Media społecznościowe i dzieci

Australia wprowadziła zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla dzieci (i młodzieży) poniżej szesnastego roku życia. A w Polsce do kopiowania tego rozwiązania zapaliła się Koalicja Obywatelska. Projekt ustawy w ciągu najbliższych kilku tygodni przygotować mają obecna ministra edukacji Barbara Nowacka i były minister ciemnoty (z pierwszych PiS-owskich nie-rządów, choć sam stał na czele nieistniejącej już Ligi Polskich Rodzin), neonazista Roman Giertych (teraz poseł KO, co źle, bardzo źle świadczy o owej formacji).

Niewątpliwie w mediach społecznościowych na osoby nieletnie czyha wiele zagrożeń. Pedofile zastawiają pułapki na młodocianych użytkowników, kwitnie cyberprzemoc (również szkolna mowa nienawiści), pojawiają się wyzwania zagrażające zdrowiu i życiu, natknąć się można na pornografię, występuje groźba uzależnienia (jeden z poważniejszych problemów społecznych naszych czasów), zdrowie psychiczne narażone jest na negatywne bodźce… a to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Australijskiego rozwiązania, które tak spodobało się naszym „kochanym” rządzącym, nie można zatem z góry przekreślać, stoją za nim poważne argumenty… Ale specjaliści przestrzegają, żeby nie spieszyć się z kopiowaniem przepisów z Antypodów rodem. Dlaczego? Ano, jest kilka powodów.

Jednym z nich jest to, że w Australii prawo owo dopiero weszło w życie, toteż jak na razie nie wiadomo, jak ono w ogóle funkcjonuje. Na ocenę jego realnych skutków czas przyjdzie dopiero po minimum sześciu miesiącach obowiązywania. Jeśli zaś okazać miałby się wadliwe, szkoda czasu, pieniędzy (naszych!!!) i wysiłku na implementację podobnych przepisów w (k)raju nad Wisłą.

Dalej, social media same w sobie nie są niczym złym. Owszem, mają jasną i ciemną stronę, jak wszystko zresztą, ale nie da się zaprzeczyć, że dzieciom i młodzieży służą one także do poznawania świata, nawiązywania oraz podtrzymywania wzajemnych kontaktów, wymiany doświadczeń, itd. Dzięki nim młodzi ludzie – zresztą wszyscy użytkownicy, niezależnie od wieku – w trudnych sytuacjach uzyskać mogą pomoc (wiem, co piszę, mnie samego to spotkało). Czy zatem pełny ich zakaz jest dobrym pomysłem? Zdecydowanie trzeba usiąść – znaczy, politycy powinni, wraz z ekspertami – i rzecz bardzo dokładnie rozważyć, aby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą.

Nie zapominajmy też, że większość zagrożeń, jakie występują w mediach społecznościowych, to przedłużenia tych z reala, spoza internetu. Z przemocą czy mową nienawiści dzieci i młodzież spotykają się nierzadko we własnych domach, w szkołach (prawie zawsze), na ulicach i podwórkach… Podobnie rzecz ma się z innymi groźbami. Jeśli chodzi o niebezpieczeństwa dla zdrowia psychicznego, to nie tylko w internecie się one czają. Wystarczą złe relacje z rodziną, przemęczenie szkolne, nadmierna presja ze strony otoczenia… i kryzys gotowy. Media społecznościowe wcale nie są do tego potrzebne.

Kolejną kwestią jest granica wieku. Dlaczego zakaz miałby obowiązywać akurat do szesnastego roku życia? Specjaliści podkreślają, iż nie jest to granica, wraz z przekroczeniem której młodzi ludzie automatycznie mądrzeją i nabierają rozwagi, jakże potrzebnej w korzystaniu z internetu.

Co do mnie, widzę jeszcze jeden problem. A jest nim współautor polskiego projektu, Giertych Roman. Po tym naziolu spodziewać się można nie dobrych, merytorycznych rozwiązań, lecz twardych zakazów, które narobią więcej szkód niż pożytku. Skrajny ów prawicowiec jest bowiem zwolennikiem zakuwania dzieci i młodzieży (podobnie zresztą, jak ludzi w każdym wieku) w łańcuchy, nawet, jeśli nie dosłownie, to w przenośni. Co zaś się tyczy Barbary Nowackiej, to ma ona dobre pomysły, gorzej jednak z ich realizacją w praktyce.

No i w ogóle zastanowić się warto, czy lepsza od zakazów dotyczących korzystania z internetu – w szerokim zakresie, nie tylko mediów społecznościowych – nie byłaby edukacja, jak mądrze czerpać z jego zasobów. Bo nie oszukujmy się, żyjemy w czasach, kiedy bez dostępu do internetu funkcjonować się w zasadzie nie da, a w każdym razie jest to ogromnie trudne. Rzeczy tej trzeba się zatem uczyć. Może lepiej, aby dzieci i młodzież uczyły się tego nie bez żadnej kontroli na swoich smartfonach czy komputerach, lecz pod okiem osób z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem? W przeciwnym razie skończy się tak, że dobiją do tej magicznej szesnastki, po czym wskoczą w odmęty social mediów… i będzie jeszcze gorzej niż teraz.

Pozornie dobre idee nie zawsze takimi są. Jeśli wprowadza się je w jakimś państwie, politycy z innych krajów najpierw powinni ocenić, a w zasadzie pozwolić na to specjalistom, ich funkcjonowanie, nim wdrożą je na własnym podwórku.

No i na miejscu Ministerstwa Edukacji zająłbym się unowocześnieniem polskiego szkolnictwa, poprzez czerpanie mądrych wzorców ze Skandynawii, bo jak dotąd marnie to idzie... 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie