Pomarańczowe szaleństwo
Donald Trump, lokator Białego Domu, czyli prezydent imperium zła, wymyślił nową instytucję. Nosić ma ona nazwę Rada Pokoju, a jej celem ma być zarządzanie Strefą Gazy (oczywiście ku zadowoleniu izraelskich faszystów), choć zadania mogą wykroczyć poza ten obszar i dotknąć innych światowych kwestii. Zaproszonych zostało ponad sześćdziesięciu przywódców, w tym: car (formalnie prezydent) Rosji Władimir Putin, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, dyktator Węgier Viktor Orban czy polski Alfons (serio!). Stałe członkostwo w owej Radzie Pokoju kosztować ma dane państwo miliard dolarów rocznie.
Na razie nie wiadomo, czy Nawrocki przyjmie zaproszenie (zapłaciłby za to z naszych kieszeni, oczywiście); przeszkadza mu towarzystwo Putina. W każdym razie fakt, iż został zaproszony, świadczy o tym, że Trump uważa, nie bez racji, Polskę za swoją marionetkę, nieformalną kolonię USA. Którą (k)raj nad Wisłą rzeczywiście jest od 1989 roku.
Rzecz jasna Rada Pokoju ma być pasem transmisyjnym interesów USA i Izraela (niekoniecznie w tej kolejności) na Bliskim Wschodzie i nie tylko, a zarazem instytucją jak najbardziej biznesową. Świadczy o tym warunek opłaty za stałe członkostwo. Ten drugi cel wydaje się nawet ważniejszy; nic dziwnego, skoro Trump jest w pierwszym rzędzie kapitalistą, w drugim dopiero politykiem, czy raczej politykierem (marnym).
Sama nazwa tejże instytucji wartościom takim jak pokój czy bezpieczeństwo bezczelnie urąga. Nie tylko dlatego, że USA co najmniej od 1945 roku są agresywnym supermocarstwem, największym zagrożeniem dla światowego pokoju i bezpieczeństwa; prezydentura Trumpa po prostu pozbawia ludzi (przynajmniej świadomych) złudzeń, że jest inaczej. Przede wszystkim, lokator Białego Domu sam w sobie gotów jest podjąć czyny, które jeszcze niedawno nie mieściły się w głowie.
Przykładem jest niedawny atak na Wenezuelę i uprowadzenie prezydenta Maduro wraz z żoną. Ale nie tylko. O mały włos nie doszło do zbrojnej amerykańsko-izraelskiej inwazji na Iran, co mogłoby doprowadzić wręcz do globalnego konfliktu. Ponawiane są groźby wobec Meksyku czy innych państw latynoamerykańskich.
No i jak wiemy, Trump wciąż naciska na przejęcie od Danii Grenlandii; niby to chciałby ją odkupić, ale zbrojnego ataku w razie potrzeby nie wyklucza. Wręcz zdaje się do niego palić. W odpowiedzi Europa zacieśnia więzi, niektóre państwa wprost potępiają amerykańskie plany wobec największej wyspy świata, pojawiają się deklaracje wspólnej walki z Danią – w ramach artykułu piątego NATO – w razie inwazji, coraz głośniej mówi się (i dobrze!) o oderwanym od USA europejskim systemie obronnym. W odpowiedzi Trump grozi cłami nałożonymi na te państwa europejskie, co najgłośniej sprzeciwiają się amerykańskiemu zajęciu Grenlandii; inna bajka, że cła te uderzyłyby przede wszystkim w amerykańską gospodarkę. Mówiąc krótko, stosunki amerykańsko-europejskie są coraz bardziej napięte, atmosfera jest… no, może jeszcze nie wojenna, ale dużo nie brakuje.
Nawet Karol III, król Wielkiej Brytanii, będącej raczej niezachwianym sojusznikiem USA, odwołał swoją wizytę; zamiast tego pośle za ocen brata, niecieszącego się – delikatnie rzecz ujmując – dobrą opinią. Ot, taki dyplomatyczny policzek wymierzony pomarańczowemu szaleńcowi oraz jego administracji.
To nie wszystko. Trump ostrzy sobie zęby nie tylko na Grenlandię, lecz także na Kanadę (mająca unię personalną z Wielką Brytanią, podkreślmy); od dawna głośno mówi, że należałoby przyłączyć ją do USA. Kanadyjczykom rozwiązanie takie się oczywiście nie podoba, a pomarańczowego szaleńca najwyraźniej traktują poważnie, uważając go za wielkie zagrożenie. Władze bowiem tego pięknego kraju opracowały strategię obrony przed amerykańską inwazją; serio! Uwzględnia ona walkę partyzancką na sposób afgańskich mudżahedinów z lat 80. XX wieku.
A teraz tak: zarówno Dania (do której należy Grenlandia, mająca jednak autonomię), jak i Kanada są państwami członkowskimi NATO. Najważniejszym członkiem tegoż Paktu są rzecz jasna USA, a także najpotężniejszym. Mamy zatem sytuację, kiedy dwa kraje NATO przygotowują się do obrony – i to na poważnie – przed zbrojnym atakiem trzeciego. Gdyby atak taki nastąpił, konsekwencje mogłyby być nieobliczalne, zaś rozpad Paktu Północnoatlantyckiego chyba byłby najłagodniejszą z nich.
I nie, nie uważam tej organizacji za szczególnie dobrą, od dawna twierdzę, że Europa powinna mieć własny system obronny. Jednakże po tym, co się dzieje, wyraźnie widać, jakim szaleństwem jest Trump. Pod jego przewodnictwem Stany Zjednoczone Ameryki stają się jeszcze większym zagrożeniem dla światowego pokoju i bezpieczeństwa, niż były w ostatnich dekadach. Grożą napaścią nawet swoim formalnym sojusznikom.
I ktoś taki powołuje Radę Pokoju… Chyba Radę Wojny i Zniszczenia.
Komentarze
Prześlij komentarz