunio tak postanowił.
Z istnienia umów śmieciowych społeczeństwo nie ma żadnych korzyści; przeciwnie, są one bardzo szkodliwe. Przez nie wciąż jesteśmy znacznie ubożsi niż mieszkańcy państw zachodnioeuropejskich czy skandynawskich, mamy gorszą politykę społeczną (śmieciówki sprawiają, że mniej pieniędzy trafia do budżetu państwa!), niską dzietność (jak wspomniałem) oraz ogólnie gorszy stan zdrowia. Korzystają z nich tylko pasożyty – nieuczciwi, złodziejscy kapitaliści oraz pseudo-przedsiębiorcy, ci, co uskuteczniają najgorsze patologie nieludzkiego systemu kapitalistycznego i najchętniej w ogóle nie płaciliby zatrudnionym za pracę.
W antyspołecznym interesie takich właśnie pasożytów działa pan premier Tusk. Nic dziwnego, jest wszak politykiem prawicowym, czyli reprezentantem klas pasożytniczo-wyzyskujących (podobnie jak PiS-owcy, którzy z tegoż powodu cieszą się z uwalenia tej reformy). Może jednak okazać się, że blokując przyznanie PIP uprawnień do walki ze śmieciówkami, pan premier kopie polityczny grób koalicji rządowej. Albowiem tę reformę popiera nie tylko 84 proc. wyborców Lewicy, lecz także 71 proc. wyborców (wyznawców?) Koalicji Obywatelskiej. Nic zaskakującego; wielu z tych ludzi zapewne doświadcza lub doświadczyło koszmaru umów śmieciowych bądź wymuszonego samozatrudnienia. Wspomniałem, że to polskie plagi, prawda?
Działając zatem na rzecz pasożytów, Donald Tusk sprzeciwia się własnemu elektoratowi i zniechęca co do głosowania na swoje ugrupowanie.
Czyli pomaga Jarosławowi Kaczyńskiemu. Znowu.
A ze śmieciowym zatrudnieniem TRZEBA walczyć!
Komentarze
Prześlij komentarz