Stracone pokolenie Y

Pokolenie Y, czyli millenialsi, to ludzie urodzeni w latach 1980-1996 (inne definicje wskazują na 1994 r.). Czyli ci, którzy pełnoletniość osiągnęli w okolicach przełomu tysiącleci – albo kilka lat przed, albo kilka lat po nim, stąd kolokwialne określenie tejże generacji. Która została bodaj najbardziej poszkodowana przez dziki kapitalizm.

W krajach zachodnich – nie wszystkich, ale wielu – millenialsi doświadczyli odwrotu, często całkowitego (USA, Wielka Brytania) od modelu państwa opiekuńczego na rzecz skrajnie wolnorynkowego systemu społeczno-ekonomicznego, czyli po prostu dzikiego kapitalizmu, który doprowadza ludzi do nędzy, a polityka społeczna jest zredukowana niemal do zera. Z kolei na Wschodzie pokolenie owo żyło w jeszcze dzikszym kapitalizmie, jaki zapanował po rozpadzie ZSRR i technokracji biurokratycznej, mylnie nazywanej socjalizmem (acz miała pewne jego elementy i ogólnie była systemem lepszym niż kapitalizm). W innych częściach świata doświadczali oni neokolonialnej eksploatacji (Afryka, Ameryka Łacińska), wojen i ludobójstw (Bliski Wschód), recesji (Japonia, Korea Południowa); w zasadzie tylko w Chinach czy Wietnamie odczuwać zaczęli skutki rozwoju, acz nierównomiernie.

Millenialsi z globalnej Północy – od USA i Kanady po Rosję i pozostałe państwa danego Bloku Wschodniego – częściej niż inne pokolenia zmagają się z wypaleniem czy dysfunkcjami zdrowia psychicznego, z depresją na czele. To głównie oni biorą z tego tytułu wolne w pracy; nie jest to puste wytłumaczenie i bumelanctwo, lecz konieczność. Bardzo często dokonują, zwłaszcza mężczyźni, od których oczekuje się najwięcej, prób samobójczych. Ci ludzie rzeczywiście bywają wyniszczeni przez system.

Albowiem dziki kapitalizm od generacji Y zażądał zdecydowanie więcej niż od pokoleń starszych zażądał zbyt wiele; młodsze z kolei zaczynają stawiać granice i warunki, co sprawia, że są w lepszej nieco sytuacji. Millenialsi mieli, i nadal mają, tylko pracować, najlepiej ponad siły. Dawać z siebie… nie, nie wszystko, lecz jeszcze więcej. Wypruwać sobie żyły i nie żądać niczego w zamian. Kapitaliści i ich propagandyści wmówili temu pokoleniu (nader często skutecznie), że życie jego zredukowane być musi do pracy i kariery. Odpoczynek, relaks, rozwój własnych zainteresowań czy ogólnie życie niezawodowe uznane zostały za grzechy śmiertelne, ponieważ obniżają (jakoby) produktywność. Millenialsi mieli oto siedzieć po dwadzieścia godzin w robocie i harować, harować, harować… I jeszcze się z tego cieszyć, bo to miała być ich pasja (chyba w znaczeniu podobnym do drogi krzyżowej…). Rzecz jasna, nie powinni dopominać się o wypłatę. Bezpłatne staże, umowy śmieciowe i marne płace to ponura codzienność tego pokolenia.

Mówiąc krótko, kapitalizm zrobił z millenialsów żywe roboty, jedyną funkcją których pozostawało (i ciągle pozostaje) zasuwanie na fortuny kapitalistów. Poszło tym łatwiej, że przedstawiciele tego pokolenia rzeczywiście uwierzyli, iż wystarczy ciężko pracować i spełniać odgórne oczekiwania, by odnieść sukces.

Tymczasem, jak łatwo się domyślić, nieludzki system obietnic swoich nie spełnił. Zamiast wymarzonych profitów z harówy ponad siły i, częstokroć, niemal całkowitej rezygnacji z życia osobistego, przyszła niestabilność bytowa (jednego dnia konto pęka w szwach, drugiego brakuje pieniędzy na podstawowe wydatki), przemęczenie, przepracowanie, ciągły strach o jutro… i konsekwencje zdrowotne tego wszystkiego. A także inne skutki negatywne, na przykład zrujnowane życie rodzinne… bądź też w ogóle jego brak.

Warto dodać, że liczni millenialsi, wbrew pozorom, nie mają (prawie) niczego swojego. Mieszkanie – bankowe, bo kredyt hipoteczny spłacany będzie przez następne kilkadziesiąt lat. Sprzęty domowe – bankowe, bo kupione na raty (dzięki rodzicom/teściom i ich emeryturze). Samochód – bankowy (jw.). I tak dalej. Oznacza to, że system zawiódł tę generację nawet w dziedzinie posiadania podstawowych zasobów. Nie pozwolił jej się dorobić nawet czegoś naprawdę swojego.

Nic więc dziwnego, że pokolenie Y uznać należy za stracone. To ludzie, którym kapitalizm zniszczył życie, uczynił je bezsensownym i beznadziejnym. Takim, że chęć jego zakończenia wydaje się logina i naturalna.

Wiem, co piszę, ponieważ sam jestem millenialsem i zmagam się z depresją wywołaną patologiami nieludzkiego systemu kapitalistycznego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitalistyczni esesmani

Usiłują mnie zabić

Klasowy rozjazd w rządzie