Plastikowy krzyżyk
Na początek przepraszam za brak wczorajszej notki. Spowodowany był przyczynami medycznymi. A teraz przejdźmy do dzisiejszego tematu, stało się bowiem coś, o czym szkoda byłoby nie napisać.
Oto Polską wstrząsnęła kolejna afera z religią w tle – przynajmniej na pierwszy rzut oka, okazało się bowiem, iż religijny element został do niej sztucznie dodany. W jeden ze szkół nauczycielka wyrzuciła do śmieci plastikowy krzyżyk; bawiły się nim osoby uczniowskie, przeszkadzając jej w prowadzeniu lekcji, no to pozbyła się problemu. Nie był to żaden symbol religijny, lecz zabawka, według łatwo dostępnych informacji, fragment stroju na Halloween.
Ale, jak to w (k)raju nad Wisłą, ruszyła krucjata. I to na wielką skalę. Po mediach, zwłaszcza prawicowych, migiem się rozniosło, jakoby nauczycielka „sprofanowała krzyż”; wszem wobec informowano, że w koszu znalazł się zdjęty ze ściany krucyfiks, co było nieprawdą. Organizowano demonstracje, na których bogobojne osoby wykrzykiwały nienawistne hasła. W sprawę włączyły się nawet struktury kościelne, te same, które dziwnie wolno (o ile w ogóle) reagują, kiedy księża molestują bądź gwałcą dzieci. Nauczycielkę dosłownie zaszczuto; dobrze, że do linczu nie doszło. Na szczęście, znalazły się osoby, takie chociażby jak Rafał Betlejewski działający na rzecz świeckiego państwa, które przemyciły na portale społecznościowe i do mediów prawdziwą wersję wydarzeń.
Powtarzam – do żadnej profanacji nie doszło. Nauczycielka nie wyrzuciła do śmieci symbolu religijnego, lecz zabawkę. To i TYLKO to wystarczyło jako powód do nienawistnych na nią ataków, rzecz jasna w imię miłosiernego Boga. Prawdy nie chciał poznać nikt z atakujących, bo i po co?
Sprawa ma kilka aspektów. Pierwszym jest oczywiście polska katolicka obłuda, zwłaszcza w wykonaniu katolików o poglądach prawicowych. Polega ona na tym, że zza cienkiej warstwy miłości bliźniego, głoszonej dwa tysiące lat temu przez galilejskiego robotnika najemnego wyznającego judaizm, wyziera pogarda, a nawet nienawiść wobec każdego, kto jest inny, chociażby żywi odmienne poglądy. Lub choćby zrobi cokolwiek, co urąga – pozornie nawet – katolickiej rzekomej moralności. Żadna nowość, w (k)raju nad Wisłą to standard.
Drugim aspektem jest to, jak łatwo w dzisiejszych czasach zaszczuć człowieka. Wystarczy jedna, niesprawdzona – i w tym przypadku fałszywa – informacja, rzucona w przestrzeń publiczną. Boć to przecież nader klikalny tytuł: „Nauczycielka wyrzuciła krzyż do śmieci”. Coś takiego musi wzbudzić silne emocje, skojarzenia z profanacją są bowiem pierwszymi, jakie nasuwają się na myśl. Co za potwór z tej kobiety, czego ona dzieci uczy! Jak śmiała tak świętość potraktować! No to zaszczuto niewinną osobę, w imię Boga Wszechmogącego.
Aspektem trzecim są same media, zarówno portale społecznościowe, jak i te klasyczne: prasa, radio, telewizja. One to bowiem umożliwiły rozkręcenie afery. Informację o rzekomej profanacji ktoś w końcu puścił w obieg publiczny, a ktoś inny zaczął ją szerzyć. Dlaczego? Ano, z powodów wyszczególnionych akapit wyżej. Bo to klikalne, bo przyciąga uwagę, bo wreszcie na tego typu sensacjach kapitaliści-właściciele ośrodków medialnych zbijają kokosy, a ktoś jeszcze inny może się łatwo wylansować. Kosztem, jak łatwo się domyślić, zaszczutej osoby, w tym przypadku niewinnej nauczycielki.
Media jednak nie funkcjonowałyby, gdyby nie ich odbiorcy. I to jest aspekt numer cztery tej sprawy (i wszystkich takich jak ta). Otóż, ktoś te informacje o rzekomej profanacji przyjmował na wiarę, bezmyślnie, bez sprawdzenia, wielu ludzi tylko rzuciło okiem na tytuł i już udostępniało posty. Tak właśnie ruszyła lawina, szybko i z dużą mocą.
Pamiętajmy, że koncerny medialne w większości przypadków nie chcą świadomych, myślących odbiorców, którzy wymagają przedstawiania im rzetelnych, sprawdzonych, dobrze opracowanych informacji, najlepiej jeszcze podanych w tonie możliwie neutralnym. Przeciwnie – pragną ludzi bezmyślnie łykających każdą, najgłupszą nawet pulpę, jaką im się poda. Między innymi dlatego tyle fałszu tak łatwo się rozprzestrzenia. A to o Palestyńczykach odrąbujących głowy izraelskim dzieciom (niczego takiego nie było). A to o Afgańczyku, który rzekomo miał zaatakować polskiego żołnierza na granicy z Białorusią (stało się dokładnie odwrotnie, Afgańczyk zaś został straszliwie skatowany przez Polaka). A to o nauczycielce, która niby to wyrzuciła krzyż do kosza na śmieci.
Myślmy nad informacjami, jakie do nas docierają. Tak, wiem, coraz to trudniejsze, z uwagi chociażby na gigantyczną, stale rosnącą liczbę bodźców medialnych. Ale właśnie dlatego, że jest ich tak dużo, nie możemy łykać ich bezmyślnie, ani bez pomyślunku podążać za tanią sensacją. Można w ten sposób łatwo skrzywdzić zarówno innych, jak też siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz