Armia czy dobrobyt?
Pan premier Tusk Donald wygłosił orędzie noworoczne. Nic w tym dziwnego ani złego. Wypadło jak zawsze. Ot, parę banałów, słuszna zapowiedź repolonizacji polskiego przemysłu, źle policzona długość trwania państwowości polskiej… i pewna ciekawa sprawa, której warto poświęcić uwagę.
Otóż, zapowiedział premier, że w 2026 roku Polska kontynuowała będzie tworzenie najpotężniejszej armii w Europie. Innymi słowy, chodzi o dalsze zbrojenia, które kosztują nas kupę forsy i uniemożliwiają, a przynajmniej utrudniają przeprowadzenie wielu reform społecznych, o czym więcej za chwilę.
Nie kwestionując sensowności modernizacji polskich sił zbrojnych, warto zadać sobie pytanie, czy pieniądze na to wydawane są sensownie. Oto wiele z nich pójdzie na amerykański sprzęt… z którego NIE będzie nam wolno skorzystać bez zgody Waszyngtonu. Poza tym, samo w sobie przeznaczanie znacznych kwot na armię wcale nie oznacza, iż z automatu będzie ona skuteczna; Wojsko Polskie w II RP też miało naprawdę spory budżet, a podczas II wojny światowej skończyło się na wystawieniu ułańskich szabel przeciwko niemieckim czołgom.
Przypuśćmy wszelako, że cel pana Tuska zostanie zrealizowany i w ciągu kilku najbliższych lat Polska będzie rzeczywiście miała najpotężniejszą armię w Unii Europejskiej. Fajnie, gdybym był nastolatkiem, z pewnością bym się ucieszył z samej zapowiedzi budowy takiej potęgi. Teraz cieszyłoby mnie co innego.
A konkretnie to, żeby więcej pieniędzy z naszych podatków przeznaczać na budowę dobrze funkcjonującego państwa dobrobytu, takiego chociażby jak w Skandynawii, Holandii czy kilku krajach Europy Zachodniej. Czyli takiego, gdzie zarobki w każdym w zasadzie zawodzie są na tyle wysokie, że pozwalają się bezproblemowo utrzymać (holenderski kelner, przykładowo, nie weźmie od klienta napiwku, bo byłby to dla niego dyshonor, skoro zarabia tak dużo, że mu wystarcza na życie). Takiego, gdzie praca jest stabilna, zatrudnienie w oparciu o umowy cywilnoprawne stanowi margines. Takiego, gdzie są rozbudowane i łatwo dostępne świadczenia socjalne, przeznaczone nie tylko dla najbiedniejszych. Takiego, gdzie istnieje szeroko zakrojona polityka społeczna, przede wszystkim usługi publiczne sprawiające, że życie jest ogólnie tańsze (transport, opieka zdrowotna, edukacja, itd.). Takiego, gdzie są tanie mieszkania na wynajem, a nie system oparty na kredytach hipotecznych dla wybranych.
Jasne, państwa dobrobytu nie są idealne. Tam też panuje kapitalizm, tam też jest wyzysk. Tyle, że kapitalizm w takich krajach jest znacznie mniej barbarzyński niż w gospodarce neoliberalnej/neokonserwatywnej (takiej, jak m.in. w Polsce), a przed wyzyskiem ludzie są w pewnej przynajmniej mierze osłonięci przez dobre prawo pracy, silne związki zawodowe oraz właśnie świadczenia społeczne. W państwach dobrobytu nawet stosunkowo mało zamożnym osobom żyje się znacznie lepiej niż u nas.
Przypomnijmy, że w Polsce około dwóch milionów osób obywatelskich dotkniętych jest skrajnym ubóstwem, kilka natomiast milionów – ubóstwem relatywnym; realnie jest ich więcej, bo ustawowe progi niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, są po prostu za niskie i przez to nie oddają realiów. Płace wciąż pozostają niskie na tle zachodnich sąsiadów, a koszta utrzymania są bardzo wysokie. Stabilność bytowa trzyma się na słowo honoru, zwłaszcza, jeśli ktoś pracuje w oparciu o umowy cywilnoprawne (jakże często nadal śmieciowe) czy jest na samozatrudnieniu; jednego dnia można uzyskiwać spore dochody, drugiego nie mieć co jeść. Choroba, wypadek czy niepełnosprawność nierzadko oznaczają popadnięcie w nędzę. Świadczenia socjalne mamy mizerne i trudno dostępne; tylko kilka w miarę sensownych programów, takich jak Aktywny Rodzic czy 800 Plus, jako tako funkcjonuje. Polityka społeczna jest na poziomie przeciętnym; transport publiczny się ładnie rozwija, głównie dzięki Unii Europejskiej, edukacja znacznie gorzej, opieka zdrowotna pada z powodu niewydolnego składkowego systemu finansowania, politykę mieszkaniową dopiero Lewica zaczyna rozkręcać.
A od prawicowych polityków, ekonomistów czy innych ideologów ciągle słyszymy, że na budowę normalnego państwa dobrobytu, w którym ludzie mają zagwarantowaną minimalną choćby stabilność bytową oraz pomoc w trudnej sytuacji, „Polski nie stać”. Jakim więc cudem Polskę stać na budowę najpotężniejszej armii w Europie?
Ano takim, że odbędzie się to kosztem naszego życia, od strony ekonomicznej oczywiście. Obcinane będą wydatki na najważniejsze świadczenia, pomagające obywatelom przetrwać. Jakiś czas temu premier Tusk powiedział, że nie będzie asystencji osobistej dla osób z niepełnosprawnościami, bo zbrojenia kosztują; Lewica próbuje jednak przepchnąć odpowiedni projekt przez Sejm. Może trochę zmieni się na lepsze w dziedzinie walki z wyzyskiem, dzięki bowiem Lewicy Państwowa Inspekcja Pracy zyska nowe kompetencje, rusza też powoli budowa mieszkań na niedrogi wynajem… ale to w zasadzie wszystko, a i tego by nie było, gdyby nie Lewica w Sejmie. Za to różnie, bardzo różnie może być z publiczną opieką zdrowotną i wydatkami na nią. Podwyżki płacy minimalnej w tym roku też będą mizerne.
No, ale pan premier Tusk jest politykiem prawicowym, w związku z czym myśli tylko o interesach koncernów zbrojeniowych, nie o autentycznych potrzebach obywateli.
A ja znacznie bezpieczniej czułbym się w państwie, gdzie mój dobrobyt byłby zapewniony na podstawowym poziomie dzięki zarobkom z pracy i świadczeniom socjalnym, nie zaś w takim z super potężną armią. Niestety, na wyjazd za granicę nie mam ani pieniędzy, ani sił, ani tym bardziej zdrowia, zrujnowanego przez dziki polski kapitalizm.
Komentarze
Prześlij komentarz