Samochody z Wietnamu
Europejskie rynki – w tym polski – zdobyła nie tylko chińska elektronika, ale i motoryzacja. Samochody made in China cieszą się ogromnym powodzeniem, zwłaszcza, że oferują atrakcyjne ceny w porównaniu z europejską (poza ewentualnie Dacią), japońską czy koreańską konkurencją. Sieci sprzedaży i serwisu szybko się rozrastają. Na nic zdała się polityka celna Unii Europejskiej. Ile jest chińskich marek samochodowych w Polsce, w sumie przestałem już liczyć.
A teraz bój o nasz kraj rozpoczynają… Wietnamczycy. Na polskim rynku pojawiła się bowiem marka VinFast, która na razie oferowała będzie dwa SUV-y/crossovery z napędem elektrycznym (szkoda, że nie ma hybrydowego i klasycznego spalinowego). Rozmiary duże, silniki – zwłaszcza w przypadku jednego modelu – bardzo mocne, wręcz potężne, wyposażenie nowoczesne i bogate, a ceny, w porównaniu z konkurentami, atrakcyjne (acz tanich samochodów już nie ma). Wietnamskie auta mogą się więc sprzedawać. Czy okażą się hitami, czas pokaże; ewentualności takiej wykluczyć zdecydowanie nie można.
To, że Wietnam ma swoją markę samochodową i próbuje ją sprzedawać na świecie, nie dziwi. Po zakończeniu wojny (1975 r., przy czym dwa lata wcześniej z Wietnamu wycofali się Amerykanie) i zjednoczeniu pod władzą komunistów, którzy rządzą do dziś, kraj ten sukcesywnie odbudowywał się z ruin i rozwijał swoją gospodarkę (acz nie miał aż takiego potencjału, co na przykład Chiny), korzystając z zewnętrznej pomocy; przykładowo, liczni Wietnamczycy studiowali i studiują na polskich uczelniach technicznych. Nic więc zaskakującego, że zaczął eksportować swoje wyroby; już nie tylko żywność (słynne zupki błyskawiczne, bazujące wszakże na technologii japońskiej), odzież, tekstylia, obuwie czy elektronikę, ale też ostatnio samochody. Wietnamczycy natomiast żyją w coraz większym dobrobycie, acz nadal występują tam różnice społeczno-ekonomiczne między miastem a wsią. Cóż, socjalistyczna gospodarka oznacza rozwój.
Jakże inna to historia niż Polski po 1989 roku. Po objęciu władzy przez klerykalną prawicę postsolidarnościową (dzisiejszy KOPiS) i restauracji nieludzkiego systemu kapitalistycznego w barbarzyńskim neoliberalnym/neokonserwatywnym wydaniu zaczęliśmy sukcesywnie niszczyć naszą gospodarkę. Polskie przedsiębiorstwa były doprowadzane do upadku i albo likwidowane, albo przejmowane za marne pieniądze (trafiające oczywiście do kieszeni solidaruchów) przez zachodni kapitał i przezeń już to likwidowane (wrogie przejęcia), już to wchłaniane. Jedynie kilka rodzimych marek ocalało, acz stanowią one cień zaledwie tego, czym były w świetlanej epoce PRL. Gdyby nie Unia Europejska, mielibyśmy jedynie ruiny.
A i tak dominują u nas montownie zagranicznych koncernów – na przykład tyska fabryka Stellantis, która właśnie szykuje się do zwolnienia ponad siedmiuset pracowników, czy chrzanowskie Valeo, gdzie niedawno zakończył się (pozytywnie dla pracowników) strajk – hale magazynowe oraz sklepy obcych sieci handlowych, gdzie nasi pracownicy plus ich koledzy z Ukrainy zapylają za marne częstokroć pieniądze. Pojawiają się już zakłady, w których – śladem amerykańskiego Wal-Marta – w godzinach pracy nie wolno rozmawiać (sic!) czy śmiać się. Mimo sukcesywnego podnoszenia płacy minimalnej, wciąż pozostajemy biednym społeczeństwem, około dwóch milionów osób żyje w skrajnym ubóstwie, zaś niestabilność bytowa młodego pokolenia (umowy śmieciowe!!!) jest jedną z przyczyn niskiej dzietności.
Wypada zatem tylko pozazdrościć Wietnamczykom, że nie doczekali się własnych solidaruchów. Oni się rozwijają, my – zwijamy. Wraz z całym kapitalistycznym Zachodem.
Komentarze
Prześlij komentarz